Adam Wajrak: Życie się odrodzi

ADAM WAJRAK, przyrodnik: Miałem sporo przygód z niedźwiedziami polarnymii tylko raz zdarzyło mi się zdjąć karabin z ramienia. Ale nie musiałem strzelać, nawet na postrach. Broń, wbrew nazwie, nie służy do obrony, tylko do zabijania. Do niczego więcej.

03.08.2023

Czyta się kilka minut

W Puszczy Białowieskiej, luty 2016 r. / MARCIN ONUFRYJUK DLA „TP”
W Puszczy Białowieskiej, luty 2016 r. / MARCIN ONUFRYJUK DLA „TP”

ADAM ROBIŃSKI: „Poznaliśmy się w dobrych okolicznościach i dogodnym momencie”. To Ty o Arktyce.

ADAM WAJRAK: Lata 90. to czas, kiedy nasz, zachodni świat, ale również Rosja, wszyscy Arktyce po prostu odpuściliśmy. Po wiekach rozkwitu traperstwo i wielorybnictwo niemal zaniknęły. Coraz wyraźniej obserwowaliśmy, że ochrona przyrody przynosi wymierne efekty. No i ciągle odległą przyszłością było to, z czym mierzymy się dziś. Dopiero po ogłoszeniu w 2009 r. przez Amerykańską Służbę Geologiczną raportu dowiedzieliśmy się, jak duże są arktyczne zasoby ropy i gazu. Po wyraźnym zaniku pokrywy lodowej w latach 80. lata 90. były pod tym względem stabilne. Mało kto się Arktyką interesował. Wymyśliłem sobie, że to będzie mój rejon. Że będę tam jeździł, a poza mną – jeszcze tylko paru naukowców i turystów.

Młody dziennikarz największej gazety z kraju, który dopiero co otworzył się na świat. Bije z Twoich wspomnień – książki „Na północ” – duża pewność siebie.

Ona mi towarzyszyła zwykle na początku każdego wyjazdu. Ale potem szybko znikała, bo orientowałem się, że zupełnie nie mam pojęcia, z czym to się wszystko je. Lecisz po przygodę, a potem nagle zostawiają cię na bezludnej wyspie. Zupełnie samego. Bałem się już za pierwszym razem, w Estonii. To był lęk przed samotnością, przed codziennym konfrontowaniem się z własnymi myślami. To nie są łatwe sprawy dla kogoś, kto ma 22 lata. Podobnie było później, na Spitsbergenie. Gdzieś tam daleko na horyzoncie pojawiał się niedźwiedź polarny, a ja wpadałem w irracjonalne przerażenie. Dziś zachowałbym się w takiej sytuacji inaczej. Patrzyłbym przez lornetkę i cieszył się obserwacją. Wtedy panikowałem.

Jechałeś po przygody, ale za przewodników miałeś ­naukowców. Nie bałeś się, że ich spojrzenie na Arktykę okaże się monotonne albo nudne?

Nigdy w życiu! Znałem już wtedy masę naukowców, ornitologów, ludzi z Kampinoskiego Parku Narodowego, byli dla mnie synonimem wrażeń i emocji, a nie nudy. O żadnym naukowcu nie powiedziałbym, że jest nudny. Poza tym na ekipę polskich polarników mówiło się Polish Arctic Mafia. Od Ani Białej z redakcji „Gazety Wyborczej” wiedziałem, co to za ludzie. Oni są jak jedna wielka chodząca przygoda. Jak spotykasz Marcina Węsławskiego, który jest absolwentem pierwszego w historii rocznika oceanografii na Uniwersytecie Gdańskim, a dziś profesorem i szefem Instytutu Oceanologii PAN, to masz wrażenie, że na twojej drodze stanął Gandalf i zaprasza cię na wielką wyprawę. Marcin jest osobą, która roztacza przed ludźmi najbardziej fantastyczne scenariusze. W moim przypadku niemal wszystkie się zrealizowały.

