Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Znikająca biblioteka

Znikająca biblioteka

27.10.2010
Czyta się kilka minut
Internet zmienia nasze zachowania komunikacyjne i nawyki lekturowe, formując nowy typ pisarza i czytelnika. A jednak tradycyjnej książki nie uśmierci.
W

W "Pamiętniku znalezionym w wannie" Stanisław Lem opisał historię Wielkiego Rozpadu, czyli katastrofy, która w przeciągu tygodni zniszczyła dorobek wieków. Wybuch tajemniczej epidemii, zwanej papyrolizą, zrujnował życie gospodarcze, naukowe i polityczne na całym świecie. Na miejscu bibliotek, tych "bezcennych złoży społecznej pamięci", pozostały stosy szarego, lekkiego jak popiół pyłu. Ludzkość została skazana na zbiorową amnezję. Okazało się, że w swej istocie papyroliza jest "historiolizą".

Czy książki znikną?

Powieść Lema ukazała się w 1960 roku. Można sobie wyobrazić, że dziś podobny pod pewnymi względami efekt dałaby awaria globalnego systemu informatycznego. Pamiętamy panikę, jaka ogarnęła świat z końcem 1999 roku, kiedy spodziewano się, że na skutek błędu w oprogramowaniu komputerów dojdzie do globalnej zapaści systemów bankowych, komunikacji i elektrowni atomowych. Była to jedynie cyfrowa odmiana milenijnego lęku, niemniej jednak od tej pory towarzyszy nam niepokojąca świadomość, że nawet najbardziej rozwinięte technologie mogą okazać się zawodne.

Oczywiście awaria systemu informatycznego czy elektryczności nie skutkowałaby absolutną "historiolizą" - wciąż pozostałyby książki. "Bez elektryczności wszystko zamiera, ale książki dałoby się jeszcze czytać - albo w dzień, albo wieczorem, przy świecy - nawet gdyby przepadło całe dziedzictwo cywilizacji audiowizualnej" - mówi Jean-Luc Carri?re w opublikowanej niedawno rozmowie z Umbertem Eco. Panowie gawędzą o historii książki i zastanawiają się nad jej przyszłością. Odpowiedź na pytanie o dalsze losy wynalazku Gutenberga znajdziemy już w tytule ich dzieła: "Nie myśl, że książki znikną". To żarliwe zapewnienie rodzi się jednak z wielkiego niepokoju i z wątpliwości, czy kulturze druku nie grozi współcześnie zagłada.

Może żartobliwa przepowiednia Lema spełnia się na naszych oczach, z tą różnicą, że papyrolizę zastępuje rewolucja technologiczna? Media lubują się w kreśleniu wizji niedalekiej przyszłości, w której książka wyparta zostanie przez elektroniczne nośniki informacji, takie jak e-booki. Ponoć mamy się stać świadkami wielkiego cywilizacyjnego przełomu, porównywalnego do wynalezienia druku. Eco i Carri?re zalecają daleko posuniętą ostrożność. Pouczające może okazać się doświadczenie dwudziestu lat rewolucji informatycznej. Wszak w tym stosunkowo krótkim czasie odkryliśmy, że tak zwane "trwałe nośniki" mają raczej krótki żywot. Kasety VHS czy dyskietki już trafiły do muzeum techniki, a los ten niebawem czeka płyty CD i DVD. Tymczasem drukowana książka istnieje w niezmienionej postaci od ponad 550 lat i nic nie wskazuje na jej rychły koniec. Każda nowa technika wypiera swoją poprzedniczkę i uważa się za niezastąpioną. To jednak książka okazuje się, podobnie jak koło, wynalazkiem doskonałym. Dla Eco i Carri?re książka to "koło ludzkiej wiedzy i wyobraźni". Gdy człowiek skonstruował koło, został skazany na posługiwanie się nim ad nauseam. Podobnie rzecz ma się z książką.

