Roku 2015 był pod wieloma względami niezwykły. Wtedy właśnie przyznano po raz pierwszy Nagroda Conrada (otrzymała ją Liliana HERMETZ za „Alicyjkę”), a hasło przewodnie brzmiało „Pod prąd”. Michał Paweł MARKOWSKI, ówczesny dyrektor artystyczny, tłumaczył je tak:
Kto zmaga się z prądem, niczego nie bierze za oczywistość i nic nie jest mu dane zawczasu. Kto płynie pod prąd, nie bierze hucpy za prawdę, a okoliczności za objawienie, lecz pilnie baczy, by umiejętnie ułożyć dłoń zagarniającą wodę. Wie, że tak po prostu jest i inaczej być nie może. Kto zaś płynie z prądem, o, dla tego kogoś, jak słusznie pisał Proust, snobizm, obmowa i konwenans – społeczne praktyki ucieczki od siebie samego – tworzą chyżą tratwę, na której żegluje powierzchowne nic, biorące pęd rzeki za własną cnotę.
Bycie „pod prąd” to podstawowa właściwość, nie zawsze jednak chodzi o otwarty bunt, rebelię wobec ustalonych hierarchii i wartości, czasem dotyczy to rzeczy najbardziej fundamentalnych - samego sposobu istnienia tekstu w świecie. Grzegorz JANKOWICZ w tekście o znaczącym tytule „Zwierciadło na amerykańskim gościńcu” tak opisywał wywrotowy charakter prozy Jonatana FRANZENA, gościa Festiwalu:
Franzen postawił przed sobą niezwykle ambitne zadania. Po pierwsze – uwolnić się spod wpływu postmodernistycznych prekursorów, wyjść z ich cienia i wyprowadzić z niego samą powieść. Po drugie – nie ulec pokusie szybkiej reakcji na procesy zachodzące w rzeczywistości (doskonale wiedział, że jeśli zastąpi literaturę publicystyką, jego próba zakończy się fiaskiem). Po trzecie – przekonać czytelników, że powieść wciąż ma do odegrania istotną rolę w społeczeństwie, że jej konserwatywna forma, która uniemożliwia szybkie działanie, tylko po to odrywa nas od świata, byśmy mogli do niego później powrócić i pełniej w nim uczestniczyć. Po czwarte – realizując misję, nie zapominać o najważniejszych cechach powieściowego gatunku: prozaiczności, komiczności i epickości.
Z kolei Olgą TOKARCZUK, wtedy jeszcze przed Bookerem i Noblem, ale już z dwoma statuetkami Nike, tak odpowiedziała na pytanie Darka Foksa, czy „Księgi Jakubowe” to rewers Trylogii Sienkiewicza:
Zastanowiło mnie to określenie. Jednak pisząc, myślałam raczej o tym, jak powstaje powieść historyczna. Przecież nigdy wcześniej czymś takim się nie zajmowałam. Uświadomiłam sobie, że powieść historyczna zawsze mówi coś o czasie, w którym powstaje. Czas, o którym opowiada, jest tylko pretekstem. Pomyślałam nawet, że każde pokolenie powinno pisać swój własny rewers kanonu powieści historycznej, w jaki wyposażył nas Sienkiewicz.
W 2015 roku był z nami w Krakowie również Varujan VOSGANIAN, rumuński prozaik i poeta, autor głośnej „Księga szeptów”, książki, która ukazała się dokładnie w setną rocznicę ludobójstwa Ormian. W wywiadzie dla „Tygodnika” mówił tak:
Historia opowiada zazwyczaj o zwycięzcach. Jej bohaterami są królowie i generałowie. Postaci zasiedlające karty książek literackich to ofiary, ludzie pokonani. W książkach historycznych śmierć jest czymś abstrakcyjnym. Mówi się: „podczas Holokaustu zginęło sześć milionów Żydów”, podaje się liczby z wieloma zerami. Ale w literaturze każdy bohater umiera pojedynczo. To dlatego literatura jest bardziej przekonująca niż książki historyczne.
Mieliśmy też szczęście gościć Swiatłanę ALEKSJEJEWICZ, która w Krakowie miała swoje pierwsze publiczne wystąpienie po ogłoszeniu werdyktu komisji noblowskiej. Nieco wcześniej, w rozmowie dla „Tygodnika” tak mówiła o swojej prozie:
Słowa nie zawsze potrafią wyrazić to, co przeżyliśmy. Ześlizgują się z rzeczywistości, odklejają się od niej, jakbyśmy mieli do czynienia z dwiema częściami układanki, których nie można do siebie dopasować. Ale język jest wszystkim, co mamy. Jak inaczej mielibyśmy się uporać z naszymi doświadczeniami? Z jednej strony mamy język katastrofy, język, za pomocą którego próbujemy opowiedzieć straszliwe historie. Z drugiej natomiast – katastrofę opowieści, czyli to, co dzieje się z przeżyciami w tekście, który nie potrafi ich unieść, który okazuje się niedoskonałym medium, wadliwym środkiem komunikacji. Każdy pisarz mierzy się z tym problemem.
Wśród zaproszonych gości był także Robert COOVER, jeden z najważniejszych twórców literatury postmodernistycznej. W rozmowie z Michałem SOWIŃSKIM, pytany o prognozowane rewolucje literackie, odpowiadał tak:
Czy nowe technologie staną się faktycznie podstawą dla powstania zupełnie nowej literatury? Moim zdaniem ten proces już się rozpoczął i będzie przyspieszać wraz z kolejnymi pokoleniami twórców. Arcydzieło Cervantesa, w którym samo zjawisko druku zostaje stematyzowane, pojawiło się dopiero 150 lat po Biblii Gutenberga. Rewolucja cyfrowa rozpoczęła się zaledwie 20 lat temu. Musimy poczekać jeszcze kilka dekad na bardziej widoczne zmiany.
Rok 2015 to przede wszystkim początek Nagrody Conrada, przyznawanej za najlepszy debiut prozatorski poprzedniego roku. Po co taka nagroda? Najlepiej oddać tu głos przewodniczącemu jej Kapituły, Michałowi Pawłowi MARKOWSKIEMU:
Coraz łatwiej, niestety, o literaturę pędzącą z nurtem, i coraz trudniej o taką, w której objawia się brak ekonomii, w której pojawia się coś, co – jak się zdaje na pierwszy rzut oka – niepotrzebnie zajmuje miejsce. Niepotrzebnie? Na tym przecież polega literatura: na pokazywaniu, że to, co niepotrzebne, jest najbardziej potrzebne, że zysk jest tam, gdzie najmniej można się go spodziewać, że konfuzja i pogmatwanie szyków są nie najgorszym początkiem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.