Ale Arktykę, tak jak i góry, zwykle się zdobywa. I to ze sztucerem na ramieniu. Są tacy, którzy budują wokół tego sztucera cały swój arktyczny wizerunek. Ty piszesz, że nawet nie umiałeś z niego strzelać.

Zawsze byłem słabowitym chłopcem. Kiepsko grałem w piłkę, wolno jeździłem na rowerze. Musiałem znaleźć dla siebie zupełnie inną drogę, również w dorosłym życiu. Jasne, byłem na paru wycieczkach polarnych, które pewnie można by nazwać wyprawami. Ale generalnie unikam tego słowa. Wyprawy to był Shackleton i Amundsen. Dziś podróżowanie tam jest bardzo łatwe i nie ma w sobie nic z wyczynu. A przez tę maczystowską narrację o walce, ­zdobywaniu, podboju działo się w Arktyce wiele złego. Wolę pokazać, że to takie miejsce, gdzie najlepiej po prostu usiąść na kamieniu i się rozejrzeć. Zobaczyć, jak żyje lis polarny albo mewa.

Z bronią, mimo wszystko, na podorędziu. Którą już umiesz się posługiwać.

Jasne, trzeba uważać. Ale na pewno nie jest tak, że wszystko kręci się wokół karabinu. Miałem sporo przygód z niedźwiedziami i tylko raz zdarzyło mi się zdjąć karabin z ramienia. I też nie musiałem wtedy strzelać, nawet na postrach. Wróciłem niedawno ze Spitsbergenu. Miałem coś do sfotografowania tu, w Puszczy Białowieskiej. Szedłem do lasu obładowany sprzętem, dwa statywy, trzy aparaty, ciężko jak cholera, ale paradoksalnie miałem poczucie, że jest mi lżej, bo nie mam karabinu. Nie widzę nic fajnego w broni palnej. Ciągle mam z tyłu głowy słowa Marka Górskiego z Polskiej Stacji Polarnej. Powiedział mi kiedyś: zapamiętaj to sobie na całe życie, broń, wbrew nazwie, nie służy do obrony, tylko do zabijania. Do niczego więcej.

Kiedy czyta się Twoje wspomnienia z Arktyki, nie można się oprzeć wrażeniu, że równolegle, w tym samym czasie, zaprzyjaźniałeś się z Puszczą Białowieską, by ostatecznie w niej zamieszkać.

Rzeczywiście, to się działo jednocześnie.

Co Ci w takim razie dawała Arktyka, czego nie mogła dać Puszcza?

Nigdy tak nie myślałem. Te dwa miejsca w ogóle nie są przeciwstawne. Gdyby to były dwie kobiety, to choć blondynka i brunetka, byłyby bliźniaczkami. Podobieństwa są ogromne. Oba miejsca są na pierwszy rzut oka przytłaczające i groźne. Tam lód i mróz, tu powalone drzewa i masa dużych zwierząt. Ale dla kogoś takiego jak ja, kto nie lubi gonić, woli się zatrzymać i popatrzeć, i Arktyka, i Puszcza okazują się bardzo przyjazne. To również bardzo kruche ekosystemy.

Kruche?

Łatwo je wykoleić. W Puszczy wystarczy wyciąć stare drzewa i wszystko się zawali. W Arktyce wystarczy, że zniknie lód. Nie da się go sztucznie wyprodukować, tak jak nie można zrobić sobie samemu prawdziwego lasu. W jednym i drugim miejscu widać również jak na dłoni, co się dzieje, gdy człowiek odpuszcza. A dzieją się piękne rzeczy. Siadasz na stołku przed chatą na Spitsbergenie i obserwujesz liski, które nic sobie nie robią z twojej obecności. Patrzysz rano przez okno tu, w Teremiskach, i widzisz pasącego się żubra. Wiesz co, musisz mi uwierzyć na słowo, ale w tej chwili też widzę przed domem żubra [rozmawiamy za pośrednictwem internetu – AR].

Wierzę.

Arktyka nauczyła mnie wielu rzeczy, jedną z ważniejszych jest to, że zwierzęta nie uciekają przed człowiekiem. Ten nienaturalny odruch wyrobiły sobie dlatego, że jesteśmy dla nich źli. Więc kiedy ten mój żubr też się nie płoszy, to jestem szczęśliwy, bo wiem, że tak się właśnie naturalnie powinien zachowywać.