Nowa epoka alfabetu

Eco nie po raz pierwszy sprzeciwia się teorii determinizmu technologicznego. Jej twórcy - Harold Adams Innis i  Marshall McLuhan - twierdzili, że proces komunikacji konstytuuje spo­łeczeństwo i wymusza na nim bezustanne przemiany. Media, czyli zasoby umożliwiające komunikację, determinują treść przekazu (zgodnie ze słynną maksymą, wedle której "przekaźnik jest przekazem") i modelują zachowania człowieka oraz jego sposób postrzegania rzeczywi­stości. Tabliczka gliniana i piórko przyczyniły się do powstania pisma klinowego. Papirus i pędzelek umożliwiły stworzenie pisma hieroglificznego i alfabetu. Wynalazek druku natomiast wprowadził liniowy charakter postrzegania zjawisk. Zasada jednolitej powtarzalności, rozciągnięta na inne dziedziny życia, doprowadziła do powstania nowoczesnych form produkcji (Fordowska organizacja pracy), porządków społecznych (wolny rynek, powszechna oświata) i charakterystycznego dla Zachodu modelu racjonalności (nauki ścisłe, kartezjanizm). Mrocznym rewersem tego procesu było powstanie nacjonalizmów, które zajęły miejsce lokalnych wspólnot (tak jak języki narodowe zajęły miejsce dialektów).

Eco wielekroć dyskutował z tą teorią. Zarzucał McLuhanowi, że łączy naukę z proroctwem i wizjonerstwem. Zwracał uwagę na fakt, iż te same środki przekazu pełnią odmienne role w różnych kulturach (na przykład Dalekiego Wschodu). Z powątpiewaniem odnosił się też do hipotezy, zgodnie z którą w XX wieku miejsce człowieka typograficznego zajmie człowiek elektroniczny. Powtarzał, że pogłoski o śmierci książki są przedwczesne. W miejsce tezy "Nie myśl, że książki znikną" stawia jeszcze inną: internet przywraca nas epoce alfabetu. Jako medium słowno-wizualne dokonuje cichej dywersji, przełamując dominację czystego obrazu i instaurując na nowo kulturę słowa. Dowodów nie trzeba daleko szukać - wystarczy zwrócić uwagę na geometryczny przyrost stron autorskich, niebywałą popularność blogów czy aktywność milionów internautów na forach dyskusyjnych.

Internet, współzawodniczący z telewizją o miano najważniejszego środka masowej komunikacji, zmienia pejzaż semiotyczny i społeczny. Jeszcze niedawno sądzono, że zdominowana przez telewizję kultura wywołuje obojętność, generuje międzyludzki dystans i wzmaga entropię społeczną. John Ellis w "Widzialnych fikcjach" przedstawiał mieszkańca późnej nowoczesności jako widza: telewizja spogląda zamiast niego na świat, on zaś pozostaje w izolacji, niezaangażowany w przedstawiane zdarzenia. Internet wytwarza nowy typ obywatela. Jako medium komunikacyjne i interakcyjne, zmusza do aktywności i przyczynia się do powstawania więzi społecznych. Równocześnie, jako medium nielinearne i nawigacyjne, modyfikuje znacząco nasze zachowania komunikacyjne i nawyki lekturowe, formując nowy typ pisarza i czytelnika.

Tyrania linii

Możliwość elektronicznej edycji tekstu oraz nawyk obcowania z tekstem wyświetlanym na ekranie stanowią ważną cezurę w historii pisma. Czy jednak rzeczywiście, jak chce George Landow, doszło do radykalnej zmiany w naszej kulturze (zwłaszcza zaś literaturze), porównywalnej jedynie z upowszechnieniem wynalazku Gutenberga? Literatura od początku istnienia nowej technologii próbuje wykorzystać jej atuty. Największym novum w tej dziedzinie pozostaje hipertekst, czyli tekst nielinearny i niesekwencyjny, rozbity na połączone odsyłaczami fragmenty, rozgałęziający się na żądanie czytelnika. Jednak hipertekst tkwi wciąż w fazie eksperymentu, skupia się na badaniu możliwości medium i pozostaje świadectwem poszukiwań formy dostosowanej do nowych możliwości technologicznych.

