Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Zaczynamy od początku

Zaczynamy od początku

16.06.2011
Czyta się kilka minut
Dlaczego wybitna twórczość Hanny Malewskiej jest nieobecna w pamięci społecznej i na półkach księgarskich? Rozmawiają Józefa Hennelowa, Tomasz Fiałkowski i Władysław Stróżewski.
A

Anna Mateja: Dlaczego powinniśmy pamiętać o Hannie Malewskiej?

Władysław Stróżewski: Bo była wielka. I jako twórca, i jako człowiek. A nie mamy zbyt wielu takich ludzi w naszym otoczeniu i historii.

Józefa Hennelowa: To nasza środowis­kowa powinność i nie muszę szukać za tym żadnego argumentu. Z mojej pamięci wyłania się człowiek uroczy i zupełnie bezcenny: poczynając od jej głosu, oczu, uśmiechu, kończąc na mądrości zawartej w książkach. Pozwolić odejść takiemu darowi Pana Boga w niepamięć to byłaby niesłychana strata, choć siłą rzeczy to postępuje. Pamiętam przecież malusieńką zaledwie gromadkę, zebraną we wrześniu 2009 r. pod krakowską kamienicą przy placu Axentowicza, gdzie pani Malewska mieszkała, by asystować przy odsłonięciu pamiątkowej tablicy.

W pamięci mam też jednak pierwsze z nią spotkanie, bodaj w 1947 r., kiedy pisarze katoliccy mogli jeszcze zorganizować spotkanie ze studentami na UJ. Fragmenty próz przedstawiali m.in. Stefan Kisielewski i Jerzy Zawieyski. Malewska przeczytała fragment, który stał się zalążkiem wydanej dopiero po latach książki "LLW, czyli co się może wydarzyć jutro". Jeden z bohaterów, myśląc głośno, rozważa zdanie Bernanosa kończące "Pamiętnik wiejskiego proboszcza": "wszystko jest łaską". "O nie, stary lwie chrześcijaństwa, wszystko jest policją".

Tomasz Fiałkowski: Hanna Malews­ka zostawiła dwa wielkie dzieła: powieści i opowiadania oraz miesięcznik "Znak", ważny zwłaszcza w czasach PRL-u. Poza tym była niezwykłą osobowością. Jak jednak mówić o niezwykłości kogoś, kto tak niechętnie o sobie opowiadał? Dzisiaj, oczywiście, żałuję wielu niezadanych jej pytań, wtedy jednak miałem poczucie, że nie wolno mi naruszyć granic wyznaczonych (nie wprost) przez panią Malewską. Trochę też paraliżował mnie respekt przed nią, choć była serdeczna i bezpośrednia.

W 1981 r. wydaliśmy numer "Znaku" o wolności, dedykowany pani Malewskiej na jej 70. urodziny. Układaliśmy go w czasie karnawału Solidarności, więc niemal bez udziału wewnętrznego cenzora. Druk wypadł na kilka dni przed wprowadzeniem stanu wojennego - w efekcie otrzymaliśmy 15 tys. egzemplarzy "Znaku" tuż przed 13 grudnia, bez zgody na rozpowszechnianie. Uratował nas metropolita krakowski, kard. Franciszek Macharski, który formalnie wykupił nakład, i numer sprzedawano jako druk wewnątrzkościelny. Dla mnie to anegdota o wadze symbolu - biografia Hanny Malewskiej splata się w niej po raz kolejny z historią Polski.

Pamiętam jednak, że celebrację własnej osoby przyjmowała niechętnie. Urodzinowa uroczystość była jej ostatnią wizytą w redakcji. Z trudem, z racji choroby, weszła na pierwsze piętro kamienicy przy Siennej; siedziała w fotelu milcząca, chwytając oddech, ale i uśmiechając się...

Hanna Malewska należała do "generacji 1910", podobnie jak Jerzy Andrzejewski, Bolesław Miciński, Czesław Miłosz, Irena Sławińska, Jerzy Turowicz, Kazimierz Wyka. To pokolenie, którego wpływ na kształt współczesnej świadomości literackiej i kultury jest nie do przecenienia. Jakie jest jej miejsce w tym gronie?