Ale mimo wszystko mam wątpliwości co do tych podobieństw. Piszesz w książce, że w Arktyce nie chodzi o różnorodność biologiczną, ale o liczbę zwierząt tam żyjących. Tymczasem Puszcza to tygiel, oaza gatunkowego bogactwa.

Jedno i drugie jego bogactwem, choć faktycznie zbudowanym z innych cegieł. W Arktyce jest ich mało, ale są ogromne, z kolei te puszczańskie są drobne, ale jest ich mnóstwo. Pierwsze wrażenie dotyczące Północy może być mylące. Lód, pustka, surowa przestrzeń. Ono jest spotęgowane tym, że nie możesz znaleźć znajomych punktów odniesienia, takich jak drzewa. I tym, że pozbawione zanieczyszczeń powietrze jest tak przejrzyste, że widzisz na kilometry. Ale ta przestrzeń to tylko zasłona, za którą kłębi się życie. Kilka lat temu pojechaliśmy z Nurią [Selvą, żoną Adama Wajraka – AR] i biologiem Lechem Stempniewiczem na Ziemię Księcia Karola. Jej północny kraniec to cypel Fuglehuken, góra ptaków. Nigdy nie widziałem tyle życia, co tam. Lisy, piękne renifery, tysiące ptaków, a obok jeszcze wylegują się foki. Puszcza Białowieska nie uderzy cię w jednym miejscu dwoma milionami gniazd, jak jest na przykład na Wyspie Niedźwiedziej.

Choć do Arktyki jeździsz od 30 lat, to przez ten czas pisałeś głównie o polskiej przyrodzie. Trudno było odgrzebywać tamte wspomnienia, kiedy już siadłeś do pisania?

To rzeczywiście była podróż w czasie. Szybko się okazało, że dużo rzeczy muszę samemu sobie wyjaśnić. Wiele spraw było dla mnie zaskoczeniem. Pisałem na przykład o Bałtyku jako morzu polarnym, bo tak je traktuję. W Rzucewie w Zatoce Puckiej była kiedyś osada łowców fok. To były foki grenlandzkie, a więc takie, na które dziś polują Inuici w zupełnie innej części świata. Byłem przekonany, że skoro tak, to znaczy, że musiało być tu wówczas wyjątkowo zimno. Sprawdziłem. I niespodzianka. To był akurat ciepły okres w tej części Europy. Albo inna sprawa. Opisuję w książce masowe skoki młodych nurzyków z kolonii lęgowych do morza. Dawniej nie zastanawiałem się, czemu to robią, traktowałem to po prostu jako fascynujący, choć krwawy spektakl przyrody.

Robią to, bo?

Bo im się to opłaca. Choć to się wydaje irracjonalne, bo narażają się na śmierć ze strony mew i lisów, to jednak z punktu widzenia rodziców im szybciej taki maluch znajdzie się w wodzie, tym mniej trzeba będzie inwestować w jego karmienie. Wtedy, pod Górą Wrzasku, patrzyłem na tę rzeź pisklaków i nijak jej nie rozumiałem. Wracając po latach do swoich notatek, zacząłem szukać odpowiedzi na tego typu pytania. A musisz wiedzieć, że mam taką tradycję: gdy tylko przylatuję do Longyearbyen, stolicy Svalbardu, idę do Svalbardbutikken. To wysunięty najdalej na północ supermarket na świecie. Kupuję notatnik. Notatnik, ołówek i temperówka to najtańsze pamiątki ze Spitsbergenu. Temperówka kosztuje tyle, co puszka przeterminowanego groszku.

Czego jeszcze nie odnalazłeś w swoich notatkach?

