Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Życiński in memoriam

Życiński in memoriam

17.02.2014
Czyta się kilka minut
Jan Paweł II pisał: „Nikt nie potrafi zrozumieć lepiej niż wy, artyści, genialni twórcy piękna, czym był ów pathos, z jakim Bóg u świtu stworzenia przyglądał się dziełu swoich rąk”. Abp Życiński doskonale rozumiał ów pathos i potrafił o nim mówić.
Okładka dodatku "Życiński in memoriam". Na okładce zdjęcie autorstwa Iwony Budzanowskiej / AG
A

Arcybiskup Józef Życiński w „Medytacjach sokratejskich” pisał o braku wrażliwości na estetyczny wymiar świata. Obcowanie z Pięknem może wpływać zarówno na naszą filozofię, jak i na codzienne postawy. Człowiek jednak – jako istota wolna – „może zawsze ograniczyć swój kontakt do poziomu powierzchni lub traktować piękno wyłącznie w kategoriach instrumentalnych”. Tymczasem kultura chrześcijańska, kultura w ogóle, wymaga indywidualnego pochylenia się nad każdym człowiekiem w jego niepowtarzalnym dramacie. I ten „indywidualizm” stanowi o Pięknie, które nadaje sens naszemu życiu. Abp Życiński rozumiał, że Piękno ostatecznie zbawi świat. I tej prawdzie dawał świadectwo przez całe swoje, zbyt krótkie, życie.
Trzy lata temu, po jego śmierci, pisano, że zmarł nie tylko wybitny duszpasterz, ale przede wszystkim hierarcha wyczulony na konieczność budowania związków między Kościołem a kulturą. A wraz z jego śmiercią cienka nić łącząca katolicyzm z kulturą została zerwana. I jeśli nawet uznamy taki pogląd jednego z publicystów za trochę przesadzony, to przecież nie ulega wątpliwości, że przedwczesne odejście arcybiskupa spowodowało wyrwę nie do zasypania, był bowiem postacią niepowtarzalną, „niebywałą”, jak mówiła o nim prof. Barbara Skarga.
Najważniejsi
22 lutego w warszawskim Teatrze Wielkim – Operze Narodowej odbędzie się koncert dedykowany arcybiskupowi w trzecią rocznicę jego śmierci. Jest on naturalną konsekwencją uznania autorytetu duchowego i intelektualnego Księdza Arcybiskupa. W programie zapowiedziano dwa utwory. Najpierw będzie to „Kol Nidrei” Maxa Brucha, wielkiego kompozytora niemieckiego, którego twórczość została w Niemczech zakazana przez nazistów z powodu jego domniemanego żydowskiego pochodzenia. Choć muzykoznawcy twierdzą, że przyczyną zakazu była przede wszystkim fascynacja Brucha folklorem żydowskim, czego echa słychać w wielu kompozycjach. Drugim utworem koncertu będzie „Polskie Requiem” (wersja lubelska) – jedno z najbardziej przejmujących i silnie zrośniętych z polską historią dzieł Krzysztofa Pendereckiego. Solistów, Orkiestrę Teatru Wielkiego – Opery Narodowej oraz Chór Filharmonii Narodowej poprowadzi sam kompozytor.
Świeccy nie pozwolą – jak widać – zapomnieć o arcybiskupie, a koncert w Teatrze Wielkim, kierowanym przez Waldemara Dąbrowskiego, który nie ukrywał nigdy swojego szacunku wobec Józefa Życińskiego, wpisuje się w ideę upamiętniania na narodowej scenie operowej najważniejszych osób polskiej kultury oraz najistotniejszych zdarzeń czy zjawisk mających wpływ na życie społeczne i narodowe. W tym duchu zorganizowano dotąd m.in. koncerty w pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej i w 70. rocznicę Powstania w Getcie Warszawskim, koncert 100 kantorów na rzecz Muzeum Historii Żydów Polskich, zjazd laureatów Pokojowej Nagrody Nobla, jubileusz osiemdziesięciolecia Krzysztofa Pendereckiego, uroczystość z okazji dwudziestolecia rządu Tadeusza Mazowieckiego, premierę filmu Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. Koncert ku pamięci abp. Życińskiego będzie zatem kolejnym ważnym przystankiem refleksji nad przesłaniem pozostawionym dla nas przez zmarłego. Cykl Teatru Wielkiego – Opery Narodowej nazwałbym: „O osobach i sprawach najważniejszych”.
Kierunek
Przeglądając stare notatki i wydruki, znalazłem fragmenty dyskusji o kulturze postmodernistycznej z udziałem abp. Józefa Życińskiego. Pamiętałem o niej, fragmenty opublikowała dawno temu „Więź”. Wypowiedzi metropolity lubelskiego z tej dyskusji nie ukazały się w żadnym tomie pism zebranych, mimo że ciągle wydawane są nowe teksty hierarchy, odkrywane w jego przepastnym komputerze przez sekretarza ks. Tomasza Adamczyka. Dyskusja, o której wspominam, odbyła się chyba około roku 2000. Co na przełomie epok mówił abp Życiński?
