Reklama

Zanim dotknie się dna

Zanim dotknie się dna

14.05.2018
Czyta się kilka minut
EWA KUSZ, psychoterapeutka: Są miejsca w polskim Kościele, gdzie zgłoszenie nadużycia seksualnego na osobie nieletniej będzie empatycznie załatwione. Ale są też takie, gdzie może być różnie.
MAGDALENA GUZIAK-NOWAK
A

ARTUR SPORNIAK: Ofiara wykorzystana seksualnie przez osobę duchowną decyduje się zadzwonić do kurii. I już pierwsza trudność – może nie znaleźć informacji, do kogo ma się zgłosić.

EWA KUSZ: W każdej diecezji i w każdym zakonie jest wyznaczony delegat. Więc ostatecznie taka osoba musi do niego trafić. Ale chciałam od razu doradzić jedną rzecz: ofiara, zgłaszając swój przypadek, nie musi tego robić sama – może mieć obok siebie kogoś zaufanego. O takiej możliwości mówią wytyczne Episkopatu. Może to być ktoś z rodziny, z przyjaciół, może to być psycholog czy prawnik. Obojętnie kto, ważne, że przy tej osobie ofiara czuje się bezpiecznie. Wtedy punkt startu staje się łatwiejszy. To niekoniecznie ona – z całym bagażem traumy i w stresie – dzwoni, może to robić osoba towarzysząca.

Są miejsca w polskim Kościele, gdzie zgłoszenie nadużycia seksualnego wobec osoby małoletniej będzie bardzo empatycznie załatwione. Ale są też takie, gdzie może być różnie…

Wszyscy delegaci przeszli szkolenie w krakowskim Centrum Ochrony Dziecka. Skąd te różnice?

To prawda, szkolenie było takie samo. Ale wiele zależy od empatii samego delegata i od atmosfery, jaką współtworzy albo toleruje jego przełożony.

Wytyczne precyzują: przełożony „ma zapewnić maksymalne poczucie bezpieczeństwa, okazać wolę życzliwego wysłuchania i przyjęcia prawdy oraz upewnić w przekonaniu, że osoby, ujawniając swoje cierpienie, pomagają też Kościołowi w przywróceniu naruszonego ładu moralnego”.

Jasno sformułowane – nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego niektórzy przełożeni kościelni nie zauważają, że te warunki nie są spełnione.

Porozmawiajmy zatem, jak to powinno wyglądać. Ofiara może traumatycznie reagować na sam widok koloratki. Czy delegat musi być księdzem?

W tym momencie delegatami są księża i zapewne to się szybko nie zmieni, więc zgłaszający na pewno trafi na osobę w sutannie albo w koloratce.

Czy spotkanie musi się odbywać na terenie kurii?

Znam przypadki, że nie odbywało się na terenie kurii. Delegat powinien respektować życzenie osoby zgłaszającej odnośnie do miejsca spotkania. Spodziewam się, że wielu będzie to uwzględniać, choć znajdą się też tacy, którzy będą dyskutować albo stawiać warunki, że tylko kuria. Podczas szkoleń zalecaliśmy, by delegat szedł za oczekiwaniami ofiary.

Wytyczne nakazują, by przyjmować zgłoszenia od osób niepełnoletnich w obecności psychologa. Czy osoby pełnoletnie mogą sobie zażyczyć takiej obecności, by poczuć się bezpieczniej?

Jeżeli ofiara prosi o to, by obecny był psycholog, mądry delegat powinien taką prośbę spełnić. Czasem to delegaci zgłaszają się do Centrum z prośbą, byśmy polecili jakichś psychologów.

A ofiary nie zgłaszają się bezpośrednio do Centrum?

Kierowane są do odpowiedniego przełożonego kościelnego. Czasem przychodzą z negatywnymi doświadczeniami. Wtedy pośredniczymy w kontakcie z przełożonym kościelnym lub delegatem.

Jak wygląda zgłoszenie – czy osoba jest przesłuchiwana?

