Zakazane szlaki Cambridge

Cambridge to miasto wymyślnych rynien, gzymsów, iglic i okapów. Okazuje się, że wyginają się one wręcz złośliwie, kiedy po zmroku zaczynają swoje drugie życie.
z Cambridge
Czyta się kilka minut
Dachy Cambridge, listopad 2018 r. // Fot. Adobe Stock
Dachy Cambridge, listopad 2018 r. // Fot. Adobe Stock

Na pierwszy rzut oka jest jak w typowym przewodniku. Czytamy, że region oferuje szereg dróg wspinaczkowych o różnej trudności. Owszem, brakuje wyrażonej w liczbach skali. Jednak szczegółowe opisy nie pozostawiają wątpliwości, dokąd powinien udać się początkujący, a gdzie pewny siebie zawodowiec. Nawet nazwy formacji, przetłumaczone na polski, niosą ów typowy dla wspinaczkowego światka pierwiastek szaleństwa.

Mamy więc Trójcę, Starą Bibliotekę, Most Westchnień albo Królewską Kaplicę. Tę iluzję można by ciągnąć jeszcze przez kilka zdań, jeśli nie akapitów. Można by zapytać, dlaczego ktoś chciałby wspinać się na te szczyty, i odpowiedzieć: bo są. Pisać o sprzęcie (długie spodnie są lepsze niż szorty, a gumowa podeszwa nie niszczy kamienia) oraz warunkach pogodowych (zimy są tu łagodne, a jedynym problemem pozostaje deszcz). Ale prędzej czy później trzeba będzie wyjaśnić, że jeśli formacja nazywa się kaplicą, to dlatego, że właśnie nią jest. I że to wszystko odbywa się nie do końca legalnie.

W środku słonecznego maja wędruję wzrokiem po fasadzie głównej bramy Trinity College w angielskim Cambridge. Trudno o bardziej płaski skrawek lądu w Wielkiej Brytanii. Ponad horyzont wystają tu tylko budynki, a sokoły gniazdują wyłącznie na wieżach kościołów. Książkę „The Night Climbers of Cambridge” mam na dnie plecaka. Nie będę jej wyjmował, nie chcę budzić podejrzeń. Nie planuję iść w ślady jej autora, przyjechałem do Cambridgeshire w zupełnie innym celu. Zresztą moje doświadczenie ogranicza się do wspinaczki sportowej, a więc po drogach już ubezpieczonych. A tu trzeba by się wykazać o wiele większą brawurą. Wspinać się na żywca, bez asekuracji, ewentualnie przewiązać się liną z partnerem.

Urzędnicy wizytują dach budynku uniwersyteckiego, na którym studenci z grupy Night Climbers zainstalowali samochód Austin 7, Cambridge, czerwiec 1959 r. // Fot. John Bulmer / Popperfoto / Getty Images

Pozostaje więc wyobraźnia. A więc wieża z prawej, do rynny, krawędź okapu, kolejna rynna, trzymać się z dala od piorunochronu. Wreszcie chwyt, który pozwala wciągnąć się na blanki. Oglądać główną bramę Trinity College „to jak zobaczyć pierwszy śnieg w Austrii lub odległe Coolins, gdy wjeżdża się na wyspę Skye”, pisze we wspomnianej książce niejaki Whipplesnaith. Tłumaczy, że choć figura króla Henryka VIII, która góruje nad bramą, wydaje się w zasięgu ręki, to próba jej dosięgnięcia nie byłaby rozsądna. Kamień jest tu po prostu mało bezpieczny. Za to kiedy podczas remontu dostawiono do niej rusztowanie, ktoś rychło wymienił królewską buławę na drewnianą nogę od krzesła. Podobno takich przypadków było więcej, a król dzierżył już całą masę insygniów, o których nie śniło się władcom.

