Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Życie w micie i poza nim

Życie w micie i poza nim

15.05.2016
Czyta się kilka minut
Harmonijne współistnienie wielu narodów? Co dziś oznacza taka wizja? Oto pytanie, które Magris nieustannie zadaje w swoich esejach. Odpowiedź zmienia się z biegiem czasu.
Claudio Magris, Paryż, październik 2006 r. Fot. Ulf Andersen / GETTY IMAGES
C

Claudio Magris w jakiś sposób mówi zawsze o literaturze, traktując ją jako niezastępowalny niczym dyskurs o świecie, równoprawny ze wszystkimi dyscyplinami humanistyki. Tak było w jego pisarstwie od samego początku, czyli od legendarnego „Mitu habsburskiego w literaturze austriackiej moderny”, z którego wybór otwiera opracowaną przeze mnie anto- logię „O demokracji, pamięci i Europie Środkowej”.

Twórczość Werfla, Zweiga, Rotha, Doderera staje się w tym studium 24-letniego autora uprzywilejowanym terenem dociekań na temat tego, jak niedoskonałe i chylące się ku upadkowi cesarstwo habsburskie przemieniło się – przez sam fakt, że przestało istnieć – w mit szczęsnej, wielonarodowej harmonii, bezpiecznej przystani najrozmaitszych etnicznych, religijnych i politycznych tożsamości.

Polski czytelnik zdążył już poznać różne formy i etapy pisarstwa Magrisa, nie zawsze w porządku chronologicznym, począwszy od oryginalnej formy dziennika-eseju-autobiografii, czyli „Dunaju” i „Mikrokosmosów”, przez krótkie formy narracyjne („Inne morze”, „Głosy”), powieść („Na oślep”) aż do wczesnej pracy, typowo akademickiej, jaką jest „Daleko, ale od czego?”, przełożonej bohatersko przez Elżbietę Jogałłę. Sam autor przeszedł dość typową drogę od rozpraw naukowych do eseju, a następnie powieści, niezwykłe jest w niej jednak to, że w każdym z uprawianych przez siebie gatunków zachował pewne stałe cechy swojego pisarstwa: zamiłowanie do anegdoty, fascynację autorami rejestrującymi kryzys naszej cywilizacji – Kafką, Canettim, Musilem – i tymi, jak sam twierdzi, mówiącymi życiu „tak”, na przykład Singerem, melancholię pomieszaną z umiłowaniem ulotnych przyjemności.

Sam utrzymywał, że w „Dunaju” najwięcej jest gospód i cmentarzy, a wielokrotnie przez niego cytowany anonimowy cadyk zwykł był mawiać: z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, ale tymczasem możesz wychylić szklaneczkę dobrego trunku. Bezbrzeżna erudycja autora, tak widoczna już w „Micie”, od początku sama siebie bierze niejako w nawias, gdyż towarzyszy jej poczucie daremności czysto intelektualnego wysiłku i nieustannego zagrożenia zgubną hybris; wielokrotnie powraca też cytat z Rilkego: „Kto mówi o zwycięstwach? Przetrwać – to wszystko”.

W ciągu lat, które upłynęły od polskiego wydania „Dunaju” (1999 r.), stał się Magris autorem stale obecnym w naszym obiegu kulturowym (w dedykacji do pewnego opowiadania napisał mi: „Joannie, dzięki której stałem się polskim pisarzem”), co jest największą satysfakcją, jaka może spotkać tłumacza; nigdy istotnie nie zapomnę wypowiedzi Pawła Huellego, który wyznał z okazji ukazania się „Dunaju”, że dzięki tej książce zrozumiał lwowskie korzenie swojego dziadka. Wtedy dopiero obcojęzyczny autor rzeczywiście „staje się polskim pisarzem”, kiedy może być czytany jako ktoś, kto mówi nam coś ważnego o nas samych.

Nasza negatywność

Wydajmy antologię pism Magrisa – powiedział mi jakiś czas temu redaktor Łukasz Galusek – ukazującą go jako wybitnego intelektualistę europejskiego, a nie tylko badacza literatury, znanego już polskim czytelnikom ze zbiorów takich jak „Itaka i dalej” oraz „Alfabety”.