Nie. Delegat wysłuchuje osobę pokrzywdzoną – ale to nie jest przesłuchanie, bo to nie proces. Nawet we wstępnym dochodzeniu kanonicznym, które po zgłoszeniu zarządza przełożony kościelny, nie ma typowego przesłuchania, choć rozmowa może być protokołowana, by osoba pokrzywdzona mogła sprawdzić, czy jej wypowiedzi zostały dobrze zrozumiane. Na tym etapie osoba przyjmująca zgłoszenie może ewentualnie delikatnie dopytać, jeśli coś jest niejasne.

Kościół w wytycznych zobowiązał się do pomocy psychologicznej, duszpasterskiej i – jeśli jest potrzeba – prawnej. Jak to wygląda w praktyce?

Znowu powiem, jak to powinno wyglądać, bo wiem, że nie wszędzie tak to wygląda. Osoba przyjmująca zgłoszenie powinna zadać pytanie, czy taka pomoc jest oczekiwana. Nie powinno się jej narzucać. Ale jeśli ofiara wyrazi taką potrzebę, konkretną pomoc powinno się zapewnić pomagając znaleźć terapeutę i opłacając terapię. Podobnie jest z prawnikiem. Co do pomocy duchowej, to ksiądz, który miałby jej udzielać, powinien znać specyfikę skutków wyrządzonej krzywdy, czyli powinien być odpowiednio przeszkolony.

W których miejscach to dobrze funkcjonuje?

Ordynariat Polowy, Gniezno, Płock, obie diecezje warszawskie, Bielsko-Biała, Zielona Góra, Wrocław... Wymieniam tylko niektóre miejsca, które spontanicznie przychodzą mi na myśl.

Osobom zgłaszającym często zależy na wiedzy, co się potem dzieje ze sprawcą i z procesem. Okazuje się to niekiedy trudne.

Ostatecznie zależy to od tego, jak prowadzący sprawę interpretują tzw. sekret papieski, którym objęte jest dochodzenie. Ale informacje, że księdzu została ograniczona posługa, albo że sprawa została przekazana do Kongregacji Nauki Wiary, nie są zdradą sekretu papieskiego i powinny być ofiarom przekazywane. Taka wiedza często uspokaja osoby dotknięte wykorzystaniem seksualnym.


CZYTAJ TAKŻE: 

Czy szukając pomocy zadzwonisz do księdza, który przyjmuje zgłoszenia od ofiar molestowania – i równocześnie jest rzecznikiem prasowym kurii? Reportaż Anny Goc >>>


W jednym z tekstów wydanych ostatnio przez WAM w zbiorze „Seksualne wykorzystywanie małoletnich w Kościele” pisze Pani, że głównym czynnikiem ryzyka sprzyjającym nadużyciom jest „kultura klerykalna”. Co to takiego?

To kościelna odmiana tzw. kultury korporacyjnej. Osoby duchowne traktuje się jako wybrane, wyjątkowe. Krzewią ją nie tylko księża – także świeccy. Benedykt XVI mówi o tendencji w Kościele i społeczeństwie do przychylniejszego traktowania duchowieństwa.

To dla nas wygodne, bo zdejmuje z nas, świeckich, odpowiedzialność za Kościół.

Ale też niektórzy z nas potrzebują mieć guru, który będzie zapewniać nam bezpieczeństwo.

Pisze Pani o poczuciu wyjątkowości, odizolowaniu, tworzeniu przez duchownych ekskluzywnego klubu…

Takie zamknięte środowisko zaczyna się rządzić swoimi zasadami. Jeśli stanie się coś niedobrego, zadziałają różne mechanizmy, które będą zmierzały do tego, by to ukryć. Przełożony będzie się czuł zobowiązany bronić całej struktury. Wśród księży pojawi się odruch „krycia kolegi” – jeśli ja będę dziś go bronić, on się kiedyś, gdy to mnie się noga powinie, odwdzięczy.