Należałoby też dodać, że literatura od dawien dawna usiłowała przezwyciężyć linearność i sekwencyjność tekstu. Dość wspomnieć innowacje takich pisarzy jak Lau­rence Sterne, James Joyce, Raymond Queneau, Julio Cortazar czy Milorad Pavič. Co więcej, klasyczne formy literackie bynajmniej nie usuwają się w cień. Być może, jak powiada Robert Coover, "prawdziwa wolność od tyranii linii okazuje się naprawdę możliwa dopiero teraz, wraz z pojawieniem się hipertekstu". Czy jednak współczesny czytelnik pragnie tego rodzaju wolności? Niewykluczone, że linearność tekstu, któremu odpowiada forma książki, nadal w większym stopniu spełnia nasze potrzeby psychiczne i percepcyjne. Możliwe, że ciągłość narracji wciąż pokrywa się ze sposobem, w jaki opowiadamy sobie życie i nas samych.

Nie sposób pominąć w tym miejscu pewnej okoliczności kulturowej: internet jest naturalnym medium dla twórczości literackiej, ale nadal liczy się przede wszystkim obecność w tradycyjnym, "papierowym" świecie literatury. W bezkierunkowej, pozbawionej hierarchii i granic przestrzeni wirtualnej rozmywają się wszelkie kryteria wartościowania. Dlatego, mimo rozkwitu sieciowych społeczności pisarskich, miarą sukcesu pozostaje publikacja książkowa. Pisarze wciąż jeszcze dzielą się, jak powiedział kiedyś z przekąsem Jerzy Pilch, na tych, którzy opublikowali książkę w Dużym Wydawnictwie, tych, którzy mają taki zamiar, i tych, którzy żywią taką nadzieję.

Biblioteka bez granic

Eco i Carri?re przekonują, że nie powinniśmy się martwić o przyszłość książki i o losy naszego dziedzictwa kulturalnego. Problematyczne staje się za to nasze uczestnictwo w świecie wiedzy i sztuki. Dostępne nam zbiory, papierowe i wirtualne, tworzą coś w rodzaju biblioteki bez granic, w której trudno się odnaleźć. W średniowieczu dobrze zaopatrzony księgozbiór składał się z około czterystu woluminów, podczas gdy domowa biblioteczka każdego z dwójki rozmówców liczy sobie po kilkadziesiąt tysięcy pozycji. Dziś po prostu nie sposób być erudytą! Eco stwierdza wręcz, że geniuszem można być w wieku dwudziestu dwóch lat, a potem należy usunąć się w cień. W tym sensie intelektualista przypomina piłkarza: po osiągnięciu pewnego wieku może już tylko zostać trenerem. Musi pogodzić się ze swoimi brakami lekturowymi i zaakceptować własną niewiedzę.

Żyjemy w czasach, w których niewielu już cierpi na kompleks Zeliga. Bohater filmu Woo­dy’ego Allena nabawił się swojej niezwykłej choroby z powodu... nieznajomości "Moby Dicka". Nie mogąc przyznać się do wstydliwej luki w wykształceniu, począł bezwiednie upodabniać się do osób z najbliższego otoczenia. Współcześnie, jak dowodzi Pierre Bayard w błyskotliwym eseju "Jak rozmawiać o książkach, których się nie przeczytało", uczymy się żyć ze świadomością niedostatków naszej wiedzy. Zdajemy sobie sprawę, że każda lektura jest zarazem nie-lekturą: otwierając książkę, wykonujemy równocześnie gest przeciwny, polegający na pominięciu wszystkich innych książek, których w większości nigdy już nie zdążymy przeczytać. Co więcej, nasza lektura nigdy nie ogarnia całej złożoności dzieła, dlatego nie powinniśmy mówić o utworach przeczytanych, lecz "przekartkowanych". Mało tego, książka żyje jedynie w naszej lekturze, potem zaś staje się mniej lub bardziej mglistym wspomnieniem. Jesteśmy więc skazani na ignorancję, gdyż operujemy jedynie fragmentami i reminiscencjami, tworzącymi "prywatną bibliotekę" i sumującymi się we "wspólną bibliotekę". W obu przypadkach są to jednak zbiory wybrakowane i widmowe, efemeryczne, trwające na krawędzi zaniku. W obliczu tego znikania książek pozostaje nam jedynie czytać, odbudowując w ten sposób fantasmagoryczny skarbiec wiedzy i wyobraźni.

