Zuzanna Skalska: Dziś nie mamy prototypów jutra

Przyszłość z amerykańskiego science fiction, którą przewidywaliśmy w latach 70., już nadeszła. Dzisiaj potrzebujemy nowej iskry - mówi analityczka trendów, Zuzanna Skalska.

22.04.2023

Czyta się kilka minut

„Mitosis” – projekt pracowni architektonicznej GG-loop z Amsterdamu, przykład projektowania biofilnego: równowagi między technologią a naturą. / MATERIAŁY PRASOWE GG-LOOP
„Mitosis” – projekt pracowni architektonicznej GG-loop z Amsterdamu, przykład projektowania biofilnego: równowagi między technologią a naturą. / MATERIAŁY PRASOWE GG-LOOP

MICHAŁ KUŹMIŃSKI: Zrobiłem sobie pobieżną listę rzeczy, które się zmieniły, odkąd po raz pierwszy rozmawialiśmy na łamach „Tygodnika” o przyszłości – dekadę temu.

ZUZANNA SKALSKA: To już dekada? O jejku. I co?

Elektryczne auta, hulajnogi i jednokołowce. Fotowoltaika na wiejskich dachach. Oczyszczacze powietrza, ale też mniej smogu w miastach. Robo-odkurzacze i początki internetu rzeczy, często chińskich, co już nie jest synonimem podróbki, lecz konkurencyjnej technologii. Paczkomaty! Dostawy na aplikację, coworking, smartwatche. Sztuczna inteligencja. Przyszłość przyszła?

Przyszła przyszłość, którą przewidywaliśmy w latach 60. i 70., ta z amerykańskiej science fiction inspirowanej programem kosmicznym. Przyszłość z „Jetsonów” czy „Star Treka”. Wówczas powstały prototypy tego, co mamy teraz, wystarczyło poczekać, aż pojawi się technologia – przy czym prototyp jest jakby przybliżeniem z kartonu i taśmy klejącej. Jego ostateczny kształt może się okazać nieco inny. Jednak to były czasy nie tylko programów kosmicznych, ale też ogromnej polaryzacji świata, która pomogła wywołać iskrę tworzenia. W błogich latach 2000-2020 takiej iskry nie było. W efekcie nie mamy dziś prototypów przyszłości.

Teraz wróciła silna polaryzacja i w dodatku spotkało nas coś, co skomplikowało wyobrażenie o przyszłości jako wiecznym postępie: pandemia, wojna w Ukrainie, recesja.

To było hamowanie przy pełnej prędkości. Zahamowaliśmy do zera, poczuliśmy pasy bezpieczeństwa.

Zatrzymaliśmy się w myśleniu o przyszłości?

Niemcy właśnie zamykają ostatnie elektrownie atomowe, zgodnie z decyzją podjętą po tsunami w Fukushimie. Tak jakby po drodze nie było pandemii, a zwłaszcza wojny w Ukrainie. Z kolei Holandia czy Polska planują budowę takich elektrowni. Jesteśmy w jednej Unii Europejskiej, ale każdy skrobie tylko swoją rzepkę. Tymczasem europejski system energetyczny – i Europa w ogóle – to sieć powiązań. Jeśli węzły tej sieci zaczną żyć własnym życiem, dojdzie do jej rozerwania.

Ale czy wojna i kryzys z dostępem do paliw z Rosji nie jest takim momentem napięcia, z którego wykrzeszemy iskrę zmian? Nawet w Polsce zaczęto poważniej myśleć o alternatywnych źródłach energii, w tym odnawialnych – przyszłościowych.

Tyle że problemy z rosyjską ropą, węglem i gazem to żadna nowość, prawda? Ile już razy Zachodowi zakręcano kurki? Od dawna było pewne, że przyjdą problemy, tak jak od dawna wiadomo, kiedy na Ziemi skończą się paliwa kopalne. Od dawna wiemy też, że musimy całkiem zmienić źródła energii. Owszem, wojna w Ukrainie dała nam tu gigantyczne przyśpieszenie.

Rozumiem, że wobec braku prototypów przyszłości postanowiliście ze strategiem biznesu Rafałem Kołodziejem wziąć sprawy we własne ręce. Zaprojektowaliście aż cztery jej scenariusze, w opublikowanej w zeszłym roku książce „Prototyping 2040”.