TF: To było pierwsze pokolenie, które, choć urodzone pod zaborami, dorosło w niepodległej Polsce. W momencie wybuchu wojny wszyscy oni byli ukształtowanymi osobowościami: wielu miało już na swoim koncie książki, a przynajmniej sporo publikacji prasowych. Tworzą galerię niezwykłą, niezależnie od tego, kogo się bardziej ceni czy pamięta.

Hanna Malewska wydała przed 1939 r. "Wiosnę grecką" i "Żelazną koronę". Zwłaszcza ta druga książka, epicka opowieść o cesarzu Karolu V i jego czasach, zadziwia dojrzałością warsztatu, rozległością horyzontów, wiedzą historyczną - a przecież pisała ją autorka niespełna dwudziestopięcioletnia!

JH: Ale jest to lektura wymagająca. Gdy tuż po wojnie zaczęłam czytać "Żelazną koronę", wychowana na książkach Zofii Kossak-Szczuckiej, które tak gładziutko się łykało, miałam wrażenie, że wspinam się na wysoką górę...

Hanna Malewska sprostała kolejno różnym wyzwaniom. To była wielka pisarka, która pracę w "Znaku" traktowała niemal jak służbę, bo trudno inaczej myśleć o redagowaniu niezależnie myślącego pisma w czasach opresyjnej cenzury. Opowiadania i powieści pisała jednak podczas wakacji, poza tym dzieliła czas między dokumentowanie kolejnych książek a czytanie masy ciekawych i nieciekawych tekstów do miesięcznika.

WS: A była piekielnie obowiązkowa - czytała wszystkie teksty, niezależnie od tego, że czytali je również inni redaktorzy: Halinka Bortnowska, Staszek Grygiel czy ja. Od razu dokonywała też, tępo zakończonym ołówkiem, adiustacji.

Redagując "Znak", zależało jej na systematycznym wprowadzaniu czytelnika w to, co działo się w europejskiej myśli filozoficznej i teologicznej - stąd liczne przekłady, m.in. Congara, Künga, de Lubaca, Rahnera, Ratzingera, Schillebeeckxa. Gdy rozpoczęły się przygotowania do Soboru Watykańskiego II, "Znak" był więc oczywiście sercem i duszą, a przede wszystkim rozumem, po stronie Jana XXIII i ojców soborowych. Potem, dzięki świetnej znajomości łaciny przez Staszka Grygiela, tłumaczyliśmy na bieżąco dokumenty tak soborowe, jak przedsoborowe. Natomiast wiele postaci współczesnej filozofii zostało rekomendowanych w "Znaku" m.in. przez ks. Józefa Tischnera, który pierwsze publicystyczne kroki stawiał właśnie pod redaktorskim okiem pani Malewskiej.

Zaczęło się od tekstu "Listy gazdów" w 1965 r. Ks. Tischner przeczytał pani Malewskiej dla żartu list napisany po góralsku do wujka w Ameryce o narodzinach bratanka. Naczelna "Znaku" kazała mu pisać dalej.

WS: Ona miała talent do wychowywania autorów, skupiła zresztą wokół siebie wiele interesujących osób, m.in. Marię ­Morstin-Górską czy Annę Morawską. Pilnowała, byśmy wszyscy dobrze pisali. Kiedyś powiedziała mi, że nie przestanie mnie męczyć, dopóki nie zacznę pisać tak jak Władysław Tatarkiewicz. Chyba coś z tego udało jej się osiągnąć, bo akceptowała moje ­teksty do druku, m.in. regularnie pisałem recenzje z publikacji filozoficznych ("bublikacje filozoficzne", jak zwykł mówić Franek Blajda, nasz przyjaciel i redaktor techniczny miesięcznika). To była dobra szkoła, która przydała mi się także w pracy naukowej.

Ostatni mój tekst, jaki czytała, to była analiza wiersza "Fortepian Chopina" Norwida. Bardzo jej się to podobało. Pamiętała do końca, że chciałem napisać książkę o filozofii "Vade-mecum" Norwida: "Kiedy pan to napisze? Tego nikt za pana nie zrobi". Sama jednak nigdy nie mówiła, nad czym pracuje.

