Z kim spacerują żaby

Nie ma w świecie niczego bardziej kreatywnego od ewolucji: w każdym ze znanych nam dwóch milionów gatunków zwierząt moglibyśmy znaleźć cechy i zwyczaje, które wyróżniają go na tle innych.
Czyta się kilka minut
Jaszczurka rogata // Fot. Bill Gorum / Alamy / B&EW
Jaszczurka rogata // Fot. Bill Gorum / Alamy / B&EW

O świecie zwierzęcych zwyczajów mówi się na okrągło. Lubimy podglądać zwierzęta w akcji, obserwować, jak radzą sobie z codziennymi czynnościami, czytanie o nich sprawia nam przyjemność. Ba, nawet badania naukowe sugerują, że oglądanie w przerwie w pracy nagrań ze zwierzętami redukuje stres i podwyższa naszą kreatywność. Najpiękniejsze jest chyba to, że każdy znajdzie tu coś dla siebie: czy to będą urocze futrzaste kuleczki, osobliwe zwyczaje pozornie pospolitych istot, czy budzące grozę potwory.

W symbiozie z ptasznikiem

Zacznijmy z przytupem, pod lupę biorąc pewien rodzaj ptaszników (Xenesthis) z Peru, które trzymają sobie żaby jako zwierzątka domowe. Dosłownie. Ta intrygująca relacja dużych pająków z małymi płazami zaobserwowana została już jakiś czas temu i, rzecz jasna, od razu zaciekawiła przyrodników. W końcu ptasznik bez większego kłopotu mógłby zabić, a następnie zjeść małego płaza. Co prawda ze względu na swoje skórne wydzieliny nie byłby on wymarzoną przekąską, ale w ciężkich czasach nie ma co wybrzydzać. Czym więc jest ten egzotyczny związek?

Uporządkujmy fakty. Po pierwsze, ptasznik faktycznie jest ogromny i (nie ma co ukrywać) przerażający. A gdy jest się małą żabą (Chiasmocleis ventrimaculata) w wielkim świecie, wówczas posiadanie odpowiednio uposażonego kompana, który mógłby chronić przed zagrożeniami tegoż świata, jest tylko na plus. Po drugie, duży pająk musi dużo jeść. Po każdym posiłku pozostawia kilka trucheł, do których zlatuje się niemało bezkręgowców. Tak się pomyślnie składa, że żaby gustują w takim latającym jadłospisie. A przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie zrezygnuje z darmowego posiłku. Zwłaszcza wtedy, gdy każdy nowy dzień może zaskoczyć kolejną nieprzyjemną niewiadomą.

Oba te argumenty nijak się jednak nie mają do tego, że pająki (zwłaszcza te duże) mimo wszystko zjadają żaby (zwłaszcza te małe). Nawet wtedy, gdy te tworzą już wielkie plany na temat rychłej poprawy standardów swojego życia. Co zatem sprawia, że ptaszniki celowo zachowują żaby przy sobie? Okazuje się, że żaby C. ventrimaculata posiadają pewną świetną właściwość, którą jest jedzenie mrówek. A kiedy mrówcze stado nagminnie zjada pająkowi jego jaja, wówczas zaangażowanie do pomocy kogoś, kto mógłby pomóc rozwiązać ten uporczywy problem, wydaje się całkiem niezłym pomysłem. Nawet wtedy, gdy ten ktoś ma mało zachęcającą konsystencję skóry i zdarza mu się polizać własne oko. Dla osiągnięcia sukcesu reprodukcyjnego i takie wszak niedogodności można przeboleć. I wieść sobie życie z żabą u boku.

A skoro już przy ptasznikach jesteśmy, warto wspomnieć o jeszcze jednej ich wyjątkowej umiejętności, która pewnie niektórych wcale nie ucieszy. Otóż ptaszniki potrafią chodzić po wodzie. Fatalnie byłoby zobaczyć paradującego po tafli jeziora ptasznika, to fakt. Jest to jednak coś, co może nam się w życiu przytrafić. Oczywiście, tego typu sytuacje nigdy nie są efektem samej woli pająka. Zazwyczaj bywa tak, że jakiś przypadkowy ciąg wydarzeń kończy się dla niego wpadnięciem do zbiornika wodnego. Ptasznikom nadrzewnym takie wypadki zdarzają się wtedy, gdy zwisają z niebezpiecznie nachylonych nad jeziorem drzew. Może też zdarzyć się i tak, że niespodziewany przypływ wody wymyje pajęczą kryjówkę wraz z jej właścicielem.

