Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Karawana do marzeń

Karawana do marzeń

21.10.2018
Czyta się kilka minut
„Dobry Bóg tak chciał, że tego samego dnia weszliśmy tak wysoko” – powie Jan Paweł II pierwszej polskiej zdobywczyni Mount Everestu. 16 października 1978 r. Wanda Rutkiewicz stanęła na szczycie świata.
Wanda Rutkiewicz w New Delhi w Indiach w drodze powrotnej po zdobyciu Mount Everestu. 10 listopada 1978 r. / Fot. Sondeep / ASSOCIATED PRESS/East News
Wanda Rutkiewicz w New Delhi w Indiach w drodze powrotnej po zdobyciu Mount Everestu. 10 listopada 1978 r. / Fot. Sondeep / ASSOCIATED PRESS/East News
O

Obrazek pierwszy: Wrocław, rok 1948. Uliczką pośród ruin biegnie zapłakana pięcioletnia dziewczynka z długimi warkoczykami. 

– Mamo, mamo – skarży się z daleka – oni tam będą podpalać minę, a mnie kazali wracać do domu.

Nim matka odpowie, ulicą wstrząsa eksplozja. Z okien lecą szyby. Przerażona kobieta biegnie z córką w kierunku wybuchu. Wokół leja leżą ludzkie szczątki, wśród nich – to co zostało ze starszego o dwa lata brata dziewczynki. To pierwsza gwałtowna śmierć w życiu pięcioletniej wówczas Wandy Błaszkiewicz, która trzydzieści lat później, 16 października 1978 r., już jako Wanda Rutkiewicz, zdobędzie Mount Everest. Pierwsza Europejka. I zaledwie trzecia kobieta na najwyższym szczycie świata. 

Obrazek drugi: ponownie Wrocław, rok 1972. W progu mieszkania milczący milicjant podaje Wandzie tubkę z maścią o bardzo intensywnej woni, której patolodzy sądowi używają w trakcie sekcji zwłok, aby chronić zmysły przed odorem rozkładu. Potem błyska flesz aparatu fotograficznego, który wyłapuje z półmroku mieszkania tabliczki z cyframi poustawiane przez śledczych przy walających się po ziemi przedmiotach oraz przy zmasakrowanym ciele mężczyzny. Ofiara to ojciec Wandy, Zbigniew Błaszkiewicz, brutalnie zamordowany przez ludzi, którym wynajął mieszkanie. 29-letnia Wanda wystąpi potem jako oskarżyciel posiłkowy w procesie sprawców, z których jeden dostanie karę śmierci. 

Obrazek trzeci: góry Karakorum na granicy Chin i Pakistanu, rok 1990. Na stokach Broad Peaku (8047 m n.p.m.) Wanda z niepokojem obserwuje postać w jasnożółtym kombinezonie puchowym, która kilkadziesiąt metrów powyżej niej ostrożnie, twarzą do stoku, schodzi stromym śnieżno-lodowym kuluarem. To Kurt Lyncke-Kruger, znany neurolog z Berlina Zachodniego, który w wolnym czasie wspina się po górach. Alpiniści poruszają się „na żywca”, niezwiązani liną, bo w tym terenie i tak nie ma jej do czego przyczepić, ewentualny upadek jednego stanowiłby więc śmiertelne zagrożenie także dla drugiego. W gruncie rzeczy łączy ich jednak coś ważniejszego niż lina. Wanda, która ma za sobą dwa nieudane małżeństwa, coraz częściej mówi przyjaciołom, że ten szczupły Niemiec z długimi siwiejącymi już włosami i delikatnymi, niemal chłopięcymi rysami twarzy, jest wreszcie jej człowiekiem na całe życie.

Ale życie Kurta niespodziewanie przerywa upadek 400 metrów w dół kuluaru. 

„Nienawidziłam wtedy gór” – powie kilkanaście miesięcy później Wanda w jednym z wywiadów, kiedy fazę buntu wobec poniesionej straty będzie już mieć za sobą. Etap akceptacji przyjmie formę nowego górskiego projektu. Wanda Rutkiewicz, jedyna kobieta na świecie, która może się pochwalić wejściem na sześć ośmiotysięczników, rozpocznie program „Karawana do marzeń”, który ma jej umożliwić zdobycie pozostałych ośmiu szczytów w kilkanaście miesięcy. Do 12 maja 1992 r., kiedy zaginie podczas załamania pogody gdzieś na rozległych śnieżnych polach podszczytowych Kanczendzongi (8598 m n.p.m.) zdobędzie ich osiem. Jej rekord poprawią dopiero kilkanaście lat później później Edurne Pasaban i Gerlinde Kaltenbrunner, walczące ze sobą o miano pierwszej zdobywczyni Korony Himalajów. Koreance Oh Eun-Sun, która jako pierwsza ogłosi zwycięstwo w tym wyścigu, w 2010 r. zostanie udowodnione oszustwo.