Dopiero teraz zaczęła mnie interesować kwestia pochodzenia gatunków. Na przykład to, że bezpośrednimi przodkami współczesnych niedźwiedzi polarnych były brunatne z Irlandii. Niesamowite! Irlandia, zielona wyspa, i niedźwiedzie polarne. Z kolei lisy polarne, które kiedyś były gatunkiem powszechnym, a ich szczątki znajdywano choćby w okolicach Krakowa, przyszły do nas z Tybetu. Himalaje zawsze były miejscem bardzo zimnym, gdzie ewolucyjnie powstawały gatunki przystosowane do życia w tak skrajnych warunkach. Kiedy w wyniku zlodowaceń na Ziemi robiło się chłodniej, te gatunki rozchodziły się po świecie. To wspaniała teoria.

Czy dziennikarzowi, który od trzech dekad pisze o ochronie przyrody, łatwo odnajdywać w świecie niewinne zachwyty, które były udziałem dwudziestoparolatka? Twoja praca to dziś zwykle mierzenie się z wymieraniem gatunków, katastrofą klimatyczną. Babranie się w polityce.

Przez te trzydzieści lat zachwyty i frustracje miałem w podobnych dawkach. Raz jest lepiej, raz gorzej, ogólnie rzecz biorąc – podobnie. Z jednej strony lata 90. to był fantastyczny czas z punktu widzenia kogoś, kto pisze o ochronie przyrody. Powstało mnóstwo parków narodowych, wilk został w Polsce objęty ochroną gatunkową. Miało się poczucie, że sprawy idą w dobrym kierunku. Potem wszystko się posypało, choć były też sukcesy. Najpierw Rospuda, potem Puszcza Białowieska. Myśmy osiągnęli w puszczy nieprawdopodobny sukces. Coś, o czym śniły pokolenia jej badaczy, Szafer, Karpiński, Pucek, Kossak...

Czyli co?

Ano to, że od listopada 2017 r. nie wycięto tu ani patyka. Puszcza jest chroniona wyrokiem sądowym Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, ale też zabezpieczeniem sądowym wywalczonym przez Pracownię na rzecz Wszystkich Istot, związanym z pozwem cywilnym przeciwko Lasom Państwowym. Od stu lat nie było tak, żeby w Puszczy nie prowadzono żadnych prac gospodarczych. Sytuacja jest bezprecedensowa. Idziesz do lasu i widzisz, jak on się zapuszcza, jak dziczeje. Dla mnie to jest ogromny strzał pozytywnej energii. Jasne, potem wracam do domu, widzę dane dotyczące dwutlenku węgla w atmosferze czy znikającego lodu i szybko przypominam sobie, że ochrona Puszczy to jest drobnostka, nic nieznaczący ogródek. No ale nie da się ukryć, że żyję w takiej puszczańskiej bańce, która daje mi energię. I to mimo tego szalonego muru, który przeciął ją na pół.

No właśnie, budowa muru na granicy Polski i ­Białorusi nie stała się przykrywką dla prac leśnych?

Wycięto masę drzew, najpierw na opał, potem w związku z budową muru, ale nie miało to związku z gospodarką leśną. To jest oczywiście straszna krzywda, ale mnie osobiście z równowagi aż tak nie wytrąca. Może dlatego, że go jeszcze nie widziałem.

Świadomie trzymasz się od niego z daleka?

Być może. Ale mam zaplanowaną wycieczkę, żeby sprawdzić, co i gdzie zniszczono. Mam poczucie, że ten mur jest raną, która się jednak zabliźni. On nie przetrwa. Najważniejsze, że Lasy Państwowe już nie tną Puszczy.

Wspomniałeś o Rospudzie. To, zdaje się, był moment, gdy polityka na dobre weszła w sprawy ochrony przyrody.

Środowisko naukowo-przyrodnicze często powtarza, że przyroda jest niepolityczna. Moim zdaniem to błąd, ona zawsze była polityczna. I jedni niszczą ją bardziej niż drudzy. Mało tego, są i tacy, którzy jej dewastację niosą na sztandarach. To jest różnie nazywane, choćby czynieniem sobie ziemi poddaną. Rospuda była ważna, ale z innego powodu. Ona pokazała, że jest jakaś granica.

Nieprzekraczalna.

