Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wszystkie światy Głowackiego

Wszystkie światy Głowackiego

26.10.2011
Czyta się kilka minut
Głowacki ma tę legendarną i niepodrabialną charyzmę, chłopacki urok kogoś, kto pokazuje nam światy, do których nie mamy dostępu.
Janusz Głowacki / fot. East News
Janusz Głowacki / fot. East News
P

Przyszły biograf Janusza Głowackiego wbrew pozorom nie będzie miał łatwego zadania. Kłopoty będą tym razem nietypowe: nadmiar źródeł osobowych, setki stron autobiograficznej prozy, tysiące materiałów dziennikarskich i anegdot z epoki.

Za tą ścianą informacji, za gardą ironii kryje się gdzieś człowiek, którego prawdziwa twarz wcale nie jest oczywista. Kiedy pytam o Głowackiego, w wypowiedziach moich rozmówców jeden motyw powtarza się jednak dość regularnie: dziecko szczęścia, cholerny farciarz.

***

- On ma życiorys w porządku: bogaty, urozmaicony, a nawet inspirujący, z zaskakującymi zwrotami akcji - zaczyna Janusz Anderman. - Urodził się w 1938 roku, a potem już poszło z górki, czasem odwrotnie, ale wtedy znów robiło się odwrotnie, i tak dalej. Jeśli jednak miałbym coś - przymuszony - przestawiać, chciałbym, aby dziecię przyszło na świat z pół roku wcześniej. Gdyby Głowacki był spod znaku Barana, a nie Panny, być może byłoby jeszcze ciekawiej, choć wydaje się to niemożliwe. Ewentualnie poprawiłbym też wygląd ogólny. Głowacki by zyskał, gdyby był postawnym blondynem, a nie tym dość mikrym, irytująco ruchliwym brunecikiem. Ale może się mylę.



Anderman daje w ten sposób do zrozumienia, że Głowacki miał ogromnego farta. Trafił mu się i wygląd, i odpowiedni moment w historii, i talent. A kariera w Nowym Jorku dała mu jeszcze coś - pewność siebie, dystans i umiejętność patrzenia z wielu perspektyw na ludek, który tymczasem przycupnął po obu stronach oceanu.

- Janusz Głowacki to człowiek, któremu zazdroszczę prawie wszystkiego. Poczynając od jego talentu literackiego, poprzez inteligencję, dowcip, cynizm, na jego aparycji kończąc - mówi mi wprost aktor Andrzej Grabowski.

- Głowacki? Diabeł wcielony, bałem się przez niego Warszawy, myślałem, że mieszkają tam sami cynicy, niemoralni i sprzedajni - mówi reżyser średniego pokolenia. - Janusz pokazał mi "warszawkę" i zrozumiałem, że w tym środowisku trzeba mieć twardą skórę.

Kiedy dzwonię do reżyserów i pisarzy, tylko kilku z nich zgadza się mówić o Głowackim pod nazwiskiem. - Głowacki? A co można o nim? Szczęściarz. Zebrał anegdoty ze SPATIF-u, znaliśmy je wszyscy, krążyły w środowisku. Ale to właśnie on ze słynną ironią, cynizmem znakomicie je opracował - mówią nieoficjalnie.

- Latami próbowałem pisać Głowackim - mówi znany scenarzysta. - Imponowała mi ta unikatowa mieszanina cynizmu z liryzmem. Ale on jest niepowtarzalny, ma wyczucie czasu i anegdoty.

Jest coś jeszcze, co sprawia, że jego książki nie są tylko zbiorem plotek, ciekawostek z życia wielkich tego świata - to wysoki poziom refleksji, trafność obserwacji, umiejętność rozpoznawania i nazywania mechanizmów rządzących życiem społecznym i kulturą. I wreszcie - niebagatelne poczucie humoru.