TF: Aczkolwiek wypytywała swoich gości, wywołując u nich lekką panikę: "Nie mówmy już o redakcji, ale co pan teraz pisze dla siebie?".

JH: Kto wówczas, obserwując redagowanie "Znaku", zdawał sobie sprawę, że Malews­ka w czasie wojny kierowała komórką szyfrów zagranicznych Komendy Głównej AK? I wypełniła tę niebezpieczną służbę bez jednej wpadki! Ta śliczna, szczupła pani, choćby taka, jaka patrzy z okładki biografii napisanej przez Annę Głąb? Nigdy nie upubliczniła swojej historii okupacyjnej.

Jest opowiadanie "Czyste mieszkanie", napisane na początku lat 50., ale opublikowane dopiero w 2007 r.

WS: Jej dyskrecja nie była jednak celebrowaniem tajemnicy. Ona po prostu taka była.

JH: A równocześnie człowiek o takim świecie, niebywale wysokim, wspaniałym i twórczym, potrafił wybrać prościutką drogę do drugiego człowieka. Już po zamknięciu ­pisma, w 1954 r., na spotkanie u Stachów Stommów przyprowadziłam przyszłego męża, Jacka Hennela. Towarzystwo było zaskoczone: tu sami twórcy, humaniści, więc co ja tu z tym fizykiem? A pani Hania Malewska, z którą nigdy się nie ośmieliłam być po imieniu, powiedziała do mnie w pewnym momencie: "Strasznie mi się pan Jacek podoba". Miała widać swoją antenę do ludzi.

Żałuję, że wydawca nie dołączył wkładki zdjęciowej do jej biografii, by czytelnik mógł poznać pani Malewskiej twarz, uśmiech, osobowość... Dlaczego sama mam pamiętać tylko to, że tak strasznie kaszlała i była tak mizerna w ostatnich latach życia?

Można przeczytać felieton Kisiela z 1960 r.: "Przystojna, elegancka, bardzo wysoka i bardzo dystyngowana (...). Opanowana, jasna, logiczna (...). Dyskrecja i erudycja, inteligencja i umiar idą tu w parze". Jak taka osoba odnalazła się w świecie powojennym, kiedy nie liczyła się rzetelność, odpowiedzialność, niezależność myśli?

TF: Odpowiedzi trzeba szukać w dwóch tekstach powstałych w latach stalinowskich. Pierwszy, opowiadanie "Sir Tomasz More odmawia" z 1949 r., pokazuje, co należy robić, kiedy doszło się do granicy, której przekroczyć nie wolno. Tomasz More, który w imię wierności zasadom sprzeciwił się królowi i wybrał śmierć, nie jest u Malewskiej świętym czy herosem z barykad; to człowiek kochający życie i jego przyjemności. Nie sięga po wielkie słowa, nie ukrywa lęków, ale wie, że inaczej postąpić nie może. Z kolei finałowa scena powieści "Przemija postać świata", napisanej w latach ­1951-­53, tłumaczy po trosze, po co było tworzyć po straszliwej klęsce takie pismo jak "Znak". Rzym legł w gruzach, barbarzyńcy triumfują, nie ma nawet pewności, czy chrześcijaństwo przetrwa - a benedyktyńscy skrybowie w Casinum zabierają się za "Ortografię", którą na ich prośbę napisał 93-letni Kasjodor. I to zdanie, kończące powieść: "Zaczynamy od początku"...

WS: Nie używało się wielkich słów, w rodzaju: "misja »Znaku«", "budowa przyszłej Polski", "kształtowanie elit". Po prostu: jest pismo, które trzeba wydać, w możliwie takim kształcie, jaki się zaplanowało, mimo szaleństw cenzury. Tyle że pani Malewska była niesamowicie odpowiedzialna za to, co robiła, i to poczucie promieniowało także na nas.

Redagując ambitne intelektualnie pismo, naczelna "Znaku" uformowała jednak przyszłą elitę wolnej Polski. Podkreślała wręcz, jak wspomina jej następca Bohdan Cywiński, że nie należy się przejmować tym, że "Znak" jest pismem trudnym; dla kilku tysięcy ludzi można robić pismo trudne. Podobną funkcję spełniały jej powieści.

