Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Zbieranie z Manhattanu

Zbieranie z Manhattanu

28.09.2010
Czyta się kilka minut
W sprawie Ameryki jestem naiwniaczką. Lubię czteropasmowe autostrady prowadzące do miast, wymuszające równą jazdę, logiczny układ ulic i linii metra, ruch w centrum i spowolnienie w przylegających do Downtown dzielnicach.
"

"Ameryko! Ameryko!" - taki tytuł nosi powieść Danuty Mostwin, zapis przybycia do Ziemi Obiecanej. Pisarka i socjolożka zmarła w styczniu 2010 r., co nie zostało właściwie zauważone, choć w ostatnich latach doczekała się nowej edycji swoich dzieł i zainteresowania, zwłaszcza w środowisku lubelskim, w mieście rodzinnym, które opuściła w wieku gimnazjalnym, a opisywała w paru prozach.

Mostwin kojarzę z Nowym Jorkiem, chociaż mieszkała w Baltimore. Doktoryzowała się na Uniwersytecie Columbia, łączyła zawód pracowniczki socjalnej, socjolożki, psycholożki społecznej, akademiczki (sama użyłaby niewątpliwie męskich form, chociaż w anglojęzycznych publikacjach była zwolniona z tej decyzji) z pasją literacką. Jej twórczość uważam za kwintesencję kobiecej prozy emigracyjnej w najlepszym wydaniu - nie zamyka narracji w sztucznym świecie wewnętrznych doznań, konfrontuje swoje bohaterki z życiem w nowym miejscu, wykorzystuje doświadczenie biograficzne i wiedzę na temat społeczeństwa. Teoretyzuje wokół emigracji i zbiera doświadczenia street workers. Jej kariera zawodowa wciela mit Ameryki i pokazuje, jak kobiety potrafią pokonać obcość, barierę kultury i języka, zacząć od nowa. Nie ma w tej opowieści wzniosłych tonów i estetycznych fajerwerków, nie ma użalania się nad sobą - jest nurt codzienności i praktyczne spotkanie z innym, potrzebującym pomocy, skłaniającym do zrozumienia siebie.

Myślę o "Ameryko! Ameryko!" w tym roku, w Seattle. Mam wizę, dostałam ją na podróż do Nowego Jorku sześć lat temu, mogę więc powiedzieć, że widziałam dwa amerykańskie miasta w ostatniej dekadzie, niewiele doświadczeń pozafilmowych i pozaliterackich. Jak każdy, kto był w Nowym Jorku, lubię teraz rozpoznawać w filmowych kadrach miejsca odwiedzone. Z Seattle stanie się to samo, już czuję w kościach te chwile w kinie, gdy jakaś idąca w górę ulica przypomni mi tę widzianą podczas niedługiego seansu zwiedzania. W sprawie Ameryki jestem dyletantką, może nawet mniej - naiwniaczką. Lubię czteropasmowe autostrady prowadzące do miast, wymuszające równą jazdę, logiczny układ ulic i linii metra, różnorodność odbijającą niedługą historię, ruch w centrum i spowolnienie w przylegających do Downtown dzielnicach. Amerykański akcent i zagadywanie do ludzi w knajpach, które lubię co najmniej tak samo jak galerie. Lubię to, że można być tego samego dnia w chińskiej i włoskiej dzielnicy, na kaczce po pekińsku świeżo zdjętej z haka i tiramisu wylewającym się z talerzyka, trafić na kręcenie filmu gangsterskiego i zobaczyć scenę jak z tegoż w niefilmie.

