Reklama

Zmarł Piotr Aleksandrowicz

Zmarł Piotr Aleksandrowicz

04.04.2016
Czyta się kilka minut
Był dziennikarzem i publicystą. Wieloletnim redaktorem "Rzeczpospolitej". Miał 62 lata.
D

Dobry naczelny jest jak kapitan na okręcie. Denerwuje cię? Jasne! Nie zgadzasz się z nim? Oczywiście! Ale jak przyjdzie bieda to cieszysz się, że dowodzi akurat on, że to jego masz za plecami.

W czasach starej, dobrej „Rzeczpospolitej” wielu miało redaktora Piotra Aleksandrowicza za chama:

- Chodzi po korytarzu. Nachmurzony, ani się nie uśmiechnie, ani nie powie: "dzień dobry" albo, co gorsza - bywa, że - na "dzień dobry" nie odpowie.

Wiem o tym najlepiej. Piotr Aleksandrowicz trzy razy przechodził ze mną na „ty”.

Pracowałem w „Rzepie” już ładnych parę lat i ciągle byłem „młodziakiem”. On był już redaktorem naczelnym, którego „wszyscy się bali”. Po jakimś udanym tekście wezwał mnie do swojego gabinetu i błądząc oczami po suficie wygłosił:

- Wie pan, czas chyba żebyśmy przeszli na „ty”.

Myślałem, że oszaleję ze szczęścia! Jestem na „ty” z Aleksadrowiczem!

Szczęście trwało ze dwa dni. Bo naczelny spotkał mnie na korytarzu, na łamaniu, czy też na planowaniu i sztorcował oficjalnie, przy wszystkich i na „pan”.

Po jakimś czasie znów mnie zaprosił do gabinetu: - Wie pan, czas chyba żebyśmy przeszli na „ty”.

Za czwartym razem nie wytrzymałem:

- Ale my już jesteśmy na „ty”!

- No, co ty powiesz? Serio? Widać musiałem zapomnieć!

Tak samo było z tym „dzień dobry”. Aleksander jak przychodził do pracy to przychodził do pracy. Jak szedł po korytarzu to wcale nie szedł po korytarzu tylko „przerabiał” tytuły, „sprawdzał” tabelki, „skracał” teksty, „pisał” komentarze…

Szczerze mówiąc - nigdy przedtem, ani nigdy potem nie spotkałem tak pracowitego naczelnego. A przecież od naczelnego nie wymaga się harówki.

Przypomnę:

- Dziennikarz zapieprza przez całe życie, ale niektórzy zostają naczelnymi i mogą się wtedy trochę poobijać – mawiał sam pan Dariusz Fikus, twórca nowoczesnej „Rz”.

W każdym razie Piotr A. obijać się nie potrafił, miałem wrażenie, że przychodzi pierwszy i wychodzi ostatni.

Piotrek Aleksandrowicz uczył dziennikarzy bardzo wielu rzeczy. Na przykład odwagi. Pamiętam ostre spięcie w sali łamania w sprawie tytułu. Piotrek nie chciał „naszego” i wymyślił swój. Wydawało mi się, że ten jego jest kompletnie idiotyczny. Broniłem wściekle „lepszej” wersji – czyli kłóciłem się z Aleksem! Publicznie! Przy ludziach…

Piotrek szybko uciął spór: - Dobra, trzeba podjąć jakąś decyzję. Więc ja podejmuję decyzję, że mój tytuł jest lepszy. Cześć!

Skończyło się. A ja zauważyłem, że on ucieszył się z tej awantury. Bo „jego dziennikarz” nie spękał, walczył – tego nas przecież w „Rz” uczyli od początku.

Piotrek uczył nas też uczciwości. Uważał, że „Rzepa” może być nudna, ale musi być wiarygodna. Dlatego irytowały go przekłamania, sprostowania, wyjaśnienia. Ale jeszcze bardziej irytowało go kombinowanie, ezopowy język, retoryczne pudrowanie syfilisa:
- Pomyliłeś się? Przeproś!

Gdy wyfrunąłem z „Rz” byłem w szoku - ile można się nakombinować, żeby nie przyznać się do błędu.

