Tak, wiem oczywiście, że chodzi tu o zarzut przestępstwa bardzo brzydkiego (łapówki, i to przyjmowane przez osobę publiczną). Tak, wiem, że walka z korupcją była jednym z najmocniej popieranych programów rządzącej władzy. I nawet, razem z milionami moich rodaków, mam nadzieję, że w jakimś stopniu (bo przecież nie raz na zawsze i na sto procent - ludzie nie zaczną się rodzić święci) uda się to zrealizować. Ale to nie ma nic do rzeczy, gdy myślę o tym, co w tej sprawie wcale nie jest takie proste. O starannie przygotowanej spektakularnej stronie zatrzymania (jak zawsze: wczesny ranek, kamery w gotowości, tłumy zgromadzone w oburzeniu przed odległym o paręset kilometrów miejscem przesłuchań). O rozmowie prokuratora krajowego z dziennikarzem - tegoż samego dnia - w której to rozmowie na pytanie "czy to prawda..." (tu sformułowanie przestępstwa) pada odpowiedź zaczynająca się od "tak", zupełnie jakby to był już werdykt sądu. O uśmiechu nieschodzącym z twarzy ministra sprawiedliwości, gdy następnego ranka w telewizji o tym zatrzymaniu rozmawia. A także o ledwo zauważalnych wzmiankach dotyczących takich drobiazgów jak kajdanki natychmiast założone kobiecie, brak sznurówek w obuwiu, napomknięcie, że prosiła o niewydawanie nakazu zatrzymania, bo ma w domu niepełnosprawnego syna...
Tak mi się nieustannie wydaje, że nie wszystko, co się u nas od jakiegoś czasu dzieje w imię wielkich haseł, uczyni nas lepszymi. Ani łatwa pedagogika oburzenia, wywoływana tak chętnie, a przyjmowana bez jakiejkolwiek refleksji, ani coraz bardziej ostentacyjne lekceważenie sprawdzonych i wypróbowanych zasad wymierzania sprawiedliwości, ani demonstracja siły razem z pogardą dla winnych nie będą nigdy należały do środków, którym można zaufać.
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