Powieść "Ameryko! Ameryko!" dzieje się w Nowym Jorku, opowiada o utracie złudzeń, o obcości tego miasta i warunkach, jakie stawia przybyszom. Jakie pan ma doświadczenie? - pytają potencjalni pracodawcy bohatera, niegdyś, gdzieś, wybitnego w swej dziedzinie specjalistę. Przerywają mu zaraz, żeby doprecyzować: jakie pan ma doświadczenie w Nowym Jorku? A on ma jedno: doświadczenie upokorzeń, schodzenia w dół, poznawania zaułków, ciasnych i zaśmieconych klatek schodowych. Kupuje co prawda "New Yorkera", a jakże, zna język, ale przecież nie ma żadnego experience, którym mógłby zagrać o lepszy byt w tej stolicy nadziei.

Żyjemy w innym świecie? Jeździmy tam inaczej? Jasne, wiem. Na spotkaniach z Polonią w Vancouver i Seattle słyszę jednak tę samą opowieść, ujętą podobną frazą. Uderzające. W 1960 r. Danuta Mostwin nie tyle walczyła z jakąś anachroniczną formułą języka prozy, jak twierdzą krytycy, charakterystyczną dla powojennego pisarstwa autorek posiadających jeszcze międzywojenne wykształcenie choćby na poziomie gimnazjalnym, ile słyszała narrację emigracyjną. Ta narracja jest powtarzana w setkach wariantów i dzisiaj: jakie doświadczenie nowojorskie, vancouverskie, seattleskie pan/pani posiada? To, co gdzie indziej, nie liczy się wcale.

Gdyby próbować wobec tego zestawić jeszcze raz literackie Nowe Jorki Mostwin, Janusza Głowackiego i Jerzego Kosińskiego, nieuzgadnialność wspólnoty mogłaby ulec złagodzeniu. Bohaterowie "Antygony w Nowym Jorku" to zagubieni na Manhattanie poławiacze okazji, marzyciele sprowadzeni na ziemię Central Parku. "Pustelnik z 69. Ulicy" (tytuł nieznośnie postmodernistycznej powieści Kosińskiego) to mężczyzna zagubiony w opowieści o samym sobie. Wszyscy, parę dekad wcześniej, mogliby być bohaterami Danuty Mostwin, gdyby im pozwoliła wyjść o zmroku na ulicę i zgubić ostatecznie drogę.

Tak, może na tym polega uderzająca różnica: Mostwin zbiera swoich emigrantów z nowojorskiej ulicy jak street workerka, bohaterka wielu kolejnych próz. Gdyby stworzyć kolaż postaci Mostwin--Głowacki-Kosiński, role płciowe ustawiłyby ich wyraźnie po dwóch stronach układanki: męscy narratorzy rozpisują na kolejne epizody cierpienie, alienację, nieprzystosowanie, obcość, utratę szansy, czyli nowojorski experience, a Mostwin od razu pokazuje ciąg dalszy, adaptację i coś, co sama nazwie "trzecią wartością", czyli powstawanie nowej tożsamości.

Zgoda, to prosty podział i proste rozwiązanie. Mam jednak wrażenie, że bliskie doświadczeniu wielu ludzi; w końcu skądś się biorą historie o wychodzeniu z zapaści, o przezwyciężaniu szoku kulturowej obcości, o odrzuceniu początkowej degradacji. Mostwin, sama wcielająca taki scenariusz w swoje życie, notuje przede wszystkim te przypadki, podkreślając, że zwykle kobiety radzą sobie lepiej. Ceną może być to, że mniej ich zostaje w literaturze: muszą zarabiać na życie.

Niby lubię Nowy Jork jako hipotezę niebezpieczeństwa, centrum zmiennego świata, odrealnioną scenografię do powielanych w nieskończoność filmów. Jakby przyszło co do czego, chciałabym, żeby mnie pozbierał z ulicy ktoś, kto wierzy w zdrowy rozsądek. Niezależnie od wszystkiego warto pamiętać o Danucie Mostwin i jej Nowym Jorku. Nie mieszkała tam długo, bohaterów także zabrała w inne miejsca Ameryki, jednak jej pozornie zgrzebna wersja opowieści nowojorskiej warta jest uwagi, choćby jako punkt odniesienia.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]