Bal bez zaproszenia

Początki tej historii rozpływają się w mrokach XVIII-wiecznych nocy. Mitów założycielskich jest kilka. Najbardziej wiarygodne mówią o tym, że bramy kolegiów zamykane były od zawsze o dziesiątej wieczorem, więc jeśli spóźnialski nie chciał spać na ławce w parku, musiał znaleźć inną drogę do akademika. Inni twierdzą, że zaczęło się od piłki, która wpadła na dach, więc trzeba było po nią pójść. Albo że chodziło o to, by dostać się bez zaproszenia na majowy bal.

Pierwszym dowodem na to, że zabytkowe Cambridge może służyć nie tylko do nauki, stała się niepozorna książeczka z 1900 r. Autorem „The Roof-Climber’s Guide to Trinity” („Przewodnik wspinaczkowy po Kolegium Trójcy Świętej”) był Geoffrey Winthrop Young, uznany brytyjski alpinista, autor pierwszych dróg w masywach Breithorn i Monte Rosa. Kolega George’a Mallory'ego, tego samego, który w 1924 r. zmarł na północnej ścianie Mount Everest (to, czy stanął wcześniej jako pierwszy człowiek na jego szczycie, pozostaje wielką zagadką himalaizmu).

Pod koniec XIX wieku Young studiował literaturę klasyczną w Trinity College. Zaś po zmroku – co okazało się po publikacji jego przewodnika – przemierzał ściany i dachy kolegium. Robił to przede wszystkim w ramach treningu przed letnim sezonem alpejskim. Jego książka miała być żartem. Chciał sparodiować nadęty styl szwajcarskich przewodników wysokogórskich. Broszura szybko zyskała jednak popularność, a jej autor stał się mimochodem pierwszym historykiem sportu, który ochrzczono mianem „nocnej wspinaczki”. To wszystko musiało dziać się po zmroku, bo władze uczelni z oczywistych względów nie podzielały pasji swoich podopiecznych.

Nie zmienia to jednak faktu, że ślady zdobywania dachów kolegiów Young znalazł choćby we wspomnieniach Lorda Byrona (autora m.in. pierwszego wejścia na fontannę na głównym dziedzińcu Trinity College w 1806 r.). Przewodnik po Trinity doczekał się z czasem dwóch nowych wydań, a każde z nich było odpowiedzią na rozbudowę kolegium. Nowe, perspektywiczne ściany wspinaczkowe domagały się zdobycia i opisania.

Z kolei Young, zanim na dobre opuścił mury Cambridge, napisał jeszcze równie prześmiewczy tom „Wall & Roof Climbing” („Wspinaczka skalna i dachowa”), w którym, posiłkując się cytatami z klasyków oraz własnym doświadczeniem, usiłował nadać nocnej wspinaczce pewną dozę dostojeństwa: „Cechą odróżniającą wspinaczkę po dachu od skałkowej i utrudniającą jej uprawianie nie tylko początkującym, ale nawet znawcom gór, jest gwałtowność kątów. Nawet w Dolomitach, gdzie gzymsy i kominy najbardziej przypominają architektoniczny ideał, pionowe ściany są rzadkie i zazwyczaj pozwalają na obejście, albo też noszą nadające się dla wspinaczy pęknięcia. Co innego budowniczy, który z radością ukazuje swoją wyższość nad Naturą oraz pogardę dla jej delikatnych metod. Ściany, które stawia, są tak proste, jak tylko pozwala na to pion hydrauliczny. Wyłożone kafelkami lub łupkami szczyty złośliwie wyginają chwyty w niewłaściwą stronę, a kominy naśladują intelektualny rozwój wczesnowiktoriańskiego wysokiego kapelusza”.

Obyty z alpejskimi ścianami wspinacz może stracić całą pewność siebie wewnątrz komina na szczycie szesnastometrowej ściany budynku, przekonuje dalej Young.