TF: Tajemnica książek Malewskiej tkwi dla mnie w tym, że w jej ujęciu historia bywa, owszem, nauczycielką życia, ale w sensie znacznie głębszym niż w powieściach z kluczem, w których sztafaż historyczny stanowi jedynie zasłonę dla rozliczeń ze współczesnością. Historia nie jest dla niej narzędziem, ale środkiem do zrozumienia człowieka. Malewska prowadzi nas od zarania cywilizacji europejskiej ("Labirynt") po niezbyt wesołą przyszłość ("LLW", które jest klasyczną antyutopią). Po drodze mamy starożytną Grecję ("Opowieść o siedmiu mędr­cach"), republikański Rzym (opowiadanie "Rodzina" z tomu "Stanica"), upadek Cesarstwa ("Przemija postać świata"), średniowiecze katedr ("Kamienie wołać będą"), renesans ("Żelazna korona"), polski wiek XVII ("Panowie Leszczyńscy", "Listy staropolskie z epoki Wazów"). Na dokładkę genealogia nowoczesnej inteligencji polskiej w "Apokryfie rodzinnym" i biografia Norwida ("Żniwo na sierpie").

Każda z tych wizji historycznych jest próbą głębokiego wniknięcia w epokę i sposób rozumienia świata przez tamtych ludzi. A jednocześnie autorka myśli o współczesnym czytelniku, pokazując mu rozmaite tradycje, które jej samej są bliskie. Jakże różna jest jej Polska XVII wieku od wizji Sienkiewicza! U autora "Trylogii" króluje działanie, tradycja myślenia ogranicza się do sławetnej książki, którą posiada - jako jedyną! - Zagłoba. Autorzy wybranych przez Malewską "Listów staropolskich z epoki Wazów" czy bohaterowie "Panów Leszczyńskich" to ludzie zupełnie inni: nie kierują się tylko emocjami, czytają, myślą.

WS: A "Spowiedź w Saint-Germain-des-Prés"? Gdy czytam wyznania starego króla Jana Kazimierza, który jako opat tytularny jednego z klasztorów benedyktyńskich we Francji mówi: "»Poddanych«, mon abbé, tam w Polsce nie ma: sami królowie" i krytykuje Polaków za brak poczucia obywatelskości, upewniam się, że to opowiadanie należałoby obowiązkowo włączać do każdej rozmowy o polskości.

Takich zdań, sięgających głęboko w narodowe trzewia, jest więcej: "republika prowadzi tylko wojny spóźnione i absolutnie niezbędne" (bo włączają się polsko-polskie swary, nie pozwalając wyzyskać zwycięstw). Dalej: "powszechna wola być musi; świadomość prawa, udział, nie zaś paroksyzmy", i Polacy to wiedzą, ale nie potrafią tego zrealizować. Dodam, że nasz król opowiada to księdzu, który patrzy na niego "poczciwymi, niebieskimi oczami", nie pojmując za bardzo, jak większość obcokrajowców do dziś, o co w tym wszystkim chodzi: jakie Beresteczko? jaki Zbaraż? jakie śluby niewypełnione wobec chłopów? To opowiadanie wybitnie aktualne.

Znakomicie widać też w tym tekście to, co dla mnie stanowi o rozpoznawalności pisarstwa Malewskiej: człowieka i jego troskę.

Co tracimy, nie czytając Malewskiej? Ryszard Przybylski nazwał ją "poetą Wielkiego Odmętu", przyznając, że "bezlitosna i trudna jest jej mądrość".

JH: Najpierw popatrzmy, co mamy zamiast jej twórczości: politykę historyczną w wykonaniu państwowej instytucji i rozliczenia, albo pisarstwo historyczne Jarosława Marka Rymkiewicza. Z kolei polski Kościół zachowuje się obecnie tak, jakby myślenia "Znakowo"-"Tygodnikowego" w ogóle nie potrzebował. Próbowałam zainteresować biblioteki kilku zgromadzeń zakonnych rocznikami "Znaku", które mam u siebie - ­za każdym razem spotykało mnie pełne zażenowania milczenie, dlaczego niby zgromadzenie miałoby tego potrzebować?