Zacznijmy od „Kościoła otwartego”. Sformułowanie to powoduje coraz częściej nerwowe i zjadliwe reakcje, tak jakby istniał jakikolwiek inny Kościół. Arcybiskup był konsekwentny. Konieczność otwarcia ze strony Kościoła była dla niego czymś poza dyskusją. „My, księża – mówił – musimy być otwarci na ludzi z tych powodów, dla których Chrystus rozmawiał z Samarytanką przy studni”.
Chodzi także o to, aby człowiek ze świata relatywizmu nie wpadł w sidła fundamentalizmu, który – zdaniem arcybiskupa – jest sprzeczny z duchem Ewangelii. Chrześcijaństwo bowiem – jak powiedział kardynał Walter Kasper – musi szukać właściwej drogi między dwiema skrajnościami, między „rygoryzmem a wyprzedażą”. Należy łączyć tożsamość z otwartością na dialog. Dialogu nie można „romantyzować” czy idealizować, ponieważ na pewno nie będzie przebiegał bezkonfliktowo, ale musi opierać się na nadziei.
Arcybiskup wspomina: „Przypominam sobie, jak przed laty proszono mnie, wówczas początkującego biskupa, żebym potępił muzykę rockową. Odpowiedziałem, że propozycję uważam za absurdalną, ponieważ nie da się za pomocą dekretów formować sympatii muzycznych. Zresztą, merytorycznie też nie byłem do tego przekonany. A dziś iluż mamy apostołów związanych z muzyką rockową, których droga do Chrystusa nie była usłana różami. Są pozytywnym przykładem dokonania wyboru Boga po ciężkich doświadczeniach życiowych i wielkim błądzeniu. Myślę, że niestety zbyt mało znane są te pozytywne przykłady ludzi, którzy dokonali wyboru Chrystusa, którzy odnaleźli się we wspólnocie Kościoła. Naszym zbiorowym obowiązkiem powinno być ukazywanie światu tych pozytywnych doświadczeń. Chodziłoby o ukazywanie chrześcijaństwa, które nie jest po to, żeby potępiać, ale po to, aby ukazywać kierunek do zbawienia”.
Wicher Wieczernika
Abp Życiński bardzo często powracał do kwestii samotności, przywołując postać pisarza Alberta Camusa, z którym czuł wspólnotę ducha. Tym razem powołał się na Alfreda N. Whiteheada, jednego ze swoich ulubionych filozofów, który twierdził, że religia jest wskaźnikiem tego, co człowiek robi ze swoją samotnością.
Rozumiał, że bardzo trudno jest mówić przekonująco o sprawach wiary ludziom, których moglibyśmy nazwać ludźmi pogranicza. „Być świadkiem kenozy Boga ukrytego w sercu ludzkich niepowodzeń i absurdów” – to zdanie abp. Życińskiego jest mi szczególnie bliskie. Dojrzeć prawdę, że jako chrześcijanie w niczym nie jesteśmy lepsi od innych ludzi.
Czasami w kontaktach z innymi wystarczy jakiś gest czy słowo i udaje się dotrzeć do kogoś, złapać kontakt. To nie jest żadna wysoka czy wielka teologia. Arcybiskup powtarzał, że najważniejsze wyzwanie to być po prostu dobrym człowiekiem i dobrym księdzem. Ot, i cała teologia.
Wyrażał niepokój: „Patrząc na współczesny pejzaż kulturowy wiele osób reaguje zniechęceniem. Duszpasterstwo dzieci epoki zagubionych w globalnej wiosce wydaje się wyzwaniem ponad ich siły”. I dalej opowiadał w charakterystycznym dla siebie stylu, poetyckim i trochę patetycznym: „Tymczasem można by pytać, czy Apostołowie mieli dużo łatwiejszą sytuację, gdy wicher Wieczernika prowadził ich w stronę nowych lądów i kultur. Styl myślenia bliski galilejskiej prowincji różnił się przecież tak bardzo zarówno od wzorców rzymskich, jak i helleńskich. Oni tymczasem, zamiast narzekać, szli, aby głosić ukrzyżowanego Chrystusa –zgorszenie dla Żydów i głupstwo dla pogan. Szli, wierząc, że ich działaniom towarzyszy niezmiennie opieka Ducha Świętego, który prowadzi swój lud w stronę prawdy odkrywanej w orędziu Dobrej Nowiny”.