Z zawodowego doświadczenia wiemy, że nie istnieje coś takiego jak jedna przyszłość, tak samo jak w jednym mieście są zarówno reprezentacyjne ulice, jak też dzielnice, w które strach się zapuszczać. A na to, w jakich rzeczywistościach będziemy żyć, wpłyną wybory firm i decydentów podejmowane dziś.

Rozpisaliście te scenariusze między dwiema przecinającymi się osiami: pozioma rozpina się między „ja” a „my”, druga między „dobrobytem” a „niedoborem”. Po stronie dobrobytu jest wersja przyszłości nastawionej na „ja” – czyli życzliwy kapitalizm, i na „my” – aktywna regeneracja świata. W scenariuszu niedoboru mamy nastawioną na „my” przyszłość samoograniczenia oraz nastawioną na „ja” wizję zakonsumowania się na śmierć…

Wybór między postawieniem na dobro jednostki a dobrem społeczności ponad interesami jednostek jest dziś zasadniczy. Zwłaszcza że mamy właśnie do czynienia z cywilizacyjnym przebiegunowaniem między Wschodem a Zachodem (do Wschodu nie zaliczam Rosji, która nie jest ani kulturą zachodnią, ani azjatycką). Dotąd to Europa Zachodnia budowała cywilizację na indywidualizmie i prawach jednostki. Azja przeciwnie: tu liczyła się zbiorowość, wszyscy byli poddanymi cesarza (dziś jest nim np. Xi Jinping). A teraz ktoś przestawił wajchę – Zachód przeorientowuje się na prymat społeczności, choć w zupełnie innym modelu niż azjatycki, autokratyczny: dostrzegamy bogactwo w lokalnych społecznościach i oczekujemy, że jednostki dostosują się do ich dobra.

A w Azji?

Tam zaczyna rosnąć silna klasa średnia, która buduje pozycję jednostki, choć – inaczej, niż to było na Zachodzie – w otoczeniu autorytarnym. Już dziś mnóstwo luksusowych marek modowych czy motoryzacyjnych, dotąd kojarzonych z europejskimi stolicami, przerzuca kwatery główne do Azji, bo jest tam klient, który chce na nich budować tożsamość.

Co to dla nas oznacza?

Zmienia się paradygmat i definicje pojęć „ja” i „my”. Zaczniemy się wstydzić słowa „ja”. Wypowiedź „mi jest zimno, więc ja będę palić w piecu i nie skręcę kaloryfera” będzie wstydliwa. Cóż to ma znaczyć? Kup sobie skarpety i sweter, bo my tu dbamy o nasze środowisko i przyszłość naszych dzieci. Czyli – ubieraj się dla wspólnego dobra.

...a nie, jak dotąd, dla wyrażania siebie. Ale w Polsce, wśród młodych ludzi, po których można by się spodziewać progresywnych postaw, zdobywają poparcie politycy mówiący: ja, moje prawo do jedzenia mięsa i nieszczepienia się, moje pieniądze i nie oddam ich na podatki…

Pandemia wtrąciła nas w chaos, chaos idei jest dziś nowym porządkiem. Mamy nawarstwienie kryzysów: rosyjsko-ukraiński, polityczny, finansowy, klimatyczny, energetyczny, farmaceutyczny, kryzys zaufania do nauki i do siebie nawzajem. Uporządkowanie tego chaosu potrwa około dwóch do trzech dekad.

Kto ma go porządkować? Rządy? Korporacje? Samorządy? Wspólnoty?

Oby ktokolwiek – bo jeśli nic nami mocno nie wstrząśnie, to zmian nie będzie. Nadal zarabiamy, z kranu leci woda, działa internet, nie spodziewam się więc zmian jeszcze przez kilka lat. Gdyby ta zima nie była tak lekka, gdybyśmy mieli przez dwa miesiące minus 20 stopni, to może byśmy z niej wyszli z inną mentalnością. Ale nie przeszliśmy jeszcze czegoś, co pozwoliłoby nam zrozumieć, że nie potrzebujemy tak dużo.

Taki wstrząs prowadziłby do jednego z Waszych scenariuszy – przyszłości samoograniczenia…

Mam nadzieję, że wstrząs nie będzie potrzebny i dojdziemy do tego dzięki naszej inteligencji. Na razie żyjemy w świecie nadprodukcji. Mamy tyle żywności, że nie wyobrażamy sobie jej braku. Po co cerować skarpetki, gdy można kupić nowe? A przecież nadprodukcja to doświadczenie dopiero ostatnich dekad, zwłaszcza w Polsce. Przedtem się reperowało, teraz lubimy, jak nas stać na nowe. Dlatego uważam, że żeby doszło do zmiany, musi nas przycisnąć. Tymczasem nawet pandemia nam nie wystarczyła.