Dziś widzimy, że część prawicy kultywuje zadziwiający powrót do przeszłości. „Polska wstaje z kolan”, „Make America Great Again”, „Odzyskujemy Wielką Brytanię” – to są wszystko hasła nawołujące do takiego powrotu. W pakiecie jest bicie żony i wszelkich mniejszości, cięcie drzew i strzelanie do zwierząt. Postawienie na głowie dawnych wartości uważanych za konserwatywne. I skoro to jest polityką, to należy o tym mówić jak o polityce. Ochrona przyrody to w naszym kraju racja stanu. Musimy wymagać od polityków, by się nią zajmowali, by reagowali, robili z niej przedmiot sporu politycznego.

Być może to się powinno było stać już dawno temu. Przecież już wtedy, w latach 90., na Wyspie ­Niedźwiedziej badaliście zmiany klimatu.

Kiedy zaczynałem pracę dziennikarza, zmiana klimatu była jednym z wielu zagrożeń, które nad nami wiszą. Pisało się też o nielegalnym handlu wymierającymi gatunkami, kwaśnych deszczach czy regulacji rzek. Zmiana klimatu była częścią tej wyliczanki, i specjalnie nie wyróżniała się z tłumu. Zresztą to był czas nadziei, że cokolwiek stanie nam na ­drodze, i tak sobie poradzimy. Dopiero co upadł Związek Radziecki, a ludzkość poradziła sobie z dziurą ozonową. I jeszcze uniknęła wojny nuklearnej. Cały świat odetchnął.

Potrzebny był karnawał, a nie kolejne wyzwania?

Na Wyspę Niedźwiedzią jechałem jako obserwator, ale moi koledzy naukowcy coraz bardziej serio myśleli o zmianie klimatu jako poważnym problemie. Dowodów szukali w ekosystemach morskich, a jednym z takich śladów było pojawienie się ciepłolubnego omułka w wodach przybrzeżnych Spitsbergenu. W tamtej konkretnej wyprawie chodziło też o sprawdzenie, czy na Wyspie Niedźwiedziej, która leży pomiędzy kontynentem a Spitsbergenem, zmiany będą widoczne w liczbie żyjących tam gatunków. Teoretycznie wraz z ocieplaniem się powinno przybywać gatunków. I na Wyspie Niedźwiedziej powinno być ich więcej niż na Spitsbergenie. Z czasem okazało się, że skomplikowana linia brzegowa Spitsbergenu przykrywa efekt ocieplania się i jego wpływ na ilość gatunków. Było wiele powodów, dla których przegapiliśmy moment, gdy trzeba było zacząć krzyczeć.

W książce opisujesz dynamiczne przemiany, jakie zaszły na Wyspie Niedźwiedziej, ale w mikroskali. Również wywołane przez człowieka.

Kiedy człowiek wybija wieloryby, potem morsy, wyspa staje się ptasim rajem. To jest jedna z zalet, ale też słabości Arktyki – wszystko widać tu jak na dłoni. Znika jeden element, a dotychczasowy ład obraca się w gruzy. Powstaje coś nowego. I dowód na to, jak bardzo destrukcyjny potrafi być człowiek. Żeby wymordować wieloryby, wystarczą żagle i wiosła. Już w XVII wieku potrafiliśmy w parę godzin zabić tysiące morsów. Prawie do nogi wybiliśmy renifery i niedźwiedzie polarne. Wtedy, trzydzieści lat temu, na naszych oczach umierały mewy blade. W Arktyce nie było jeszcze plastiku, krajobraz był na pierwszy rzut oka nieskazitelnie czysty. Drewno dryftowe, kilka bojek, rozpadające się piece wielorybnicze, poza tym teren niemal dziewiczy. Raptem idzie mewa, trzęsie się, umiera. Z czasem okazało się, że powodem tego wymierania było wysokie stężenie polichlorowanych bifenyli, PCB, które dostały się do ekosystemu. Według jednej z teorii – za pośrednictwem migrujących ptaków, które pierzą się w Arktyce. Te mewy były dla mnie wstrząsem. Dziś dokładam do tego świadomość regionu, który nie zdążył się jeszcze odbudować po wszystkich masakrach, jakie mu przez wieki fundowaliśmy, i właśnie fundujemy katastrofę klimatyczną.