Trafienie do wody to nie jest dla ptaszników sytuacja komfortowa. Receptory znajdujące się na ich odnóżach (tzw. higroreceptory) służą do tego, by wykrywać wilgoć – właśnie po to, by jej unikać. Kiedy jednak pająk znajdzie się już w wodzie, trzeba przyznać, że całkiem dobrze sobie radzi. Prawdopodobnie dzięki warstwie powietrza znajdującej się w gęstym pajęczym odzieniu oraz jego powłoce zewnętrznej, która posiada wyjątkowe właściwości wodoodporne (dlatego też pająki z wody wychodzą suche). Warto też dodać, że pająki na wodzie poruszają się niezwykle szybko – nawet 8 centymetrów na sekundę, czyli szybciej niż na lądzie. Samo zaś unoszenie się na tafli wody to wynik lekko odchylonych na boki odnóży i wykorzystywanie napięcia powierzchniowego cieczy.

Pocisk z własnej krwi

Zmieńmy jednak bohatera i wyobraźmy sobie taką scenkę: na gorącym pustynnym słońcu nieruchomo siedzi jaszczurka rogata (Phrynosomatidae). Kątem swojego oka wpatruje się w młodego kojota, który zbliża się do niej powoli i bezszelestnie. Drapieżnik zauważył jaszczurkę, mimo jej świetnego kamuflażu. Nie czeka długo – rzuca się na nią i już ma zabierać się do odgryzienia jakiegoś smacznego jaszczurzego kąska, gdy coś nagle uderza go prosto w twarz. Jest lepkie i ciepłe, cierpkie i czerwone. To krew. Którą jaszczurka właśnie wystrzeliła ze swoich oczu.

Historia ta może nieco przypominać scenariusz niskobudżetowego horroru z końca lat 80. Jednak autokrwotok (czyli strzelanie do innych krwią z oka) to zupełnie naturalny mechanizm obronny rogatych jaszczurek. Jak właściwie działa taki niebagatelny podarek od ewolucji? Jaszczurki rogate posiadają pod swoimi ślepiami zatoki, przypominające woreczki, które można napełniać. Ot, na przykład krwią. Aby się to jednak udało i aby krew z powodzeniem dostała się do zatok, mięśnie wyściełające żyły wokół jaszczurzego oka muszą się skurczyć, by odciąć dopływ krwi do serca, blokując w ten sposób jej obieg. Kiedy napływająca wciąż do głowy krew nie ma dalszego ujścia, wówczas trafia do zatok.

Tam, pod wpływem rosnącego ciśnienia, które w pewnym momencie osiąga poziom krytyczny, cienkie błony zatok zostają rozerwane. A tryskający strumień krwi (o sile rażenia nawet jednego metra) strzela prosto w mającego chrapkę na jaszczurkę oprawcę. Uszkodzona błona powraca potem do pierwotnej formy i przygotowuje się do tego, by chronić swoją właścicielkę przed kolejnymi atakami. Choć, niestety, nie przed wszystkimi. Populacja rogatych jaszczurek stopniowo maleje przez niszczenie rodzimych siedlisk. A na takie zjawisko żadne tryskanie krwią nie pomoże.

Zbrukane popiersie

Przy okazji krwawych tematów warto przywołać także przykład pewnego ciekawego gołębia. Co prawda nie charakteryzuje się on jakimiś wyjątkowo zadziwiającymi cechami zachowania, jednak zwraca uwagę (zwłaszcza naszą) osobliwym umaszczeniem. Napotykając taki okaz (Gallicolumba luzonica) na swojej drodze, można odnieść wrażenie, że przed chwilą został on... postrzelony. Gołąb z krwawiącym sercem (to jego nazwa potoczna) na swojej piersi posiada bowiem bardzo wymowną czerwoną plamkę, do złudzenia przypominającą ranę. Jego rodzima nazwa jest nieco mniej poetycka, choć bardziej drastyczna – w filipińskim języku tagalog jest określany jako „ptak pchnięty nożem”.