W rozmowie dwóch erudytów i bibliofilów powraca charakterystyka kultury jako tworu wybrakowanego i niekompletnego. Książki od zawsze trawił pożar, palono je na stosach i poddawano ingerencji cenzury. Słowo pisane było także wydane na pastwę ludzkiej ignorancji i głupoty. To zaś, co zostało jako spuścizna, jest ledwie strzępem twórczości minionych pokoleń.

Bibliocaust

Historię ludzkości znaczy bezustanny bibliocaust. Książki giną w płomieniach i w zbiorowej niepamięci, my zaś ocalamy wybrane dzieła - te, które uważamy za najbardziej wartościowe, oraz te, które nawiną nam się przypadkiem pod rękę. Nie możemy na przykład mieć pewności, czy ­Ajschylos, Eurypides i Sofokles to najwybitniejsi dramaturdzy swojej epoki, wszak Arystoteles wymienia wielu innych autorów, których dzieła nie dotrwały do naszych czasów. Poza tym, czy dzieło Ajschylosa wciąż ożywa w lekturze? Czy z początkiem XXI wieku "Agamemnon" lub "Ofiarnice" zajmują ważne miejsce we wspólnej bibliotece? Czy też istnieją jedynie w zbiorach sentencji i maksym, w popkulturowym przebraniu "Z archiwum X" oraz "Harry’ego Pottera", gdzie powracają w formie enigmatycznych cytatów? Kultura funkcjonuje na zasadzie ­damnatio memoriae: aby się rozwijać, skazuje wybranych autorów na zapomnienie. Trwanie kultury opiera się na selekcji, na bezustannej "historiolizie". A my, chcąc nie chcąc, bierzemy w tym procesie udział.

Zarazem przeszłość nie jest zeskorupiała: przeciwnie, wydaje się witalna, oczekuje naszej reinterpretacji. W tym sensie, jak udowadniał niegdyś Gérard Genette, nie tylko Cervantes wywarł znaczący wpływ na Kafkę, ale i vice versa! "Don Kichot" czytany po lekturze "Zamku" okazuje się całkiem inną powieścią. Przepisany słowo w słowo przez Borgesowskiego skrybę, Pierre’a Menarda, zaskakuje śmiałością myśli i nowością sformułowań. Należy więc pielęgnować nawyki uważnej, niespiesznej lektury, aby móc odczytać przeszłość i rozpoznać w niej obraz nas samych. Nieobjęta biblioteka tekstów kultury wymaga od nas doskonalenia sztuki syntetyzowania i hierarchizowania. Butnej, wszechobecnej ignorancji musimy przeciwstawić żądzę wiedzy, będącą "ostatnim bastionem utopii".

Księga ocalenia

Powróćmy na koniec do konceptu Stanisława Lema i wyobraźmy sobie, jak wyglądałaby całkowita zagłada świata kultury. Nie wystarczy do tego ani papyroliza, ani globalna awaria prądu. Potrzeba katastrofy totalnej. Popkultura podsuwa nam gotowy scenariusz takich wydarzeń. Jego prototypową wersję przedstawiają kolejne części "Mad Maxa", od klasycznej z 1979 roku po jej najnowsze przeróbki (w przyszłym roku oczekujemy kolejnego sequelu, "Mad Max: Fury Road"). Ruiny cywilizacji technicznej stają się tam przestrzenią zbieractwa i recyklingu. W zdewastowanym świecie spontanicznie uformowane społeczności i gangi walczą o dostęp do paliwa i pożywienia. Jeśli nawet natrafiają na jakieś ślady dawnej świetności kultury i myśli ludzkiej, te okazują się do niczego nieprzydatne w świecie bezwzględnej walki o przetrwanie.