Kruchy kamień Oksfordu

Brawury nie brakowało na pewno Ivorowi Armstrongowi Richardsowi, późniejszemu uznanemu teoretykowi krytyki literackiej, który w 1915 r. wspiął się na wiatromierz jednego z budynków Kolegium Magdaleńskiego, gdzie studiował. Zrobił to dwukrotnie – raz, nocą, po to, by zawiesić na nim kukłę. I drugi raz, za dnia, by ją zdjąć. Powtórny wyczyn został zresztą uwieczniony na fotografiach, do których dotarł pisarz Dan Richards, w książce „Climbing Days” („Dni wspinaczki”) próbujący opowiedzieć o górskiej pasji znanego intelektualisty i jego żony, prywatnie jego wujka i ciotki. Dorothy Pilley Richards była fetowaną alpinistką (zasłynęła pierwszym wejściem na Dent Blanche w Szwajcarii drogą północno-zachodnią), nie mogła jednak zapisać się w annałach nocnej wspinaczki, bo angielskie kolegia dopiero w drugiej połowie XX wieku stały się koedukacyjne.

Dowody na praktykowanie wspinaczki w Cambridge rozsiane są więc po literaturze, której autorzy i autorki zetknęli się z uniwersyteckim miastem. O dziwo, mimo podobnie kuszącej architektury, sport nie przyjął się w innych ośrodkach akademickich. Były przebłyski: w 1941 r. pojawił się przewodnik wspinaczkowy po Winchester, angielskiej stolicy do przełomu XII i XIII wieku (co nie powinno dziwić, gdy zobaczy się zdjęcie tamtejszej katedry). Wspinaczka nie trafiła za to na podatny grunt w Oksfordzie, bo – jak przekonuje jeden ze studentów w przewodniku po Trinity – tamtejszy kamień jest o wiele bardziej kruchy, co narażało budynki na uszkodzenia.

Najbardziej sumiennym świadectwem zjawiska pozostaje książka niejakiego Whipplesnaitha z 1937 r. Anonimowość udało mu się zachować przed większość XX wieku. Z czasem został zidentyfikowany jako Noël Howard Symington, dziedzic przemysłowej fortuny i absolwent Kolegium Królewskiego z lat 30. Po opuszczeniu uczelni postanowił podsumować lata wspinaczki. W myśl zasady, że jedna fotografia warta jest tysiąc słów zachciał, aby książce towarzyszyły zdjęcia. Musiał więc do Cambridge wrócić, by dokonać powtórnych przejść najważniejszych dróg wspinaczkowych miasta. W przedsięwzięciu towarzyszyło mu łącznie 24 kolegów, który poznał w czasie studiów. Grube swetry, tweedowe marynarki, bawełniane spodnie i konopne liny przewiązane w biodrach. Szarość kamienia i czerń nocy. Bezczelność tych chłopaków musiała być zaraźliwa. Nietrudno uwierzyć, że na widok tych zdjęć wielu mówiło: też tak chcę.

Turystyka rynnowa

Wspinaczka w Cambridge sprowadza się do dwóch typów wyzwań, pisze na wstępie Whipplesnaith. Chodzi o rynny i kominy. Samą rynnę można pokonywać na dwa sposoby. Albo trzymając ciało z dala od ściany, ściskając rynnę rękami i zapierając się wokół niej nogami, a potem idąc do góry niczym małpa; albo, jeśli między rynną a ścianą nie ma żadnej przestrzeni, przytulając się do niej i pełznąć w górę niczym gąsienica. To wszystko wspinaczkowe przedszkole. Bez opanowania tej podstawowej umiejętności nie ma czego szukać na ścianach tutejszych uczelni.

Trzeba być szaleńcem, żeby przemierzać Cambridge, wpatrując się w głównie w przebieg rynien, ale tym właśnie kończy się dla mnie lektura książki. Mam jednak pecha – w większości kolegiów trwają egzaminy, a wstępu na ich dziedzińce bronią tabliczki informujące o zakazie wizyt. Wtykam więc głowę, gdzie się da, posiłkując się zdjęciami satelitarnymi z internetu. Z lotu ptaka najstarsza część miasta jest konstrukcją zbudowaną z prostokątów. A więc zieleń trawników i szarość dachów.