Czynnikiem ryzyka jest też autorytarne sprawowanie władzy – co to znaczy?

W zjawisku wykorzystania seksualnego ważne są dwa elementy: zaspokajanie nie tylko potrzeby seksualnej, ale także potrzeby władzy i kontroli nad ofiarą. Sprawcy korzystają z władzy, którą mają. Księża, którzy są sprawcami, dodatkowo korzystają ze swojej władzy duchowej. Często będącej poza kontrolą i poza krytyką. Problem braku kontroli władzy jest też obecny na poziomie przełożonych, którzy kryją sprawców.

Ostatnio skalę tego zjawiska zobaczyliśmy w Chile, gdzie wpływowego kapłana pedofila chronili najwyżsi hierarchowie, łącznie z reprezentującym papieża nuncjuszem. Czy powołanie osobnego trybunału do sądzenia biskupów mogłoby coś zmienić?

Dwa lata temu papież Franciszek w liście apostolskim „Come una madre amore­vole” upoważnił odpowiednie kongregacje – zajmujące się biskupami, zakonami, Kościołami wschodnimi i misjami – do prowadzenia dochodzeń i usuwania wyższych przełożonych z urzędów kościelnych w przypadku „poważnego braku sumienności” w badaniu przez nich przypadków wykorzystywania seksualnego małoletnich. Przepisy są, ale nie wiadomo, jak są stosowane. Wcielanie ich w życie zależy także od nas – od naszej wrażliwości, odwagi, konsekwencji w zgłaszaniu nadużyć, w dopominaniu się o sprawiedliwość dla ofiar.

Wspomina Pani również o problemach z formacją przyszłych księży – jednym z głównych czynników ryzyka jest ich niedojrzałość, narcyzm.

I z literatury przedmiotu, i z mojego doświadczenia jako biegłej sądowej wynika, że niedojrzałość jest wręcz głównym czynnikiem ryzyka. Na przykład w dowodzie ksiądz ma nie wiadomo jak dużo lat, ale emocjonalnie czuje się na poziomie nastolatka. W związku z tym wchodzi w relacje z nastolatkami, bo są dla niego bezpieczniejsze. Czuje się ich rówieśnikiem emocjonalnym. Kontakt z dorosłym jest bardziej wymagający. Staje się więc kolegą dla ministranta czy dla dziewczyny. Wiele razy słyszałam to od sprawców: ofiara była moim przyjacielem. Oczywiście można robić różne specyfikacje przypadków nadużyć, ale mówię o najczęstszym problemie.

Jak temu przeciwdziałać?

Trzeba po prostu wykorzystać sześć lat seminarium na formację ludzką.

To znaczy np. wysłać kleryków na staż do hospicjum?

To znaczy, że głównym kryterium nie powinno być to, żeby kleryk dobrze zdał egzamin, był poprawny w kaplicy czy zachowywał się zgodnie z regulaminem. Tylko żeby miał kontakt z samym sobą – ze swoim światem przeżyć, uczuć, żeby umiał tym zarządzać. Jeśli pójdzie do hospicjum czy gdzieś indziej, dalej będzie w jakiejś roli, a chodzi o to, żeby był sobą. Oczywiście pójście do hospicjum w formacji ludzkiej nie musi przeszkadzać.

A co z częstym wśród księży zamykaniem się w kręgu własnego rocznika seminaryjnego jako sposobem na zaspokajanie potrzeby przyjaźni?

Posiadanie bliskich przyjaciół dorosłych nie jest wcale złe. Byleby się nie zamykali w tej grupie. Zdrowa grupa ma własną tożsamość, ale jest otwarta na zewnątrz.

A brak bliskich relacji z kobietami?

Dla mnie jako terapeuty najważniejsza jest sama zdolność nawiązania dojrzałej bliskiej relacji z osobą dorosłą. Jeśli będę miał gotowość do nawiązania bliskiej dorosłej relacji, to wejdę w nią i z kobietą, i z mężczyzną. Wtedy osoba małoletnia nie będzie dla mnie partnerem.