Archetypicznie polska twarz

Tymi słowami opisze Wandę brytyjski wspinacz i publicysta Jim Curran, spotkawszy ją latem 1996 r. w bazie pod K-2 (8611 m n.p.m.). O archetypie polskiej urody Curran może faktycznie co nieco wiedzieć, jego szwagierka Ewa jest bowiem Polką, ale te „wystające kości policzkowe”, wyraźnie zarysowana broda i żywe oczy, z których Brytyjczyk komponuje w wyprawowych notatkach kanon słowiańskiego piękna, w rzeczywistości są mało przekonującą przykrywką dla fascynacji urodą i osobowością Polki. Curran wręcz z lubością opisuje zawziętość i „zaskakującą, sądząc wyłącznie po urodzie” siłę, z jaką Polka nosi na plecach ładunki ważące kilkadziesiąt kilogramów. Przygląda się jej z uznaniem, gdy wychodzi zwycięsko z kłótni z tragarzami i górskimi partnerami. Kilkanaście miesięcy później Brytyjczyk wyda swoje zapiski w formie głośnej, wielokrotnie nagradzanej książki „K-2. Triumf i tragedia”, w której opisze wydarzenia z lipca i sierpnia 1986 r., gdy na stokach tej góry śmierć zginęło 13 członków 9 wypraw atakujących szczyt tamtego lata. Na liście ofiar figurować będą także małżeństwo Lillianne i Maurice’a Barrardów, z którymi 23 czerwca Wanda Rutkiewicz zdobędzie K-2 jako pierwsza kobieta w historii. 

Ten sukces wieńczy trwającą od kilku lat walkę Wandy ze szczytem, który na liście najwyższych ośmiotysięczników zajmuje wprawdzie drugie miejsce, za to wśród alpinistów cieszy opinią najtrudniejszej góry świata. Bez wątpienia nie ma drugiej takiej góry: spośród wszystkich ośmiotysięczników to właśnie K-2 leży najdalej na północ, co wpływa na warunki pogodowe, z którymi muszą się tu zmagać alpiniści (dodatkowy problem to brak innych tak wysokich szczytów w pobliżu, które częściowo osłoniłyby stoki K-2 przed furią żywiołów). Same trudności techniczne szczytu stanowią dostateczne wyzwanie. Jak twierdzi słynny himalaista Reinhold Messner, zapewne nie da się wejść na niego każdą ze ścian (wysoką na ponad 3 kilometry zachodnią flankę masywu zdobędzie dopiero w 2007 r. – 53 lata po pierwszym wejściu – rosyjska wyprawa, która pokona ją w iście oblężniczym stylu stawiając w ścianie aż sześć obozów). Niewiele ośmiotysięczników dzieli też tak duża odległość od najbliższych siedzib ludzkich, co musi czasem – jak zauważa Jim Curran – doprowadzać jego potencjalnych zdobywców do „logistyczych migren”. Tego ostatniego Wandzie Rutkiewicz nie trzeba akurat tłumaczyć: cztery lata wcześniej ponad 14-dniową trasę karawany do bazy pod K-2 pokonała o kulach.

Wyprawa na ten szczyt w 1982 r. zamieni się w festiwal uporu i silnej woli kierowniczki, która w stanie wojennym załatwi niezbędne pozwolenia mieszkając na stałe w Austrii, ze złamaną nogą dosłownie wykuśtyka u zachodnioeuropejskich sponsorów pieniądze dla praktycznie nieznanych tam wspinaczy zza Żelaznej Kurtyny, a potem nie odpuści sobie uczestnictwa i z metalową płytką spajającą złamane udo dotrze na kulach aż do bazy pod K-2. Ekspedycja nie osiągnie jednak szczytu; w trakcie wspinaczki wysoko na Filarze Abruzzi umrze niespodziewanie wspinaczkowa partnerka Wandy i jeden z filarów zespołu, Halina Krüger-Syrokomska. Mimo oporu doświadczonych ratowników GOPR uczestniczących w bliźniaczej męskiej wyprawie na K-2, którzy stwierdzą, że zniesienie ciała jest niebezpieczne, Wanda postawi na swoim i Halina Krüger-Syrokomska spocznie opodal bazy, na cmentarzyku pod Kopcem Gilkeya. Po to – wyjaśni kolegom Rutkiewicz – żeby jej mała córka mogła pewnego dnia, jeśli nie będzie się wspinać, odwiedzić przynajmniej grób matki.