Fasada sklepu Marks & Spencer przy Sidney Street właściwie wcale nie rzuca się w oczy, ale mimo to przyglądam się jej długo i wytrwale, mając w pamięci spektakularną wspinaczkę ekipy Whipplesnaitha. To jedyny opisany przez nich epizod wchodzenia na teren prywatny. Powód jest prozaiczny – w zebranym materiale zdjęciowym brakuje efektownych pinakli, wieżyczek z iglicami, z których nie da się wejść nigdzie wyżej. Wspinaczom przychodzą do głowy dwa obiekty. Pierwszy z nich to jedna z wież na terenie Kolegium Jezusowego. Ale w nocy, której decydują się na akcję, na jego terenie trwa impreza, a „każdy, kto nie jest pijany, tańczy przy ognisku”. Zatrzymani przez portiera, muszą zmienić plany.

Drugim potencjalnym celem jest budynek banku Lloyds. Idą tam we dwóch po rusztowaniach ustawionych przy nieistniejącym już kinie, a potem po dachu sklepu Marks & Spencer przedostają się na teren banku. Stojąc u podnóży docelowej iglicy dochodzą do wniosku, że choć brakuje jej chwytów, to można się na nią wdrapać po piorunochronie. Ale konstrukcja jest licha i nietrwała, więc można to zrobić tylko raz. Potem ciężar ich ciał osłabi mocowania. Zanim przystąpią do wspinaczki, muszą zejść po fotografa. Zaczyna jednak padać, chowają się więc przed deszczem pod jakimś okapem na dachu sklepu. A potem pierwszy z nich zaczyna iść po drabinie w dół, wprost w ramiona czekających już na chodniku policjantów. Drugi salwuje się ucieczką, której trasa odwzorowana została na prowizorycznej mapce wydrukowanej w książce.

Przypomina bohomazy Kevina z filmu „Kevin sam w domu”, który na prowizorycznym planie pozaznaczał wszystkie przygotowane przez siebie pułapki na złodziei. A więc najpierw po dwumetrowym murze w górę, potem dwa razy wyższym kominem w dół. Dalej po rynnie i dwóch okiennych parapetach do poziomu ulicy po wewnętrznej stronie bramy. Ta jest zamknięta, wdrapuje się na nią, ale po drugiej stronie widzi policjantów. Nie ma szans przejść niezauważony, więc wraca. Przez okno włazi do czyjejś sypialni, gdzie lokatorki podnoszą na jego widok krzyk. Przeprasza je i już chce wyskoczyć z przeciwległego okna na ulicę, ale znów widzi policyjne latarki i się cofa. Jeszcze raz przeprasza przestraszone dziewczyny, a potem wbiega po schodach do pustego pokoju, z niego przedostaje się na szklany dach, dalej kilkunastometrową rynną w górę na szczyt jeszcze innego sklepu. W alejce na dole jest ciemno, więc schodzi po rusztowaniu ewakuacyjnym na chodnik i rozpływa się, niczym Batman, w ciemności.

Zakaz na zakazie

„Don’t climb”. Zakaz wspinaczki. Kiedy spaceruję po Cambridge, na każdym kroku natrafiam na podobne tabliczki. Inny afisz informuje, że kamienny mur okalający Kolegium Emmanuela pomalowano antywłamaniową farbą. Tyle możliwości, myślę, widząc wystający zza niego sędziwy platan, bo gałęzie rozchodzą się na boki z wyobraźnią godną górotworu.