Wierzę, że gdy konflikt rosyjsko-ukraiński się skończy, najbardziej zaawansowanym społeczeństwem będą Ukraińcy. Bo wiedzą, co to znaczy nie mieć, stracić, doceniać, prosić. Wydaje mi się, że pokażą zupełnie nową drogę, nową przyszłość. Również dlatego, że to bardzo młode społeczeństwo, które właśnie znalazło swoją tożsamość i musiało się o nią bić.

Widzisz na Zachodzie kogoś, kto potrafiłby zawczasu skutecznie zakrzyknąć: „Brace yourselves, winter is coming?”

Greta Thunberg próbowała…

...i została wyśmiana.

Ale tak naprawdę mówią nam to już teraz uchodźcy. Ludzie, którzy muszą uciekać z rejonów, gdzie dziś brakuje wody i żywności, a które kiedyś zostały ogołocone przez zachodnią kolonizację. Tamta kolonizacja właśnie do nas wraca, a mamy do rozliczenia 400 lat. Tego się też nie załatwi w rok.

Jeśli zmian nie będzie, czeka nas najbardziej ponury scenariusz ­przyszłości?

Tak, czyli – kontynuacja status quo. Skupienie na sobie przy rosnącym niedostatku. Zjadanie własnego ogona. Świat, w którym kupczysz własnymi danymi po to, by opracowano oferty jeszcze bardziej pasujące do ciebie, żebyś pragnął jeszcze więcej.

Z książki zapadło mi w pamięć zdanie, że jest to „świat, w którym głównym celem wszystkich jest imponowanie innym”. A to się przecież już dzieje: heroldem tej przyszłości są media społecznościowe.

Tak – przyczyniły się one ogromnie do konglomeratu kryzysów, o którym mówiłam, bo wywołały kryzys autorytetu, co było bardzo dobrze widać w pandemii. Brednie, manipulacje i fake newsy stają się w nich wiralową prawdą objawioną.

Ale sukcesu social mediów upatruję w jeszcze innym kryzysie: wiary. Ona jest dla społeczeństw jak reguły ruchu drogowego. Tymczasem stara religia się sypie, nowej jeszcze nie mamy, za to mamy już nowe prawdy objawione. Budujemy sobie więc bożki – influencerów. Szukamy nowych cudów. Media społecznościowe to taki nowy etap próżnej magii, w którym nie wiesz, co jest prawdziwe, a co nie.

Gdyby się zmieniły, mogłyby stać się narzędziem zmiany społecznej?

Nie, bo są ślepym zaułkiem. Albo one padną, albo my padniemy przez nie. Bo w social mediach każdy dostaje taki ­content, na jaki zasłużył, wedle tego, w jakiej bańce żyje; za ich sprawą żyjemy w zamknięciu.

Czasem pytam studentów, ludzi 20-letnich, czyje zdjęcia lub plakaty mieli na ścianie w pokoju. I wiesz, że 90 procent z nich nie miało żadnych? Żadnych idoli, autorytetów. Zespoły nie istnieją, piosenka jest produktem.

To mocna metafora: czy wartością jest zespół, czy produkt…

Dziś cały system jest zorientowany na produkt. Zarządzający muszą zamknąć rok lepiej niż poprzedni, myślą krótkoterminowo, bo od tego zależy ich bonus. Gdyby system się zmienił i nagradzał liderów za to, że np. ich firma przetrwa dziesięć lat, zaczęliby myśleć długofalowo. Teraz żadnego managera nie interesuje, co będzie za dekadę. Do tego nagradzani są za maksymalizację zysku, a nie za dowiezienie innych wartości, jak choćby etyczność czy ekologia.

Przyszłość, w której korporacje zmieniają się na lepsze, to Wasz „życzliwy kapitalizm”. Jak miałby działać?

Jeśli firmy się przebudzą i zobaczą, że świat dzisiejszych korporacji nie ma przyszłości, wtedy to ich zarządzający staną się siłą napędową zmian. Bo państwa nie są na to dość silne, nie mają takich pieniędzy i wpływów. Konsumenci zaś kupują to, co się im oferuje – jeśli oferuje się im g..., będą w nim siedzieć po pachy. A wyobraźmy sobie, że korporacje oferują produkty np. możliwe do reperowania. Już tak prosta zmiana nadawałaby ton temu, jakim jesteśmy społeczeństwem.

