Zamrożeni w czasie

Zabawa zabawą, lecz w filmie Kaufmana gra toczy się o wysoką stawkę. O ludzkie życie – tragikomicznie niespełnione, uwięzione w przeszłości, w pogrzebanych marzeniach i ekranowych mirażach.

14.09.2020

Czyta się kilka minut

Kadr z filmu „Może pora z tym skończyć” / MATERIAŁY PRASOWE
Kadr z filmu „Może pora z tym skończyć” / MATERIAŁY PRASOWE

Może pora z tym skończyć? – podobno takie pytanie zadaje sobie wielu widzów najnowszego filmu Charliego Kaufmana, na różnych etapach seansu. Bo skoro nie bardzo wiadomo, czy cokolwiek z tego, co widzimy, wydarzyło się „naprawdę”, czy jest tylko czyjąś projekcją, albo nawet projekcją w projekcji, jaki sens brnąć w to przez ponad dwie godziny?

Sensów tu jednak niczym płatków śniegu, choć rację mają ci, którzy emocjonalne zaangażowanie w ten film porównują do jedzenia lodów w śnieżnej zamieci. Ale Kaufmanowi nie o emocje przecież chodzi. Stara się opowiedzieć na ekranie sens życia (lub jego brak) w formie puzzla – skomplikowanego bądź niemożliwego wręcz do ułożenia. Mając w pamięci scenariusze w rodzaju „Być jak John Malkovich”, „Adaptacja”, „Zakochany bez pamięci” oraz te, które Kaufman osobiście zekranizował („Synekdocha, Nowy Jork”, „Anomalisa”), można się spodziewać, że łatwo nie będzie. Że czas i przestrzeń będą się zakrzywiać i zapętlać, a melancholijna rzeczywistość będzie nieustannie nicowana przez fantazje.

Już pozornie realistyczny początek „Może pora z tym skończyć” przynosi dziwne zakłócenia. Oto zamknięta w samochodzie para młodych ludzi przemierza zimowy pejzaż, by odwiedzić jego rodziców na prowincji. Długa, wielce intelektualna konwersacja przenika się z jej monologiem wewnętrznym, w którym dziewczyna (wspaniała Jessie Buckley) rozważa zakończenie niedawno rozpoczętego związku. Wystarczy jednak się przyjrzeć, co tu wyprawia kamera Łukasza Żala („Ida”, „Zimna wojna”), która raz jest wewnątrz auta, raz na zewnątrz, to znów dokonuje przesunięć uwagi niezgodnie z tym, kto akurat mówi – i już wiadomo, że nie mamy do czynienia z typową „obyczajówką” na temat rozstania.

Chociaż narratorką tudzież postacią najbardziej w tym filmie rzeczywistą wydaje się właśnie dziewczyna, to zostaje ona jakby unieważniona. Jej imię i profesja zmieniają się w tej historii kilkakrotnie. W zależności od potrzeby chwili bywa poetką, malarką, naukowczynią czy kelnerką, jej słowa zaś, wiersze czy obrazy okazują się wcale nie jej, jakby tylko zostały jej na chwilę przypisane. Dylematy bohaterki zostają wzięte w cudzysłów, jej fotografia z dzieciństwa tak naprawdę przedstawia kogoś innego – w czyjej zatem głowie jesteśmy?

Już od samego początku pojawiają się w filmie tajemnicze przebitki na starszego mężczyznę, który krząta się samotnie po domu, a następnie idzie do opustoszałej szkoły, gdzie pracuje jako woźny, zapełniając puste godziny telewizją. Łatwo więc się domyślić, że głównym bohaterem filmu jest nie ona, lecz on – jej chłopak Jake (Jesse Plemons), a właściwie alternatywny, wyobrażony, czytany od tyłu scenariusz jego życia.