Wszystkie te zakazy rodzą oczywiście pytanie – czy to możliwe, by nocna wspinaczka wciąż była żywą tradycją? Czy w czasach wszechobecnych kamer przemysłowych jest to w ogóle wykonalne? Czy reprinty stuletnich przewodników są już tylko antykwaryczną ciekawostką? A może ktoś z nich korzysta zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem?

Wyraźną sugestią, że tak jest, staje się artykuł z kwietnia 2022 r. Znajduję go na stronach uniwersytetu. „Następnym razem, gdy ktoś poprosi cię o potrzymanie kebaba, miej świadomość, że być może właśnie wchodzisz do jednego z najstarszych i najbardziej tajemniczych klubów Cambridge” – pisze Mark Frary. Słowom towarzyszą zdjęcia, ich autorem jest słynny angielski fotografik John Bulmer, który w latach 50. sam studiował w Cambridge. Jednocześnie imał się zleceń od popularnych tytułów prasowych. Choć cierpiał na lęk wysokości, parokrotnie wybierał się z kolegami w teren.

W artykule wspomina wyjście na Senat Kolegium Gonville’a i Caiusa, nazywany Everestem nocnej wspinaczki. Trzeba wejść po parapetach i kratach na jeden z posągów, a potem przedostać się z niego na senacki dach. Drogę przegradza ponad dwumetrowa przepaść do przeskoczenia. Bulmer czaił się z aparatem na dole, podczas gdy jego kompan próbował dokonać niemożliwego. I choć skok był udany, to zawiodła lampa błyskowa. Chwilę później Bulmera złapała uniwersytecka ochrona. Trafił przed oblicze nadzorców kolegium. Wykpił się stwierdzeniem, że był tylko przypadkowym przechodniem z aparatem. Nie upiekło mu się za to kilka miesięcy później, gdy jego zdjęcia zostały opublikowane w „Sports Illustrated”. Skreślony z listy studentów na sześć tygodni przed końcem nauki, stał się prawdziwym męczennikiem sportu. Jego fotoreportaż przyniósł za to renesans dyscypliny i zaowocował nowym wydaniem przewodnika po Trinity.

Autem na grań

To wspaniałe uczucie – na końcu wyczerpującej wspinaczki ujrzeć na sąsiednich dachach ciemne sylwetki innych śmiałków, przekonuje Whipplesnaith. Bo każde kolegium ma swoich wspinaczy, którzy zwykle nie mają pojęcia o innych grupach i ich wyczynach. „Przychodzą z ciemności, w ciemności przebywają i w niej się rozpływają, a większość wyczynów pozostaje niezarejestrowana i tym samym zapomniana”. Wszystko spowija mrok tajemnicy i niepewności, które każą ci myśleć, że jesteś tu, na wierzchołku, pierwszy: „Zdobycie gmachu Senatu to jedna z tych mglistych legend, które swój urok zawdzięczają zupełnemu brakowi szczegółów. Słyszeliśmy, że wejście na szczyt przypisywano różnym osobom, zwłaszcza pewnemu słynnemu sportowcowi, znanemu z wielu wybitnych osiągnięć. Ale niezweryfikowana legenda pociąga bardziej niż suche fakty i daty. Dlatego powstrzymaliśmy się od napisania do niego z pytaniem, czy to wszystko prawda”.

Prawdą musi być niewątpliwie jedna z anegdot przytoczonych przez Bulmera. W 1958 r. dostał cynk, że grupa studentów inżynierii wciągnęła na lokalny Everest samochód osobowy. Udał się tam z aparatem następnego ranka. Zdjęcie – jedno z nielicznych zrobionych w świetle dnia – nie pozostawia żadnych złudzeń. Austin model numer siedem stoi okrakiem na grani kolegialnego senatu. Widać nawet jego numer rejestracyjny. Samochodowi przyglądają się dwie osoby w garniturach. W tle prężą się iglice sąsiedniego Kolegium Królewskiego. Ale co to była za wspinaczka? Którędy i jak? To na zawsze pozostanie tajemnicą. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Zakazane szlaki