Jaki interes musiałyby mieć, żeby tak zmienić swoją ofertę?

Na takie pytanie zawsze odpowiadam firmom jednym zdaniem: że przetrwanie nie jest obligatoryjne. Firma ma prawo się nie zmieniać, wtedy odpadnie z biznesu. Bo ktoś inny za taką samą cenę zaoferuje lepsze, etyczne produkty. Konkurencja zawsze przychodzi w momencie, w którym się tego kompletnie nie spodziewasz, i z miejsca, którego się nie spodziewasz. Może nawet zdrowiej jest, gdy firmy umierają?

My lgniemy ku dobremu? Mój wybór konsumencki może wpłynąć na przyszłość? Jeśli dostanę do wyboru dobre i tanie, wybiorę…

Tanie. Dlatego wybór konsumencki może zmienić przyszłość, ale pod warunkiem, że jest osadzony w systemie. A system musi się zmienić. Może – trzymając się wcześniejszego przykładu – produkty jednorazowe powinny być droższe, opodatkowane albo trzeba refundować naprawy? Póki system toczy konsumpcyjna gangrena, sami nie zmienimy nic.

Gdy dekadę temu rozmawialiśmy o pracy przyszłości, prognozowałaś, że czeka nas oderwanie od podziału na czas pracy i czas po pracy, że zmieni się nam definicja miejsca pracy i niej samej – będziemy się angażować w konkretne projekty w ramach sieci kontaktów. Dziś jesteśmy po wielkim eksperymencie z pracą zdalną, zmierzyliśmy się z jej wadami – np. rozlewaniem się pracy na czas wolny i przestrzeń domu. Jak dziś widzisz przyszłość pracy?

Po pierwsze, sprawdziło się, że coraz więcej ludzi chce pracować jako freelancerzy, w projektach, a nie od 9 do 17. Po drugie, naszą motywacją do wszelkiej innowacji jest lenistwo lub ciekawość. Wymyślamy robo-odkurzacze, bo nam się nie chce sprzątać, opracowujemy program kosmiczny, żeby sprawdzić, co jest na Marsie (chyba że jest w tym cel komercyjny, ale tego wolę nie wiedzieć). Tak samo jest z pracą: praca marzeń to taka, która nas ciekawi, fascynuje, ale też pozwala więcej zarabiać mniej się wysilając. I dokładnie do tego teraz dochodzimy: np. nowym trendem jest dziś zmniejszanie czasu pracy do czterech dni.

Ale, po trzecie, gdy mówimy o pracy zdalnej i biurowej, nie możemy zapominać, że za biurkiem pracuje 14-15 procent społeczeństwa. Nie da się z domu prowadzić autobusu, zmienić pieluchy pensjonariuszowi domu opieki, obcinać włosów, upiec bochnów chleba.

Pamiętam z początków pandemii, jak gwiazda kanapowej lewicy pisała, że w lockdownie „w Polsce nikt nie pracuje”, gdy pracownicy ochrony zdrowia, dostawcy, policja czy służby oczyszczania urabiali sobie ręce.

I właśnie to będzie się coraz bardziej doceniać: że nie ma co się zabijać o status 15-procentowej elity, tytuły MBA i stanowiska, na których pracuje się tak dużo, że nie ma się czasu z tego korzystać. W krajach zachodnich czuć już nacisk na dowartościowanie niebiurowej pracy. W Holandii nie wolno już mówić o wykształceniu wyższym i niższym, lecz o funkcjonalnym i humanistycznym. Błędem będzie powtarzanie nowym pokoleniom: „jak się nie będziesz uczyć, to pójdziesz do zawodówki”. Teraz trzeba mówić: „jak nie masz żadnych talentów przydatnych w społeczeństwie, to, niestety, pozostają ci tylko studia”. Oczywiście generalizuję, bo np. lekarze muszą się uczyć całe życie.

Co będzie wtedy elitarne?

Użyteczność. Do tej pory wyznacznikiem statusu było posiadanie. Nowy model będzie oparty o świadomość twojej roli w społeczeństwie. Znowu odwołam się do przykładu wiary: w etosie protestanckim nieważne, kim jesteś z zawodu, musisz wypełniać swoją rolę we wspólnocie, bo musimy w niej sobie pomagać. Życia wiecznego nie zbudujesz samym pokazywaniem się co niedzielę w kościele.

A gdy wyższe wykształcenie nie będzie wartością, kto będzie projektował, rozwijał i budował wszystkie te technologiczne cuda przyszłości?