***

To prawda, jego ostatnie książki - "Z głowy" i "Good night, Dżerzi" - są skarbnicami anegdot, historyjek, zabawnych dialogów. I Głowacki rzeczywiście ma tę legendarną charyzmę, chłopacki urok kogoś, kto pokazuje nam światy, do których nie mamy dostępu. Mówi z pozycji outsidera, chociaż pozostaje wewnątrz opisywanych zdarzeń - to czyni go bezcennym dawcą tajemnej wiedzy i silnych emocji, ale także sprawia, że jest wiarygodny. A zatem obcujemy z kimś - bo narrator jest tu utożsamiony z autorem - kto tam (w SPATIF-ie, w Nowym Jorku, na Broadwayu) był, jest świadkiem koronnym, nosicielem aury rozświetlającej czasy i miejsca. Wszystkie światy Głowackiego są specyficzne: pełne taniego blichtru nocy. Światłem operuje się tu raczej sztucznym: to blask lamp w salonach i pracowniach, mignięcia neonów, przejeżdżających samochodów, światła podczas prób na deskach teatrów. Ale pod brokatem przyjęć i reklam jest świat pełen wstydu i strachu. Brudny światek pełen skrzętnie skrywanych słabości i prostych pragnień: "Nie lubię Broadwayu - mówi jeden z bohaterów Głowackiego. - Przypomina mi brudną, bezzębną babę, pachnącą moczem i byle jak polaną perfumami, owszem, pozłacaną, ale farba się łuszczy".

Miejscami wydaje się, że człowiek Głowackiego jest słabym, przekupnym, targanym przez namiętności, dążącym po trupach do sławy i władzy narcyzem gotowym przerobić wszystko na szykowny garnitur. Ale to tylko pozór, pierwsze wrażenie. Owszem, świat - a już na pewno show biznes - to raczej miejska dżungla, w której z powodzeniem funkcjonują tylko ci cwani albo najzdolniejsi. Ale postaci Głowackiego ciągle są ludźmi: wrażliwymi, podatnymi na piękno, szukającymi miłości. Zawsze kogoś stać na gest, ktoś odstąpi na chwilę mieszkanie, powie dobre słowo, wykona ten kluczowy, ratujący życie telefon. Nawet największe gnidy są tu potraktowane z empatią, kruszyną współczucia czy wręcz - solidarności. Autor "Czwartej siostry" posiadł bezcenną umiejętność budowania dystansu, który pozwala na nonszalancję, czyni możliwym uśmiech. Sprawia, że ktoś, kto zrobił świństwo, jest już bohaterem niechlubnej przeszłości, niegroźnym biedaczkiem, któremu raczej należałoby współczuć. Co nie znaczy, że Głowacki jest letni, zupełnie odwrotnie. Potrafi bezlitośnie piętnować zawiść, narcyzm, manipulację, interesowność. Zawsze jednak z urokiem, humorem i niebywałą lekkością.

***

Oprócz anegdoty najbardziej wyrazistym i charakterystycznym dla Głowackiego narzędziem literackim jest ironia. A ponieważ jest on jednocześnie autorem i bohaterem swoich dzieł - także autoironia. Czasem jako forma obrony przed światem, szyba, przez którą nikogo nie da się dotknąć do żywego. Innym razem jako zasłona dymna własnej wrażliwości - bezdyskusyjnej przecież u autora "Z głowy".

"Ironia jest jakąś grą, która wydaje mi się najlepszym wyjściem - mówił. - Staram się zawsze o rzeczach bardzo dramatycznych opowiadać w sposób ironiczny. Uważam, że ironia jest najlepszym sposobem do opowiadania o rzeczach ważnych". Oprócz ironii, także kapitalne poczucie humoru objawiające się szczodrze we wszystkich jego tekstach. Przykład? Pierwszy z brzegu: o "nielegalnych" w czasach komuny homoseksualistach pisze ze swadą jak o pierwszych chrześcijanach, wymieniających tajemne znaki.