WS: Nie mam złudzeń, że myślenie o Kościele w Polsce, które było bliskie Malewskiej i Turowiczowi, poniosło klęskę. Zmiany soborowe przeprowadzono tylko naskórkowo, podobnie jak recepcję nauczania Jana Pawła II. Współczesny polski katolicyzm - zarówno ten w parafiach, jak w dużej części Episkopatu - zdominowało myślenie, które reprezentuje ks. Tadeusz Rydzyk i jego media. Brakuje ośrodków, które działałyby równie prężnie, ale wprowadzały inne myślenie.

TF: Kościół na pewno traci, odcinając się od ważnej kiedyś dla niego tradycji intelektualnej. Czytelnicy natomiast, nie sięgając po książki Malewskiej, pozbawiają się głębokiego spojrzenia na historię i spokojnego oddechu, który pomaga w ułożeniu sobie życia. Te książki służą zrozumieniu sensu własnej egzystencji - jeśli on w ogóle istnieje.

Źródłem współczesnych kłopotów z Malewską może też być... jej rozległa wiedza i studia historyczne. Zawsze traktowała potencjalnych czytelników jak równych sobie - tymczasem ludzi, którzy mogliby pokonać ustawioną przez nią poprzeczkę, nie ma zbyt wielu. Gdy w 1961 r. Znak wydał "Panów Leszczyńskich", Jarosław Iwaszkiewicz napisał w "Życiu Warszawy", chwaląc zresztą powieść: "Droga pani Hanno! (...) A niechże się pani zmiłuje i dopowie choć dwa słowa na rozdział, niech pani wyeksplikuje".

Mimo to nie jestem pesymistą. Teodor Parnicki, także wielki pisarz historyczny, w ostatniej fazie twórczości znacznie bardziej hermetyczny niż Malewska, doczekał się grona wybitnych interpretatorów z Uniwersytetów Śląskiego i Wrocławskiego. Nie przekłada się to na jego obecność w księgarniach, ale coś się jednak wokół dzieła Parnickiego dzieje. Zachęcałbym badaczy literatury, by sięgnęli choćby po "Opowieść o siedmiu mędrcach"...

"Trwać u stóp Ukrzyżowanego - nigdy daleko, a codziennie wracać" - przeczytałam w zapiskach Hanny Malewskiej, opublikowanych przez "Znak" w ’86 roku. Była mistyczką?

WS: Nawet jeśli tak, nikt by się o tym nie dowiedział.

JH: Zakończmy niekoturnowo: pamiętacie, jak pani Malewska uwielbiała brydża? Grywała z Tolem Gołubiewem, Zofią Starowieys­ką-Morstinową, Krzysztofem Kozłowskim.

TF: I czytała namiętnie kryminały, nawet milicyjne.

Rozmowę prowadziła Anna Mateja

Prof. WŁADYSŁAW STRÓŻEWSKI jest filozofem; związany z miesięcznikiem "Znak" od 1957 r. Były kierownik Zakładu Ontologii UJ; wykładowca w Wyższej Szkole Pedagogiczno-Filozoficznej Ignatianum w Krakowie. Stały współpracownik "TP", współtworzy kapitułę Medalu Św. Jerzego.

JÓZEFA HENNELOWA związana z "TP" od 1948 r.; w latach 1978-2007 była zastępcą redaktora naczelnego. Obecnie felietonistka pisma.

TOMASZ FIAŁKOWSKI był redaktorem miesięcznika "Znak" w latach 1980-90. Od 1987 r. związany z "TP" (obecnie, jako Lektor, prowadzi rubrykę "Wśród książek" i współredaguje "Magazyn Literacki"). Biograf Jerzego Turowicza.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, publicystka, felietonistka, była posłanka. Od 1948 r. związana z „Tygodnikiem Powszechnym”, gdzie do 2008 r. pełniła funkcję zastępczyni redaktora naczelnego, a do 2012 r....

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]