Dalej te 15 procent ludzi będzie pracować w sektorze nauki czy technologii – to dużo. Tylko nie będzie to już taka nauka i technologia jak dzisiaj.

Co masz na myśli?

Przechodzimy tu do modelu przyszłości aktywnej regeneracji, z dobrobytem i nastawieniem na wspólnotę – to jeden z czterech scenariuszy z naszej książki. W tym modelu wszelkie innowacje nie będą już służyć naszemu lenistwu i ciekawości, lecz odbudowie i wspomaganiu życia w równowadze z naturą. Jak w filmie „Avatar”: tamtemu społeczeństwu niczego nie brakuje, bo jest ściśle połączone z naturą, rozumie ją, rozwinęło umiejętności, których my nie mamy. My przecież dziś nawet nie rozumiemy ryczącego dziecka. Dopiero zaczynamy pojmować złożoność i bogactwo królestwa grzybów – właśnie czytam w BBC o odkryciu, że komunikują się one przy użyciu do 50 „słów”! Odkrywamy dalekie galaktyki, a dopiero uczymy się tego, co mamy pod stopami. Zmieni się nasza relacja z Ziemią.

W 2050 roku większość ludzkości będzie mieszkać w miastach, wieś już dziś traci swoje tradycyjne funkcje. Żywność ma się wytwarzać w zrównoważonych, opartych o zdobycze nauki farmach. Gdzie będzie miejsce natury?

Wszędzie wokół. Miasto będzie parkiem. Natura będzie się z nami przenikać. Musimy ją z powrotem zaprosić do siebie, żeby łoś, lis lub dzik nie był w mieście intruzem czy czymś dziwnym. Czymś naprawdę dziwnym jest człowiek w mieście.

Wierzę, że to możliwe, gdy patrzę na decyzje świadomych włodarzy dużych miast. Widzą oni, że największym wrogiem miasta jest samochód. Wszystkie Barcelony, Paryże, Amsterdamy czy Londyny odwracają się od samochodu na rzecz roweru, autobusu, metra, tramwaju. Zwężają ulice, redukują parkingi, wprowadzają opłaty środowiskowe. Przestrzenią dla samochodów są autostrady i prowincja, nie miasto.

Bez samochodu nie wyobrażamy sobie dziś życia.

Gdy tymczasem pierwszy samochód powstał dopiero w 1886 roku. Nasza cywilizacja zbudowana została bez niego. W Europie Zachodniej już chyba od dekady samochód to coraz częściej problem niż luksus, bo szybciej dojedziesz wszędzie rowerem, autobusem czy pociągiem.

W rozdziale Waszej książki o najoptymistyczniejszym scenariuszu przyszłości pada słowo „utopia” i wcale nie brzmi ono jak „mrzonka”. Czym dla Ciebie jest utopia?

Po prostu marzeniem. Gdy masz marzenia, jesteś optymistą. Gdy je tracisz, przestajesz wierzyć w zmianę. W książce posługiwaliśmy się terminem „scenariusz” przyszłości, ale tak naprawdę mieliśmy na myśli mindset. Nastawienie. To, jak ustawimy swój sposób myślenia, świadomość. Jak sobie wytyczymy drogę.

Holenderski architekt i urbanista Floris Alkemade powiedział, że potrzebujemy dziś Ewy. Jak w biblijnym raju, gdzie Adam bardzo pilnował status quo i tego, czego nie można, a Ewa była ciekawa i zaryzykowała. Musieli opuścić swój raj. Ale czy my naprawdę żyjemy dziś w raju?©℗

ZUZANNA SKALSKA ­doradza biznesowi, badając sygnały zmian i scenariuszy rozwoju. Właścicielka 360Inspiration, partnerka FutureS Thinking Group, współtwórczyni School of Form w Warszawie. Od 1992 r. mieszka w Holandii, gdzie studiowała w Design Academy w Eindhoven oraz Królewskiej Akademii Sztuki i Projektowania w Den Bosch. Pracowała m.in. w Philips Design i studiu projektowym VanBerlo. Zdobywczyni prestiżowych nagród, m.in. iF Product Design Award oraz Red Dot Design Award.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, dziennikarz, twórca i prowadzący Podkastu Tygodnika Powszechnego, twórca i wieloletni kierownik serwisu internetowego „Tygodnika” oraz działu „Nauka”. Zajmuje się tematyką społeczną, wpływem technologii… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 18-19/2023