Głowacki ma umiejętność najlepszych prozaików: potrafi w krótkim, często żartobliwym zdaniu nakreślić charakter całej postaci albo grupy społecznej. Tak pisał o nowojorskich singielkach: "one też już przestały wierzyć i ponuro się upijają. Następnego dnia idą na jogę, potem do kościoła i, trzymając się za ręce, przekazują sobie znak pokoju".

Ale mimo lapidarnych zdań, bezpośredniości i dosadności jest też pisarzem nastroju: sugestywną atmosferę potrafi zbudować już na poziomie kilku zdań. Na przykład kiedy opisuje maleńką kawiarnię na Broadwayu, gdzie pachniało kawą i świeżym pieczywem. "W szklanej gablocie leżały francuskie kruche ciasteczka i croissanty, a z drewnianego kosza wystawały świeże bagietki. Właściciel, chyba Irlandczyk, parzył kawę i znikał w jakiejś klitce na zapleczu. Po drugiej stronie ulicy, prawie niewidoczne w śnieżnej mgle, sterczały dwa spiczaste trzydziestodwupiętrowe budynki. Właściwie omówiliśmy już wszystko, ale ciepło tej małej dziupli, kawa i śnieg przytrzymywały nas w środku".

***

- Głowacki? Świetny pisarz, zawsze trochę za lekko, a niesłusznie, traktowany. A przecież to jest proza jak dzwon, znakomita - mówi krytyk teatralny i literacki Tadeusz Nyczek. - Zwłaszcza opowiadania, "Wirówka nonsensu", "My sweet Raskolnikow", "Nowy taniec La ba da" - to górne piętro naszej powojennej literatury. Podobnie felietony, które drukował w "Kulturze". Tysiące ludzi pisało i pisze felietony, trudno tu coś nowego wymyślić, a jemu się udało. Zabijać przez zachwalanie - to było mistrzostwo świata.

Jego przyjaciele i czytelnicy do dzisiaj wspominają błyskotliwe, przewrotne felietony, które publikował w "Kulturze". - Głowa tak kombinował, że jak kogoś chwalił, to było wiadomo, że jedzie po nim do żywego mięsa. Kiedy kogoś ganił, jasne było, że to jego faworyt - mówi anonimowo pisarz, znajomy Głowackiego.

Jego sztuki są wciąż wystawiane. Na przykład inscenizację "Antygony w Nowym Jorku" zaczętą przez nieżyjącego już Tadeusza Szymkowa, a dokończoną przez Roberta Gonerę i Stanisława Wolskiego, można było niedawno oglądać na scenie otwartej wrocławskiego Teatru Lalek. W postacie dramatu wcielili się bezrobotni.

- Był doskonałym dziennikarzem, co w tamtych czasach łatwe nie było - wspomina Nyczek. - Robił na przykład zachwycające wywiady, o czym mało kto pamięta. Ja pamiętam, bo nabawił mnie wtedy kompleksu: do dziś mam niechęć do tej formy we własnym wykonaniu, bo wiem, że choćbym na głowie stanął, mistrza nie doścignę. Niektórym się wydaje, że gazetowe rozmowy to sama przyjemność i łatwizna, jeden pyta, druga odpowiada. A zrobić dobry wywiad to jak wleźć zimą na Zawrat. Głowacki to umiał - przede wszystkim zadawać właściwe pytania. Minęło czterdzieści lat, a ja wciąż mam kompleks Głowy, jak mi przychodzi z kimś gadać do gazety. Jedyny problem, jaki mam z pisaniem Janusza, to jego dramaty. To jest wszystko bardzo porządnie zrobione, fachowe, teatralne samograje. Ale coś nie mam do nich przekonania. A ponieważ wiem, że Janusz ma, ździebko mnie to martwi, bo wolałbym to przekonanie mieć. Człowiek człowiekowi nie powinien być zbytnią świnią. A ja takiej powiedzmy "Czwartej siostry" wręcz nie znoszę, za co Janusza przepraszam. Natomiast scenariusze filmowe Głowackiego mam za arcydzieła gatunku. "Polowanie na muchy", "Trzeba zabić tę miłość" to rzeczy absolutnie wybitne. Już nawet nie mówię o "Rejsie", bo to wie każdy głupi. Dlatego dziwnie jestem spokojny o scenariusz o Wałęsie - tylko Głowacki ma prawo dobrze to zrobić.