Skąd się bierze w polskim Kościele niefrasobliwość w podejściu do przypadków nadużyć i lekceważenie potrzeby umiejętności zarządzania kryzysem? Wielu biskupów nie dostrzega kryzysu nadużyć seksualnych, lekceważy je, nie reaguje szybko i zdecydowanie. Pokutuje myślenie, że skandal powstaje wtedy, gdy zostanie ujawniony, a nie wtedy, gdy dziecko zostanie skrzywdzone.

Wciąż przeważa myślenie: to nie mój problem. W Stanach Zjednoczonych przed kryzysem bostońskim w 2002 roku nie było jedności w uznaniu problemu, dopiero po fali ujawnień podjęto wspólne działania. Potem Irlandczycy żałowali: czemu nie nauczyliśmy się od Amerykanów? Podobnie było w Europie i Australii. Trochę jest tak, że ten problem „nie istnieje”, dopóki nie dotknie się dna. Zawsze uczymy się szybciej na własnych niż na cudzych błędach. Sprzyja temu fakt, że tak wiekowa struktura, jak instytucja Kościoła, ma poczucie stabilności, które usypia. Myślimy: Kościół przetrwał już dwa tysiące lat, nic więc nie może się stać. Każdy kraj przerabia mniej więcej to samo. My, Polacy, robimy te same błędy.

Czeka nas bolesna nauka?

Tak uważam.

U nas kuleje to na najprostszym poziomie – zbierania danych statystycznych. Zdaje się, że Sekretariat Episkopatu wciąż nie może się doprosić u dużej części ordynariuszy przesyłania danych o liczbie przypadków. Dlaczego?

Nie potrafię tego zrozumieć. Chyba wciąż nie ma poczucia, że mamy wspólny problem w Kościele. Każdy mierzy się z własnym na poziomie diecezji.


Po stronie ofiar: o wykorzystywaniu seksualnym nieletnich, zmowie milczenia i innych grzechach polskiego Kościoła piszemy konsekwentnie od lat. Wybór najważniejszych tekstów „TP” z ostatniego dwudziestolecia na temat, który wstrząsa dziś Polską, w bezpłatnym i aktualizowanym, internetowym wydaniu specjalnym.


Inna rzecz, że w krajach, w których Kościół zaczął coś robić, współbrzmiało to z procesem wzrostu społecznej świadomości. Problem wykorzystania małoletnich – zauważony w Kościele, okazywał się również problemem społecznym. U nas, w Polsce, nie stał się on jeszcze problemem społecznym. Nie został zinstytucjonalizowany. Mamy poczucie, że Kościół w naszym kraju jest sam.

Niewrażliwość części biskupów odzwierciedla niewrażliwość społeczeństwa?

Tę zależność pokazuje choćby problem ze zbieraniem statystycznych danych, który istnieje także w państwie. Załóżmy, że będziemy znać dane kościelne – do czego będziemy mogli je porównać? Społeczeństwo i Kościół to połączone i napędzające się koła. ©℗

EWA KUSZ jest psycholożką, seksuolożką i terapeutką. Wicedyrektorka Centrum Ochrony Dziecka przy krakowskiej Akademii Ignatianum.


ogłoszenie społeczne

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Kierownik działu Wiara w „Tygodniku Powszechnym”. Ur. 1966 r., absolwent Wydziału Mechanicznego AGH, studiował filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i teologię w Kolegium...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zastanawiam sie,czy ta pani w ramach swojej praktyki terapeutycznej leczy z homoseksualizmu. Na jednym ze swoich wykladow do klerykow na jednym oddechu wypowiadała słowa homoseksualizm i pedofilia. W innym miejscu mowiła wprost o dramacie homoseksualizmu.Wątpliwy to dla mnie specjalosta, ktory wzbudza poczucue winy i glosi poglady niezgodne z nauką a podparte przy tym instrumentalnie teologią. Dla mnie jako teologa jest to rażące.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]