„Grzejniki do śpiwora”

Były jak dwa magnesy z różnym ładunkiem, które ciągnie do siebie nawzajem pomimo oczywistych odmienności. Halina – głośna i rubaszna dusza towarzystwa, nie stroniąca od grubych żartów i Wanda – na pierwszy rzut oka delikatna, mówiąca cicho, wręcz nieśmiała. To, co połączy je najsilniej, to przekonanie, że kobiety w górach warte są tyle samo, ile mężczyźni. Trudno to zrozumieć bez kontekstu klimatu polskiego środowiska wspinaczkowego początku lat 60., zdominowanego przez studentów i absolwentów uczelni technicznych oraz kierunków ścisłych. Wspinające się dziewczyny nie należą w nim do rzadkości, nie tylko tolerowane, wręcz mile widziane – ale tylko jako „płeć piękna”. Nie biorą udziału w wyścigu na trudność górskich przejść, nie uczestniczą w męskich zawodach w trawersowaniu fasady schroniska w Morskim Oku, którym alpinistyczna brać zabija nudę podczas niepogody. Dziewczyny to głównie „grzejniki do śpiwora”, jak mówią o nich koledzy, w najlepszym razie nieporadne i lękliwe partnerki na linie, którymi w ścianie trzeba się opiekować.

Tyle że Wanda i Halina nie są lękliwe i nieporadne, ani tym bardziej nie zamierzają być „grzejnikami do śpiwora”. Ich lista przejść (wtedy jeszcze nie wspinają się razem) w Tatrach rośnie w imponującym tempie, wzbogacając się o tak poważne wówczas pozycje jak Wariant R na wschodniej ścianie Mnicha, drogę Długosza-Popki na Kazalnicy Mięguszowieckiej czy Direttissimę północnej ściany Kieżmarskiego Szczytu. Dla Haliny we wspinaniu liczy się walka z samą sobą. Wanda to była siatkarka, z powołaniem do kadry narodowej na igrzyska w Tokio. Od początku wspinaczkowej kariery, która zaczyna się – jak wiele innych – od przypadkowego zauroczenia skałami, wspinanie ma dla niej aspekt czysto sportowy. W jednej i drugiej wizji nie ma miejsca na męski paternalizm.

Ze wspomnień Bogdana Jankowskiego, który wprowadzi Rutkiewicz w świat gór:

„Myślałem raczej o wyjeździe turystycznym, a nie o namawianiu Wandy na wspinaczkę. Pojechaliśmy w Sokoliki, posadziliśmy Wandę na pniu pod Wielkim Kominem w Sukiennicach i powiedzieliśmy: ty tu siedź, a my zaraz do ciebie zejdziemy. Zaczęliśmy się wspinać z Johnem Wachowiczem (…) z drugiej strony Sukiennic, tyłem Wielkiego Komina. Będąc w najtrudniejszym miejscu, słyszę przez szczelinę jakieś sapanie. Mówię: „Słuchaj John, zdaje mi się, że Wanda się wspina”. John na to: „A co ty, głupi?!”

Wychodzimy na górę i widzimy Wandę 20 metrów nad ziemią, solo bez liny. Ledwo się trzyma, bo komin jest szeroki. John był znany z kwiecistego języka, nie zawsze eleganckiego, więc go proszę: „Tylko nic nie mów, bo ona spadnie". Zawiązałem pętlę na linie i zrzuciłem krzycząc: "Wanda, łap się!" Ona tę linę z obrzydzeniem odrzuciła i wylazła sama na górę. To była jej pierwsza wspinaczka. Tak się zaczęło, no i potem już szła swoją drogą”.

Droga w Tatry wychodzi w końcu Alpy. W 1967 roku, w masywie Mont Blanc, w towarzystwie Haliny Krüger-Syrokomskiej Wanda przechodzi wschodnią ścianę Augille du Grépon (3482 m n.p.m.), dokonując pierwszego kobiecego przejście tej drogi. Rok później panie jadą wspólnie do Norwegii, gdzie w trzy dni pokonują wschodni filar Trollryggen w Norwegii. To pierwsze przejście kobiece i dopiero ósma udana wspinaczka tzw. Filarem Trolli, najdłuższą niegraniową drogą Europy. 