Ekranowy przebój tego roku, "Księga ocalenia" w reżyserii Alberta i Allena Hughes, podsuwa inny scenariusz apokalipsy. Samotny bohater, niejaki Eli (Denzel Washington), przemierza samotnie Amerykę, obróconą w ziemię jałową za sprawą atomowego kataklizmu. Nieliczni ocaleńcy walczą co prawda o dostęp do wody pitnej i ropy, ale najbardziej pożądanym przez nich przedmiotem pozostaje tytułowa księga, będąca ostatnim ratunkiem dla ludzkości. Jak się okazuje, z bibliocaustu, prócz bezwartościowej literatury, kolorowej prasy i poradników, ocalał... jeden jedyny egzemplarz Biblii! Na drodze Eliego, będącego samozwańczym strażnikiem Pisma, staje mefistofeliczny Carnegie (Gary Oldman). Rozpoczynają się zmagania dwóch bohaterów, z których jeden postrzega Księgę jako źródło prawdy i nadzieję dla umierającego świata, drugi zaś widzi w niej jedynie skuteczne narzędzie perswazji, zdolne zapewnić mu władzę absolutną nad ogłupiałą, niegramotną tłuszczą.

Ta pretekstowa fabułka, wiążąca ze sobą liczne sceny walk i pościgów, przynosi (prócz ewentualnego przesłania ewangelizacyjnego), ciekawą myśl: nawet na gruzach kultury ludzie dzielą się na tych, którzy wierzą w mądrość słowa pisanego (Eli), tych, którzy traktują je instrumentalnie (Carnegie), oraz tych, którzy nie chcą lub nie umieją czytać (reszta bohaterów) i stają się przedmiotem manipulacji. To myśl prosta a trafna; nie dzielimy się wcale na miłośników książek i czytelników e-booków, na zakochanych w szeleście kartek i fanatycznie wielbiących nowe technologie. Naprawdę dzielimy się na czytelników uważnych (egzegetów), czytelników z przypadku i nieczytelników (analfabetów pierwotnych lub wtórnych).

Nie muszę chyba dodawać, kto zwycięża w tym pojedynku. Ostatecznie Księga pozwala ocalić zagrożone człowieczeństwo. Finałowa scena przynosi klasyczny happy end: jesteśmy świadkami odbudowywania biblioteki. W jasnej scenerii, wyraziście skontrastowanej z ponurymi pejzażami radioaktywnych pustkowi, pojawiają się nowi apostołowie kultury. Widzimy bibliotekarza katalogującego zbiory oraz pierwszych czytelników błądzących między regałami. Kataklizm okazuje się doświadczeniem katartycznym: pozwala podjąć wysiłek zbudowania od podstaw cywilizacji, nierozerwalnie złączonej z ideą książki jako źródła mądrości.

Mnie jednak kusi, by odczytać tę scenę jako metaforę. Bo czyż wszyscy nie znajdujemy się w podobnej sytuacji? Sięgając po lekturę, rozpoczynamy walkę z wirusem zapomnienia. Czytając książki, rozmawiając i pisząc o nich, stawiamy czoła "historiolizie", która stanowi jeden z podstawowych mechanizmów kultury. Bezustannie odbudowujemy prywatną i wspólną bibliotekę, która - niezależnie od medium - sama w sobie jest permanentnym znikaniem.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, redaktor Magazynu Literackiego „Książki w Tygodniku”, prozaik, eseista, poeta.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]