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Początkowa panika ustąpiła miejsca pomysłowi czterech bloków tematycznych, które wydały mi się zasadnicze dla półwiecza pisarstwa Magrisa; sama byłam zdziwiona, że ta ogromna różnorodność wątków i gatunków ułożyła się w jednorodną całość, w której dominują stałe tematy: pamięć, tożsamość, pogranicze, Mitteleuropa, mit habsburski, ale także tematyka mniej znana polskiemu czytelnikowi, a niespodziewanie nadzwyczaj aktualna: demokracji, prawa, laickości. Łączą się zaskakująco harmonijnie z sobą pisma publicystyczne, ogłaszane w „Corriere della Sera” (nawiasem mówiąc, jest czymś niewyobrażalnym dla polskiego czytelnika, by teksty o takim stopniu komplikacji ukazywały się na łamach dziennika), z utworami z czasów dawnej maniery naukowej, fragmentami „Alfabetów” i „Mikrokosmosów”. Przeważająca większość esejów nie była nigdy publikowana, a dwa z nich szczególnie zasługują na uwagę, również dlatego, że dzieli je niemal półwiecze: „Mit habsburski” z 1963 r. oraz „Sekrety i nie” z 2014 r.

W naturalny niejako sposób polski czytelnik skłania się do tekstów zamieszczonych w pierwszej i czwartej części, poświęconych owej mitycznej, a zarazem przecież realnej Mitteleuropie, obejmującej obszar od Mediolanu do Tarnopola, a więc także Triestu i Krakowa; myliłby się jednak ten, kto szukałby tam nostalgicznych wypowiedzi na temat dawnych dobrych czasów Franciszka Józefa. Sam Magris zainteresował się środkowoeuropejskim amalgamatem Triestu dopiero na studiach w Turynie, czytając triesteńskich irredentystów, i mając w pamięci doświadczenie Josepha Rotha, który twierdził, że w młodości zwalczał cesarza i dlatego ma teraz prawo głosić chwałę jego imperium.

Nie chodzi zatem o bezpośrednio emocjonalne utożsamienie się z tamtym zaginionym światem, lecz o zbadanie operacji znacznie bardziej skomplikowanej: procesu mityzacji, jakiej poddali cesarstwo habsburskie urodzeni w nim pisarze, a stało się to nazajutrz po katastrofie, czyli w 1918 r., kiedy „świat wczorajszy”, by posłużyć się tytułem Zweiga, przestał istnieć. Magris ma w pierwszym rzędzie na myśli twórczość Josepha Rotha, ale także Franza Werfla, Stefana Zweiga, a nawet ironisty Roberta Musila, który demaskuje wprawdzie ów świat bezlitośnie, lecz ironia nie osłabia wrażenia ostatecznej utraty. Nie chodzi zatem o ukazanie, jaka była tamta ck rzeczywistość, ale jak postrzegali ją urodzeni w niej pisarze i jak, być może bezwiednie, potrafili uogólnić swoją kondycję „byłych”, wyprowadzając z niej wielkie XX-wieczne tematy: wygnania, wykorzenienia, bezdomności, niepewnej identyfikacji.

Ów świat solidny i bezpieczny, oparty na trwałych, zdawałoby się, podstawach, świat pedantycznych urzędników, dostojeństwa instytucji uosobionych w starym i zniedołężniałym cesarzu, wielonarodowy i harmonijny niczym „wielka Szwajcaria”, był też miejscem, jak twierdził Werfel, wspaniałej statyczności, odwlekania rozwiązań, unikania konfliktów, kumulowania sprzeczności, jak w znanym fragmencie z „Człowieka bez właściwości” Musila o kraju, który miał „konstytucję liberalną, ale rządy klerykalne. Rządzono nią klerykalnie, ale żyło się wolno- myślnie” (tłum. K. Radziwiłł, K. Truchanowski, J. Zeltzer).