Potrzeba zatem odwagi i ufności. Ludzie Kościoła potrafili ją okazywać wielokrotnie, podejmując trudne dzieło inkulturacji Ewangelii w warunkach, które różniły się krańcowo od wcześniejszych europejskich wzorców. Znane są jednak również przypadki, gdy zabrakło zarówno odwagi, jak i wyobraźni; cena tych braków jest wysoka i bolesna. „Czy w obecnym nurcie przemian kulturowych potrafimy nawiązać do tych najpiękniejszych kart, w których Duch Święty działał nie tylko jako Duch prawdy, lecz również jako Duch wolności i męstwa, wyzwalający z uproszczonych stereotypów działania? Myślę o tych, którzy w nastroju fin de siécle’u potrafili na duszpasterskim szlaku posługi ukazywać Chrystusa w sposób przemawiający do dzieci epoki. Niektórzy z nich już odeszli do Pana: ks. Pasierb, ks. Tischner, bp Chrapek. Obecnością innych możemy nadal się cieszyć. Ich świadectwo nie spotkało się z powszechnym zachwytem. Wiele środowisk systematycznie kontestuje papieską obronę życia czy wizję zjednoczonej Europy. Ks. Tisch­ner musiał tłumaczyć się z umiłowania samotniczych ścieżek intelektualnych. Do bp. Chrapka niektórzy mieli pretensje, że nawet po śmierci dziennikarze bardziej widzieli w nim człowieka niż biskupa. Gdyby w podobny sposób traktował godność ludzką św. Ireneusz z Lyonu, to spod jego pióra nigdy nie wyszłaby formuła: Gloria Dei vivens homo. Tymczasem właśnie ta troska o żywego człowieka, z jego dramatami, zagubieniem i rozdarciem, zobowiązuje nas, by w zmienionych realiach trzeciego tysiąclecia głosić chrześcijańskie przesłanie humanizmu odbiorcom, którym skarłowaciało – uwikłane w kłącza epoki – klasyczne drzewo wiadomości dobrego i złego. Zamiast opłakiwania utraconych drzew, potrzeba nam osobistego świadectwa wiary, które wniesie w świat życiowych komplikacji dotknięcie dobra i tęsknotę za świętością, harmonią, sensem”.
Twórca Piękna
Do historii przejdzie jego homilia na pogrzebie Czesława Miłosza. Nie było wątpliwości, że tylko on może mówić o polskim nobliście. Pogrzeb poprzedzony był kanonadą obrzydliwych ataków na zmarłego, w czym celowały niektóre pisma konfesyjne i publicyści narodowo-katoliccy. Objawił się „prawdziwy i polski” katolicyzm, szydzili niektórzy komentatorzy. Pogrzeb odbył się w przeddzień wspomnienia liturgicznego św. Augustyna, wielkiego humanisty i „doktora łaski”. Abp Życiński nawiązał do tego faktu w swojej homilii i mówił: „Jego zgon nastąpił, gdy w oblężonej Hipponie rozbrzmiewały złowrogie odgłosy atakujących Wandalów. Podobny akompaniament towarzyszy często i dziś tym, którzy zmagają się z przeciwnościami w samotnym poszukiwaniu prawdy. Być może przynajmniej Augustynowi nikt nie wypominał, że jego ojciec był poganinem, że on sam ochrzcił się dopiero w trzydziestym trzecim roku życia, że w młodości związał się z sektą manichejczyków. Ufni w potęgę łaski Bożej wierzymy, że święty biskup Augustyn i nasz brat Czesław, wspólnie z Mertonem i ks. Sadzikiem, w poczuciu głębokiej duchowej więzi, idą na ostateczne spotkanie ku Temu, który jest i był, i będzie”. Owych Wandali, niszczących wszelkie autorytety, widział także w polskiej rzeczywistości, tej z Marca ’68, ale także współczesnej. Zaczęło bowiem pojawiać się coraz więcej domorosłych fundamentalistów i pryncypialistów, zakompleksiałych i sfrustrowanych.
Szkoda, że arcybiskup nie dożył do czasów papieża Franciszka. Można zaryzykować tezę, że na gruncie polskim był prekursorem stylu Franciszkowego. Szkoda, że nie słyszymy jego odważnego głosu rozsądku, porządkującego polską rzeczywistość. Coraz mniej takich ludzi w naszym kraju. Czesław Miłosz, nie bez autoironii, mówił o sobie, że jest tylko „mistrzem pokonanej rozpaczy”. Arcybiskup lubił cytować to zdanie. Mistrz pokonanej rozpaczy? A może te trzy słowa najpełniej charakteryzują samego arcybiskupa, który przecież w głębi duszy był poetą. Tak mówił o nim po śmierci przyjaciel, ks. prof. Michał Heller. Pokonanie rozpaczy to „duchowy owoc życiowej wędrówki do Emaus; wędrówki, w której pałanie serca staje się pierwszym znakiem przezwyciężonej rozpaczy, odnalezionej nadziei”.
Jan Paweł II w słynnym „Liście do artystów” pisał: „Nikt nie potrafi zrozumieć lepiej niż wy, artyści, genialni twórcy piękna, czym był ów pathos, z jakim Bóg u świtu stworzenia przyglądał się dziełu swoich rąk”. Abp Życiński doskonale rozumiał ów pathos i potrafił o nim mówić. Był duszpasterzem prawdziwie ewangelicznym, naukowcem i zaangażowanym publicystą, mądrym i dobrym człowiekiem, wyczulonym na dramat każdego bliźniego. Ale był też twórcą Piękna, bez którego życie traciłoby swój sens i smak.

Partnerem wydania jest Teatr Wielki - Opera Narodowa. Redakcja: Anna Goc

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]