Jesteś dziś w stanie patrzeć z zachwytem na nurzyka czy mewę, gdy obok widzisz plastikową butelkę?

Wiesz, zdążyłem się przyzwyczaić, bo na przykład tu, w Puszczy, młode wilki lubią bawić się plastikowymi śmieciami. Ale kilka lat temu przeżyłem coś, co wstrząsnęło mną do głębi. Jestem na Spitsbergenie i widzę mnóstwo bieli na brzegu. Myślę, że to kra, ale podchodzę bliżej i widzę górę plastiku zamiast lodu. Marcin Węsławski opowiadał, że znalazł w Arktyce jedną z tych gumowych kaczek, które wypadły kiedyś z kontenerowca w okolicach Hongkongu.

Oprócz plastiku do Arktyki ­przybyli też turyści, i to w dużych ilościach. W Puszczy Białowieskiej turystyka stała się sojusznikiem ochrony przyrody. Przyjezdni są bardzo świadomi miejsca, w którym się znaleźli. W Arktyce chyba niekoniecznie?

Są dwa rodzaje turystyki. Kiedy do stolicy Svalbardu, Longyearbyen, które ma dwa i pół tysiąca mieszkańców, przypływa statek z trzema i pół tysiącami pasażerów, i oni schodzą na ląd, to coś jest nie tak. Co innego turystyka kwalifikowana, szczególnie rejsowa, na małych łodziach i jachtach. Ci ludzie widzą dużo, a robią niewiele szkód, bo funkcjonują w czymś na kształt bańki. I druga sprawa – przewodnikami w Arktyce są bardzo często wysokiej klasy specjaliści albo naukowcy. Przekazują przyjezdnym ogromną dawkę fachowej wiedzy. Więc podobnie jak w Puszczy, również tam, w europejskiej części Arktyki, turystyka robi sporo dobrego. Na kontynent wraca się mądrzejszym.

Czy będąc tam, zdarza się tęsknić za Puszczą? Fotograf Włodzimierz Puchalski płynąc do Antarktyki notował w dzienniku, że tak naprawdę chciałby być wtedy na rozlewiskach nad Narwią...

Nigdy w życiu! Odwrotnie! Jestem alergikiem, kiedy tu startuje wiosna, a ja zaczynam kichać, tęsknię za Arktyką. Tam nie ma pyłków, komarów, kleszczy. Powiem ci coś innego – najfajniejsza pora w Puszczy zaczyna się teraz, w listopadzie, i potrwa do połowy kwietnia.

Simona Kossak, inna znana mieszkanka Białowieży, mówiła kiedyś, że listopad to najgorsza pora w nizinnym lesie!

Najlepsza! Dopiero teraz, kiedy nie ma liści, widzisz, jak wspaniałe są te drzewa, czyli kręgosłup lasu. Wszystko tonie w wilgoci. Późna jesień nie jest tak rozpraszająca jak wiosna, nie atakuje cię na każdym kroku masą wrażeń. Robi się przejrzyście, jak na pustej kartce, na której widać wszystko, co ważne.

A więc w listopadzie Puszcza upodabnia się do Arktyki.

Dokładnie tak. To mój ulubiony czas. ©

ADAM WAJRAK (ur. 1972) jest dziennikarzem, przyrodnikiem, autorem książek. Mieszkaniec Puszczy Białowieskiej, od 1994 r. regularnie jeździ do Arktyki. Nakładem Wydawnictwa Agora ukazała się właśnie jego nowa książka „Na północ. Jak pokochałem Arktykę”, pierwszy tom zapowiadanej trylogii.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
89,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz i pisarz, wychowanek „Życia Warszawy”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Opublikował książki „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg”, „Kiczery. Podróż przez Bieszczady” oraz „Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów”. Otrzymał kilka nagród… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2022

W druku ukazał się pod tytułem: Najlepsza pora rokui