Kaufman, przenosząc na ekran powieść kanadyjskiego pisarza Iana Reida, wykonuje iście ekwilibrystyczną pracę, by złapać nas w siatkę znaczących symboli i równocześnie pomieszać nam szyki. Stąd charakterystyczne kolory, desenie czy wszystkie te wędrowne tropy: kapcie, kości, świnki, lody, nowe huśtawki przy opuszczonym domu, nie mówiąc o przywoływanych natrętnie tekstach kultury, jak musical „Oklahoma”, poezja Wordswortha, sentencje Tołstoja albo recenzja Pauline Kael z „Kobiety pod presją” Cassavetesa. Uff… Osaczają one w przestrzeni i zamrażają w czasie, umożliwiają orientację w terenie, a zarazem powodują głęboką dezorientację. Sprawiają, że zaiste trzeba czasem czegoś w rodzaju łańcuchów na koła, by przebrnąć przez te zaspy znaków i cytatów.

Zabawa zabawą, lecz gra toczy się o wysoką stawkę. Chodzi o ludzkie życie – tragikomicznie niespełnione, uwięzione w przeszłości, w pogrzebanych marzeniach i ekranowych mirażach. Bo wszystko wskazuje na to, że Jake i rudowłosa dziewczyna w budrysówce tak naprawdę nigdy się ze sobą nie związali. On nie odważył się dać jej numeru telefonu, nie przedstawił jej swoim rodzicom, nie zrobił naukowej kariery, nie toczyli ze sobą tych wszystkich wyrafinowanych dysput…

Sekwencja w rodzinnym domu Jake’a ma coś z błądzącego w czasie horroru, gdzie piwnica, pokój dziecinny i groteskowi rodzice (Toni Colette i David Thewlis), na przemian postarzani i odmładzani, tworzą upiorne uniwersum dzieciństwa, które w dużym stopniu zdeterminowało życiową drogę bohatera. To przestrzeń pełna głębokich rys i blizn, doraźnych plastrów i mokrych plam, które pozostają w duszy na zawsze. Kaufmanowi jednak taka psychoanaliza nie wystarcza, toteż uruchamia kolejny etap zimowej podróży. A tym samym rozpoczyna trochę inny film, surrealistycznie jeszcze bardziej rozpasany, klimatycznie zbliżony do Davida Lyncha i, niestety, dużo mniej przekonujący niż wcześniejsze części „Może pora z tym skończyć”.

Właśnie ten ostatni rozdział najbardziej przydaje tytułowi wspomnianej metawymowy. W tytule można wyczytać także, prócz oczywistych rozterek dziewczyny brnącej w nieciekawy związek, opis krytycznej sytuacji egzystencjalnej, w jakiej znalazł się zimową porą stary samotny człowiek. Odczytywanie filmu Kaufmana jako studium psychicznego zaburzenia z pewnością znajdzie zwolenników, jednak byłaby to lektura dość okrutna, bo pozbawiająca nadziei. Lepiej spojrzeć na film po prostu jak na wielopiętrową łamigłówkę z zegarem czy kalendarzem w roli głównej.

„Ludzie widzą siebie jako punkty podróżujące w czasie. A ja uważam, że jest na odwrót: my stoimy w miejscu, a czas przechodzi przez nas. Wieje jak zimny wiatr, kradnie nam ciepło i zostawia nas skostniałych, zmarzniętych i martwych” – monologuje bohaterka podczas drogi powrotnej, choć to pewnie Jake znów wkłada w jej usta cudze słowa. Jeśliby brać te wynurzenia dosłownie, mielibyśmy do czynienia wyłącznie z pretensjonalnym, ponurym filmem. Jeśli zechce się dostrzec w nich zasadę konstytuującą ów przeładowany i umyślnie rozjechany filmowy świat, będzie się on jawił – również poza ekranem – troszeczkę bardziej znośnym. ©

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ (I’m Thinking of Ending Things) – reż. Charlie Kaufman. Prod. USA 2020. Dostępny na Netfliksie.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do magazynów „EKRANy” i „Kino”, jest felietonistką magazynu psychologicznego „Charaktery”. Współautorka takich publikacji, jak „Panorama kina najnowszego”, „Szukając von Triera”, „Encyklopedia kina”, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2020