Pisząc wstęp do „Mitu habsburskiego” 30 lat później, zauważał Magris uderzający paradoks: stara Austria, która prezentowała się jako wcielenie porządku, harmonijnej całości, zrodziła literaturę demaskującą pustkę cywilizacji, abstrakcyjną konstrukcję opierającą się na nieobecności, której symbolem pozostaje Musilowska Akcja Równoległa. Historia habsburskiego mitu, pisał, jest historią kultury przeżywającej ze szczególną intensywnością kryzys i transformację całej cywilizacji, która kocha porządek, lecz odkrywa chaos świata. Aby obraz owego mitu był pełen, musi zatem zawierać zarówno uwodzicielski wizerunek Austria Felix, który kreślą Werfel i Roth, jak i jej sarkastyczny portret pióra Musila. Czy dociekania na temat tamtego mitu i tamtej rzeczywistości są jedynie archeologicznej natury? Odpowiedź, jakiej udziela Magris, jest zdecydowanie negatywna. Kryzys, nieobecność, surogaty prawdziwego życia, niezliczone Akcje Równoległe zawieszone w pustce, wielkie literackie metafory negatywności nadal nas dotyczą, a zasadniczy temat „Mitu habsburskiego” – rozpad wszelkiej całości – zostawił po sobie szczątki, którymi jesteśmy my sami.

Pozagrobowy żywot cesarstwa

Począwszy od swojej pierwszej książki, pozostał Magris wierny tematyce żydowskiej, wyobrażeniu Mitteleuropy jako symbiozy niemiecko-żydowskiej, której Zagłada położyła definitywnie kres. To właśnie pisarze o żydowskich korzeniach, Werfel, Zweig, Roth, przyczynili się najbardziej do postrzegania cesarstwa habsburskiego jako ponad- narodowej, harmonijnej całości, gdzie ludy (a nie narody) żyły w zgodzie. Dla nich kres tamtego świata, zaostrzające się narodowe konflikty i zbliżająca się apokalipsa nie zmieniają wyjściowej optyki, Werfel czy Roth tworzą swoje najbardziej przejmujące opisy Cekanii już wtedy, kiedy narodził się nazizm. To „pozagrobowe życie cesarstwa”, pisze Magris, pełne uroku, zawiera zarówno elementy konkretnej rzeczywistości, jak jej bajkowe przetworzenie, „jest istnieniem w transfiguracji mitu”.

Z tematyką środkowoeuropejską łączy się część, którą zatytułowałam „Tożsamość, pogranicze. Jak można być triesteńczykiem?”. Znalazły się w niej teksty obrazujące fascynujący patchwork, jakim jest wielokulturowy, wieloetniczny Triest. Tutaj również łatwo popaść w idealizację harmonijnego współistnienia Włochów, Słoweńców, Austriaków i Żydów, wyliczać stojące obok siebie świątynie rozmaitych kultów, lecz Magris jest od takiej postawy jak najdalszy. Fragmenty z książki napisanej wspólnie z historykiem Angelem Arą, „Trieste. Una città di frontiera”, oddają ów splot sprzeczności, jaki składa się na fizjonomię miasta. Miasta podwójnie peryferyjnego, zarówno w ramach cesarstwa habsburskiego, jak i włoskiego państwa; miasta otwartego bardziej na Istrię, swoje naturalne zaplecze, niż na resztę Włoch; miasta kupieckiego i handlowego, które w XX w. wydało dwóch największych może włoskich pisarzy: Itala Sveva i Umberta Sabę. „Papierowego miasta”, jak głosi tytuł jednego z rozdziałów książki, w którym „zwracamy się do literatury, kiedy nie wiemy, kim jesteśmy”. Między kultem Franciszka Józefa oraz mitem dawnej świetności kosmopolitycznego Triestu a pomnikiem Guglielma Oberdana, który do cesarza strzelał, Triest, podobnie jak Musilowska Cekania, nie lubi dokonywać wyboru; jego istota streszcza się w przysłówku „jednocześnie”, czyli gromadzeniu, dodawaniu kolejnych przeciwieństw, rozproszonych szczegółów. „Utrata całości”, niejasna i niejednorodna tożsamość tego szczególnego miasta, skłoniła Hermanna Bahra, austriackiego dramaturga, do opinii z lubością cytowanej przez Magrisa: „Kiedy jestem w Trieście, mam wrażenie, że jestem nigdzie”.