„Grzejniki do śpiworów” okazują się lepsze od większości wspinających się mężczyzn. W kolejnych latach Wanda wzbogaci listę osiągnięć o kolejne przejścia z alpinistycznej ekstraklasy. 

1973 rok – północna ściana Eigeru w Alpach.

1974 rok – Noszak (7492 m n.p.m.) w Hindukuszu Afgańskim.

1975 rok – Karakorum. Gaszerbrum III (7952 m n.p.m.). Uczestnik tej wyprawy, Janusz Onyszkiewicz będzie potem wspominać, że kierująca ekspedycją „Wanda była absolutnie zdeterminowana, aby przede wszystkim grupa kobieca osiągnęła szczyt. Nam, mężczyznom, groziło, że zostaniemy zredukowani do roli tragarzy”. Dzień po sukcesie Wandy na GIII na szczyt wyższego Gaszerbrumu II (8035 m n.p.m.) faktycznie wchodzą Anna Okopińska i Halina Krüger-Syrokomska – jako pierwsze kobiety, które stanęły w samodzielnym kobiecym zespole na szczycie ośmiotysięcznika.

1978 rok – pierwsze zimowe przejście drogi Schmidtów na północnej ścianie Matterhornu w zespole czysto kobiecym. W schronisku gospodarz będzie wypytywać panie czy mają od mężów pisemne zgody na tę wspinaczkę.

Wreszcie 16 października 1978 r. sukces na Evereście. Dla części polskich wspinaczy trudny do przełknięcia nie tylko ze względu na płeć zdobywczyni, ale i fakt, że upragnione zwycięstwo przyszło nie w wyprawie narodowej, lecz podczas międzynarodowej ekspedycji organizowanej dla wspinaczy ze Szwajcarii, Niemiec i Austrii.

Krzysztof Wielicki, zdobywca Korony Himalajów: – Wanda była już wtedy mocna w tym kręgu, miała znajomości, bo świetnie mówiła po niemiecku. Ja jej akurat bardzo kibicowałem, była moją przyjaciółką, to ona wprowadziła mnie w sumie w góry.

Nie wandziuj

Drugim mężem Wandy jest właśnie Austriak, lekarz Helmut Scharfetter. Poznają się jeszcze w latach 60. na obozie wspinaczkowym zorganizowanym w Alpach przez Polski Związek Alpinizmu, ale wtedy znajomość zakończy powrót do Polski. Mijają lata. 

W 1981 r., podczas zejścia z Elbrusu, Wanda spada na Skałach Pastuchowa i doznaje otwartego złamania uda. Po pierwszej operacji niezbędna staje się kolejna i wtedy Wanda w poszukiwaniu pomocy trafia w Innsbrucku pod nóż dawnego znajomego. Relacja lekarz-pacjent szybko przekształci się w uczucie. Zostaną małżeństwem. Równie szybko związek rozpadnie się jednak ze względu na skrajne różnice charakterów, podobnie zresztą jak pierwsze małżeństwo (w 1970 r. Wanda Błaszkiewicz wyszła za mąż za Wojciecha Rutkiewicza, syna ówczesnego wiceministra zdrowia Jana Rutkiewicza). „Miałam wielu interesujących mężczyzn – przyzna po latach Wanda w wywiadzie – ale oni nigdy nie stanowili sensu mojego życia”.

O drugim mężu Wanda będzie jednak zawsze mówić z szacunkiem, że dopiero on nauczył ją – chłodną technokratkę – bycia humanistą. To w Tyrolu pozna także znaczenie słowa, które odtąd będzie jej bardzo bliskie: ekologia. 

„To, że gówno papuzie było nawet w pokoju gościnnym, zupełnie mu nie przeszkadzało, bo to była natura, a to jest coś, co nie jest brudne. Brudna jest chemia, nawet jeśli służy utrzymaniu czystości” – powie Wanda Barbarze Rusowicz w wywiadzie-rzece opublikowanym już po jej śmierci. 

Po rozstaniu wraca do Warszawy. Góry wciągają ją coraz mocniej. W 1985 r. z Krystyną Palmowską i Anną Czerwińską zdobywa Nangę Parbat (8125 m n.p.m.) dokonując pierwszego czysto kobiecego wejścia na ten szczyt. W tym samym roku w Andach przechodzi skrajnie trudną południową ścianę Aconcagui (6961 m n.p.m.) w ambitnym stylu alpejskim, bez stałych obozów. Rok później triumfuje na K-2. 

W 1987 r., znów jako pierwszy Polak, zdobywa Sziszapangmę (8013 m n.p.m.), a dwa lata później staje na szczycie Gaszerbrumu II (8035 m n.p.m.).