Nie do końca wiemy, po co tak oryginalne i wywołujące ludzką grozę umaszczenie. Możemy jednak przypuszczać. Czerwony kolor jest u wielu zwierząt markerem płciowym – czerwień jest pociągająca, więc wiele ptaków wykorzystuje ją w swoich trzeciorzędowych cechach płciowych (znana jest np. historia kury domowej zauroczonej kurkiem do wody w czerwonym kolorze). Soczysta czerwona plama w reprezentatywnym miejscu mogłaby więc przy odpowiedniej prezencji podczas zalotów wywołać niemałe poruszenie. Inna hipoteza mówi o wykorzystywaniu takiego śladu do lepszej ochrony przed drapieżnikami. Gołębie, podobnie jak wiele innych gatunków ptaków, często praktykują tanatozę, czyli udawanie śmierci. Ta fascynująca strategia bywa zaskakująco skuteczna, więc – kto wie? – być może ewolucja dodatkowo wyposażyła gołębia z Filipin w atrybut, który skuteczniej pozwalałby mu odgrywać tę jakże ryzykowną scenę ostatniej szansy?

Łatwo się jednak domyślić, że atrakcyjne umaszczenie sprawia gołębiowi wiele trosk. Nie tylko jest on obiektem zintensyfikowanych polowań, ale także często trafia do sprzedaży jako ptak klatkowy. Co więcej, wycinka lasów pod grunty rolne bardzo szybko pozbawia go naturalnych siedlisk. Do tego stopnia, że dziś ten niesamowity endemiczny okaz jest krytycznie zagrożony.

Bezbłędna diagnoza

Pozostańmy jeszcze na moment przy gołębiach z bliższych nam szerokości geograficznych. Jak się bowiem okazuje, posiadają one pewną bardzo ciekawą cechę, która może nam pomóc – potrafią prawidłowo wykrywać raka piersi. I to z dokładnością porównywalną do tej, jaką dziś osiągają eksperci medycyny patologicznej. Informacja to o tyle zaskakująca, że zwykliśmy traktować te gruchające ptaki jako element naszych urbanistycznych krajobrazów oraz łączymy z nimi wiele krzywdzących stereotypów.

Tak się jednak składa, że pod gołębim mózgiem, nie przekraczającym rozmiarów czubka naszego palca wskazującego, kryje się doskonały system wzrokowy, dużo lepszy niż ludzki. Gołębie w swojej siatkówce posiadają przynajmniej pięć receptorów wzrokowych, dlatego ich świat mieni się intensywnym spektrum barwnym. I to właśnie dlatego około dekadę temu Richard M. Levenson z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davies i współpracownicy poprosili te ptaki o pomoc w wykrywaniu raka na obrazach biopsji tkanki.

Wciąż brzmi to dziwnie. Prawda jest jednak taka, że na początkowych etapach rozpoznanie raka dosyć często bywa wizualnym wyzwaniem, a odpowiednia ocena tego, czy komórki w preparatach biopsyjnych wyglądają na łagodne czy na złośliwe, wymaga czasochłonnego rozpoznawania w obrazach niezwykle subtelnych różnic. Tu jednak przychodzą na pomoc gołębie, które oglądając preparaty histopatologiczne pochodzące z biopsji tkanki piersi, potrafią poprawnie identyfikować złośliwe zmiany (za co każdorazowo nagradzano je pastylką pokarmu).

Gołębie w ciągu zaledwie kilku godzin nauczyły się odróżniać komórki rakowe od tych nienowotworowych, a po miesiącu ich wspólny wynik osiągnął aż 99 procent poprawności. Tym samym stały się one równe najlepiej obeznanym w tej materii ekspertom. Gołębie przez długi czas były szkolone, a diagnostycy współpracowali z nimi przy opracowywaniu nowoczesnych narzędzi obrazowania oraz wykorzystywali je do tworzenia analogicznych algorytmów komputerowych. Kiedy ich rolę przejęła sztuczna inteligencja, ptaki, po przysłużeniu się nauce, powróciły do ponownego wydziobywania okruchów naszego miejskiego dobrobytu.

Nieproszony gość

Po zlustrowaniu podniebnych przestworzy warto na moment zanurzyć się w wodzie i także tam poszukać nieszablonowych zwierzęcych ekscentryczności oraz przedsięwzięć, które mogłyby nas zadziwić. Ot, choćby ogórek morski (Holothuroidea) – to kandydat na zwycięzcę każdego konkursu na najdziwniejsze morskie zwyczaje. Wbrew pozorom wyglądem jakoś szczególnie nie przypomina ogórka. Aby dopatrzyć się w jego ciele znajomego kształtu, musielibyśmy poczekać, aż położy się on na morskim dnie pod odpowiednim kątem. W innym przypadku przypomina raczej dziwną, rozgwieżdżoną kreaturę – skrzyżowanie jarmużu z rozgwiazdą. To jednak, rzecz jasna, nie jest jakąś jego wyjątkową cechą.