Piotrek uchodził za wyśmienitego dziennikarza ekonomicznego. I ja to potwierdzam.

On pisał tak, że rozumiałem – a to już bardzo dużo. Jednak o nim, jako dziennikarzu – pisał nie będę (są bardziej kompetentni).

Aleks z mojego punktu widzenia to był redaktor urodzony. Na czasy wielkich gazet. Zawsze miał wizję i nie lubił się ograniczać. Najpierw była gazeta, potem dziennikarze, a potem dalej cały, mniej interesujący świat.

Zatonął prom na Bałtyku? Piotrek kazał wynająć helikopter, żeby zrobić jedno zdjęcie. Finansował wyprawy w Himalaje, przedzieranie się przez puszcze i dżungle – bo uważał, że teksty stamtąd są dobre dla gazety.

Granice? Czasem myślałem, że nie było dla niego granic. Kiedyś siedziałem w barku u pana Jarka, przy porannej kawie. Wszedł Piotrek, rozejrzał się po okolicy. Wbił we mnie stalowe spojrzenie:

- A pan ma paszport?

- Zawsze przy sobie! – skłamałem.

- Doskonale. To poleci pan do Rumunii, bo tam się zbuntowali górnicy. Chcą spalić Bukareszt. Rozumie pan?

- Tak – potwierdziłem – Kiedy mam lecieć?

- Za godzinę. Bogdan (pan Bogdan, kierowca D.Fikusa) odwiezie pana na lotnisko.

Aleks miał też genialne wyczucie. Przyszedł raz do działu politycznego, do pokoju, w którym siedziałem z red. Michałem Majewskim. Rzucił na biurko ustawę budżetową z załącznikami.

- Znajdźcie tam część dotyczącą inwestycji centralnych. Przejedźcie się i przywieźcie z tego reportaż – powiedział i wyszedł.

- Głupi jakiś – pomyśleliśmy, bo jak niby zrobić reportaż z „inwestycji centralnych”. No i ruszyliśmy do tropem szpitala, który budował się tak długo, że w urzędzie wojewódzkim powołano wydział „ds. szpitala w budowie”, tropem wiaduktów i jezdni, które kończyły się w szczerym polu, tropem zapór wodnych: „Tata budował tę zaporę, ja buduję tę zaporę, a jutro mój syn przychodzi pierwszy raz do roboty”.

To był jeden z najważniejszych tekstów w moim życiu.

On nigdy nie opuszczał swoich dziennikarzy. Pracowaliśmy w „Dzienniku”, Piotrek w mającym siedzibę w tym samym kompleksie biurowców „Newsweeku”. Chodził dookoła fontanny, palił papierosa z nosem wbitym zadrukowane kartki. Niby nic nie widział, ale jak się człowiek np. pomylił…

- Cześć, przegięliście w tym ostatnim tekście – sztorcował jak to on.

Ostatnio przeczytał mój wywiad z Mironem Syczem. Dzwonił, żeby zaprosić do siebie w góry, bo on ma „tutaj podobne historie” i „można to pociągnąć”…

Pilnował nas, prowadził nas do końca!

Oczywiście nigdy nie znalazłem czasu, żeby tam do nich pojechać. Widziałem, że jest ciężko chory, ale jakoś w to nie wierzyłem. Dla mnie był niezniszczalny. Jak ten kapitan na okręcie – co cię denerwuje, co się z nim nie zgadzasz, ale cieszysz się, że to on jest na mostku, że właśnie jego masz za plecami.

Wiesz co. Piotrek? Fajnie, że byliśmy na „ty”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, felietonista i bloger „Tygodnika Powszechnego” do stycznia 2017 r. W latach 2003-06 był korespondentem „Rzeczpospolitej” w Moskwie. W latach 2006-09 szef działu śledczego „...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Będzie mi Go brakowało. Czytałem Jego teksty jako pierwsze w Rzeczypospolitej.

Potwierdzam wszystko,co Paweł napisał – też z tym facetem pracowałem ladnych parę lat; a dodam, że w „Sztandarze Młodych" w drugiej połowie lat 80. pisywał świetne ekonomiczo-obyczajowe felietony, to jeden z okazów był, uparty jak osioł.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]