Ale doświadczenie Triestu nie jest w tych tekstach jedynie literackie, to również wczesna świadomość życia w strefie pogranicza, a więc tygla, mieszanki języków i tradycji, terenu przenikania się kultur; lecz i w mieście stanowiącym linię podziału, składającym się z wielu granic, z których najbardziej obfitującą w dramatyczne historyczne zdarzenia była ta dzieląca Włochów i Słowian, jak mawiano w Trieście, czyli Słoweńców i Chorwatów. Esej „Po tamtej stronie. Rozważania o granicy” wydaje mi się jedną z najlepszych rzeczy, jaką Magris kiedykolwiek napisał. „Granica – pisze w nim – jest czymś dwoistym i dwuznacznym, czasami to most służący do spotkania drugiego, czasami bariera mająca go od nas oddzielić. Niekiedy to obsesja polegająca na uporczywym umieszczaniu kogoś lub czegoś po drugiej stronie”. Ale Triest przez dziesięciolecia doświadczał jeszcze jednej granicy: żelaznej kurtyny, widocznej ze wzgórz Krasu, gdzie autor bawił się w dzieciństwie z kolegami. Zaczynała się za nią „inna” Europa, groźna i nieznana, lecz zarazem budząca chęć poznania jej, oswojenia, znalezienia się po tytułowej drugiej stronie.

Powojenne perypetie Triestu, niepewność jego ostatecznej przynależności, zaowocowały poczuciem obcości, wrażeniem, że tkwi się na peryferiach życia. „Zbiorową świadomość przytłaczały zewsząd granice, lecz sami z kolei stwarzaliśmy wokół siebie nowe, po to, by uniknąć wszelkiej wyraźnej przynależności, by nasza tożsamość stanowiła efekt takiego radykalnego poczucia bycia innymi. Włoskie miasto, które przeszło przez doświadczenie narodowego zrywu i którego patrioci nosili często nazwiska niemieckiego albo słowiańskiego pochodzenia, podobnie jak w Pradze, gdzie niemieccy nacjonaliści nosili czeskie nazwiska i vice versa. Albo przywódcy chorwackiej irredenty w Dalmacji, którzy w XIX wieku spotykali się w kawiarni Muljačiča w Spalato i formułowali po włosku programy zawierające najbardziej radykalne chorwackie postulaty”.

Wyjście z mitu

Spośród czterech bloków tematycznych antologii pism Magrisa najbardziej sobie cenię część poświęconą pamięci; wydaje mi się, że tytuł trafnie oddaje jej ambiwalentną naturę, taką, jaka objawia się w tekstach włoskiego autora: „Przekleństwo i skarb pamięci”. Chodzi w pierwszym rzędzie o pamięć zbiorową dwóch archetypowych traum: Zagłady i fojb. Jeśli pierwsza stanowi nieodłączną część powszechnej zbiorowej świadomości, druga pozostaje doświadczeniem specyficznie włoskim, czy wręcz triesteńskim; chodzi o dramatyczne dni okupacji Triestu w 1945 r. ze strony armii Tity i o represje – będące w jakiejś mierze skutkiem bezwzględności faszyzmu wobec słowiańskiej mniejszości – które polegały m.in. na wrzucaniu, niekiedy żywych ludzi, pospiesznie oskarżonych o faszyzm, do fojb właśnie, czyli do głębokich szczelin w Krasie. Przywracanie pamięci to przywracanie godności ofiarom; niestety, stwierdza pesymistycznie Magris, dzieje się tak dopiero wtedy, kiedy nie zagraża ona już żadnym politycznym interesom.