Sam Głowacki o swoich dramatach mówi tak: "Część krytyków uważa, że moje sztuki są naturalistyczne, część, że są surrealistyczne, a ja uważam, że w dzisiejszym świecie to jest nie do odróżnienia". Jego słynny dystans i ironia przejawiają się także w stosunku do krytyki: "Jest coś z takiego szaleństwa krytyki i niesprawdzalności ocen. Ktoś jest wielki, a za chwilę jest nic nie wart. Taki jest świat rządzony przez mass media, no i przez krytyków, którzy rozmaicie - to ulegają modom, to gonią za sensacją, to kreują". O tym też była książka "Good night, Dżerzi": "o rynku wydawniczym, gdzie talentu od beztalencia, prawdy od fałszu - nie da się rozróżnić".

***

Wygląda na to, że każdy ma swojego Głowackiego. A gdyby tak spróbować napisać - po swojemu - jego biografie alternatywne? - Otóż pragnę złożyć donos na Janusza Głowackiego - mówi reżyser Cezary Harasimowicz. - Od lat w archiwach IPN znajduje się niezbity dowód, że rzekomy Janusz Głowacki nie jest tym, za kogo w istocie się podaje. Proszę łaskawie i detalicznie wczytać się w twórczość wyżej wymienionego, a zorientujecie się Państwo, że spod maski sceptyka, ba, czasami nawet cynika wyziera zgoła inna twarz. Jest to oblicze subtelnego chorobliwego nadwrażliwca, któremu nie przystoi legenda bezwględnego playboya. Należy wreszcie zlustrować prawdziwą tożsamość niejakiego Głowackiego i ujawnić kryptonim autora. A brzmi tenże - "Kopernik“. Wszak wiadomo, że Kopernik też była kobietą. I zadam pytanie: Kto płaci za to od lat ukrywane płciowe oszustwo? Odpowiadam: Społeczeństwo!

A sam Głowacki? Nazywa siebie lirycznym cynikiem. O "Good night, Dżerzi" mówi, że to książka o nim: "Jest tu wiele ze mnie, z moich wątpliwości i mojego spojrzenia na świat". Współczesną Polskę widzi wyraźnie, nie ma złudzeń, ale nie jest też typem pesymisty, wiecznego malkontenta: "Jest u nas niesłychanie dużo koszmaru, absurdu, kłamstwa, zidiocenia, ale żyjemy w wolnym kraju".

Ostatnio o Głowackim znowu jest głośno - tym razem w kontekście scenariusza do filmu o Lechu Wałęsie. Jak sobie poradzi z tematem ten bezkompromisowy, dowcipny pisarz, zakochany w wielkiej rosyjskiej prozie - Czechowie, Tołstoju, Dostojewskim? Jak pokaże postać innego równie bezkompromisowego i kontrowersyjnego mężczyzny?

- To jest największa kariera XX wieku - mówi Głowacki - od elektryka do prezydenta. Wałęsa był takim trochę pokręconym, ale prawdziwym bohaterem. Prawdziwe bohaterstwo to nie jest bohaterstwo niezłomne, tylko przełamywanie najrozmaitszych słabości.

Agnieszka Wolny-Hamkało jest poetką, krytyczką literacką i publicystką. Opublikowała sześć książek poetyckich. Ostatnio ukazał się tom "Nicon i leica" (Poznań 2010).


Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]