1990 rok – Gaszerbrum I (8061 m n.p.m.). 1991 rok – Czo Oju (8201 m n.p.m.) w szybkiej solowej akcji górskiej, którą dziś określono by stylem „fast&light”. Niespełna miesiąc później Wanda wchodzi też na Annapurnę (8091m n.p.m.) trudną drogą środkiem południowej ściany. Koledzy z zespołu powątpiewają w ten sukces, część wprost zarzuca jej kłamstwo, ale po powrocie Wanda prezentuje zdjęcia ze szczytu, które rozwiewają wątpliwości na jej korzyść. To jeszcze jeden zrealizowany cel w „Karawanie do marzeń”, ale koszty są coraz wyższe, nie tylko ze względu na coraz bardziej napięte relacje z kolegami ze środowiska. Mówią o niej „gwiazda”, a nawet „królowa śniegu”, gdy dbając o swoje pozostaje obojętna na sugestie innych. Poza tym Wanda dobiega już 50-tki. Mimo to nie zamierza słuchać znajomych, którzy mówią, że powinna zwolnić, bo ryzykuje ponad miarę. 

Alpinista i wieloletni instruktor taternictwa z Zakopanego: – W pewnym momencie w środowisku zaczęło się mówić „nie wandziuj”. To było ostrzeżenie dla kogoś, kto podejmuje nadmierne ryzyko i nawet tego nie dostrzega. W tym sporcie często bywa tak, że przesuwa się ze wspinaczki na wspinaczkę próg akceptowalnego ryzyka ufając we własne umiejętności i szczęśliwą gwiazdę. Ale gdzieś musi być w tym granica. Myślę, że po tylu górskich i niegórskich tragediach w jej życiu, Wanda po prostu jakoś zobojętniała na ryzyko śmierci. 

Ta góra

Inna sprawa, że Polska wczesnych lat 90. nie jest krajem dla starzejących się himalaistów. Uwolniony kurs dolara oznacza skok kosztów organizacji wypraw. Poza tym trzeba z czegoś żyć. Wanda, która od dawna nie pracuje już w wyuczonym zawodzie inżyniera elektroniki w stołecznym Instytucie Maszyn Matematycznych, zamienia swoje mieszkanie na Ursynowie w biuro, kupuje ksero i faks, do pomocy ściąga nawet bratanka z Wrocławia, który ma jej pomóc skomercjalizować całe to wspinanie. Chce żyć z gór, dając prelekcje dla firm, testując sprzęt dla producentów i zabierając w Himalaje turystów – jak Reinhold Messner i wielu innych górskich zawodowców z Zachodu. Żeby utrzymać swoją renomę, musi jednak stale jeździć w góry i przesuwać horyzont niemożliwego. Koszty ekspedycji pożerają zyski. Sąsiedzi dziwią się, że wciąż jeździ starym fiatem. 

Po ukończeniu „Karawany do marzeń” Wanda chce wreszcie odpocząć. Na razie szuka jednak nowych partnerów do projektu, bo starzy zawiesili na kołku buty wspinaczkowe albo zginęli w górach. Na wiosenną wyprawę na Kanczendzongę w 1992 r. jedzie więc z młodym, ale świetnym taternikiem z Zakopanego, Arkiem Gąsienicą-Józkowym. Na miejscu dołączy do nich stary znajomy polskich wspinaczy, Meksykanin Carlos Carsolio. 

Pogoda na górze jest paskudna. Mnóstwo śniegu, mimo że monsun dopiero nadchodzi. Na dodatek Arek łapie jakąś infekcję i nie ma siły wyjść powyżej bazy. 

Do ataku szczytowego Wanda rusza z Carlosem, ale młodszy o 19 lat Meksykanin jest o wiele szybszy. W drodze powrotnej ze szczytu, po południu 12 maja 1992 r. Carlos spotyka bardziej doświadczoną partnerkę, jak na wysokości około 8 tys m n.p.m. szykuje się do biwaku. Na takiej wysokości absolutnie nie powinno się nocować, bo organizm traci siły nawet śpiąc. Poza tym widać oznaki nadchodzącego załamania pogody. Ale Wanda mówi: zostaję.

– Powinienem był ją wtedy zmusić do odwrotu – przyzna po jakimś czasie Carsolio. – Ale Wanda miała w oczach tylko jedno: tę górę. 

W tekście wykorzystano cytaty z książek Jima Currana „K2-Triumf i tragedia” oraz „Wszystko o Wandzie Rutkiewicz” Barbary Rusowicz. 

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]