Ale w części tej dominują teksty związane z Zagładą, w tym najważniejszy: „Żydzi przemawiają w imieniu wszystkich”. Powraca tu motyw samej istoty Mitteleuropy, którą jest dla Magrisa, jak już wspominałam, niemiecko-żydowska symbioza; nazizm można więc postrzegać jako samobójstwo tamtej kultury, „zepchnięcie Niemiec z centralnej pozycji, jaką miały one w europejskiej polityce i kulturze”. W samym sercu apokalipsy można jednak znaleźć przykłady, że symbioza ta okazała się silniejsza. Magris przywołuje profesora Krausa deportowanego do Terezina, gdzie aż do śmierci prowadzi on dla młodzieży, w takiej samej sytuacji jak on, wykłady na temat Lessinga, Schillera i Goethego, recytując z pamięci długie fragmenty po niemiecku; a także ocalałego z Zagłady brata Gershoma Scholema, który pytany w Izraelu przez dziennikarza, czy nadal wierzy w wielkość kultury niemieckiej, zwykł był odpowiadać: „Oczywiście, nie sądzi pan chyba, że z powodu jakiegoś Hitlera mógłbym zmienić zdanie”.

Jak wszystkie jednak wartości, również pamięć może kryć w sobie truciznę, stać się prawdziwą klątwą pokoleń replikujących dawne urazy i nienawiść. Jest pamięć aktem miłosierdzia i sprawiedliwości wobec ofiar, ocaleniem ich od anonimowości, obdarza życiem nieobecnych, stanowi podstawę wszelkiej tożsamości, jest gwarancją wolności – nie przypadkiem tyrani próbują zawładnąć w pierwszym rzędzie pamięcią. Ale istnieje też „pamięć negatywna, przykuwająca ludzi raz na zawsze do przeszłości, sprawiająca, że kamienieją niczym twarz Meduzy. Pamięć pełna resentymentu, która przywiązuje do palących wspomnień o wszystkich poniesionych zniewagach, choćby te były odległe, choćby minęły od tego czasu nawet wieki”. Pamięć nieobsesyjna, tożsamość ironiczna – to wciąż aktualna propozycja, którą możemy wysnuć z pism Magrisa.

Zaczęłam od tematu „habsburskiego” i chciałabym na nim zakończyć. O istocie Mitteleuropy pisał Magris w „Dunaju”: „[Dunaj] to rzeka Wiednia, Bratysławy, Budapesztu, Belgradu, Dacji, wstążka, która przepływa i otacza – tak jak ocean otaczał świat grecki – habsburską Austrię, z której mit i ideologia uczyniły symbol różno- rodnej i wielonarodowej tradycji, cesarstwo, którego władca zwracał się do »swoich ludów« i którego hymn śpiewany był w jedenastu językach”. Co dziś oznacza taka wizja? – to pytanie zadaje nadal Magris w swoich esejach, a odpowiedź zmienia się z biegiem czasu. W 2013 r. pisał, że Mitteleuropy potrzebujemy dziś na nowo, bo oznacza uwrażliwienie na kryzys, nieufność względem postępu, ironię jako broń przeciwko napuszonej retoryce; lecz trzy lata później dostrzega ostateczny zmierzch ponadnarodowej ekumenii, obszar dawnego cesarstwa habsburskiego stał się bowiem paradoksalnie terenem najbardziej zajadłych nacjonalizmów i niechęci do obcych. Dawna wspólna ojczyzna wielu z tych krajów, gdzie teraz wznosi się mury i zasieki, kryła jednak od początku zarzewia przyszłych konfliktów, może więc dzisiejszy stan nie jest aż tak paradoksalny, bo porównujemy rzeczywistość z mitem. ©

JOANNA UGNIEWSKA jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, autorką m.in.: „Giacomo Leopardi”, „Giuseppe Mazzini – historia jako narodowa terapia”, „Podróżować, pisać”, „Miejsca utracone”. Współautorka „Historii literatury włoskiej XX wieku”. Tłumaczka m.in. Magrisa, Tabucchiego, Citatiego, Eco. Laureatka nagrody ZAiKS-u i Nagrody im. Pawła Hertza dla tłumaczy przyznawanej przez „Zeszyty Literackie”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]