Ogórek morski to w zasadzie flegmatyczne zwierzę tarzające się po oceanicznym dnie, bo jego życie kręci się wokół wysysania stamtąd wszelkich drobin. Trochę się jednak zaczyna irytować, gdy ktoś narusza jego przestrzeń osobistą – wówczas ostrzeliwuje natręta własnymi wewnętrznymi narządami. Ta nietypowa reakcja bez wątpienia zaskakuje drugą stronę. Wydaje się także posunięciem dosyć drastycznym. Dla ogórka nic to jednak wyjątkowego – po stosownym czasie spokojnie odbuduje swoją wewnętrzną stratę. A następnie poświęci się dalszej fascynującej eksploracji morskiego dna.

Nie jest to jednak najbardziej osobliwe zjawisko u ogórków. Największym bowiem kuriozum jest to, że oddychają one odbytem. I kiedy raz na jakiś czas biorą głębszy wdech, wówczas rozluźniają zwieracz, wsysają przez niego stosowny „łyk” wody, a następnie specjalne wewnętrzne struktury pobierają z niej cząsteczki tlenu.

Taka nietypowa właściwość ogórka jest obiektem zainteresowania innych morskich stworzeń, które próbują czerpać z niej jakąś korzyść. Przy oddychającym ogórku często kręcą się na przykład ryby perłowe, które poszukują kryjówek przed oceanicznymi zagrożeniami. I kiedy wrota ogórkowego sezamu otwierają się, wówczas wykorzystują one to niczym zaproszenie i... wchodzą do środka. To między innymi właśnie dlatego niektóre ogórki morskie posiadają wokół swojego odbytu koncentrycznie ułożone „zęby”, które mają chronić przed takimi incydentami. I skutecznie odstraszać wszelkich amatorów ogórkowych czeluści.

Skoro mowa o trafianiu do cudzych wnętrz, warto przytoczyć jeszcze jeden nietuzinkowy morski przykład. Otóż razu pewnego przyrodnicy przyłapali rybę, która... znajdowała się we wnętrzu meduzy. Wciąż żywa i wciąż, na swój sposób, „pływająca”, poprzez kontrolę meduziej kinetyki.

Tę zadziwiającą scenkę zidentyfikowano jako próbę znalezienia przez rybę schronienia pod czułkami meduzy – jest to zwyczaj np. młodocianych karanksów (Caranx ignobilis). Mogło się zdarzyć tak, że pewna niczego nieświadoma ryba odrobinę zagalopowała się w swoich zapędach i, cóż, wpadła nieco głębiej. Nietrudno się domyślić, że w wyniku takiego obrotu spraw ani ryba, ani meduza raczej nie mogły już kontynuować normalnego żywota. No, chyba że tego typu sytuacja jest wciąż jakąś nieodkrytą symbiozą, która mimo wszystko przynosi obu skazanym na siebie kompanom wymierne korzyści. Wszak w świecie przyrody tak wiele mamy jeszcze do odkrycia.

*

To tylko kilka barwnych przykładów zwierzęcych niesztampowości, dziejących się każdego dnia na naszej pięknej planecie. Stanowią one maleńki wycinek wszystkich cudów i dziwów, plasując się obok wielu innych kuriozów, ot, chociażby świńskich zadów (Chaetopterus pugaporcinus) przemierzających strefę głębinową, much zmuszanych do nekrofilii przez grzyby (Entomophthora muscae), kolcogłowów (Acanthocephala) cementujących samicom drogi rodne w celu zabezpieczenia swojego ojcostwa, dik-dików (Madoqua) regularnie praktykujących „ceremonię defekacji”, żółwi czerwonolicych (Trachemys scripta elegans) chlastających się po twarzy czy jeżowców (Echinoidea) noszących cylindry i hełmy wikingów.

O tym wszystkim dowiedzieliśmy się w ostatnich latach i mimo że coraz intensywniej badamy otaczający nas świat, nie wydaje się, byśmy szybko mogli przestać się dziwić temu, co jeszcze potrafi przyrządzić matka natura.

AGNIESZKA DEFUS obroniła doktorat z dziedzictwa kulturowego na Politecnico di Milano, obecnie popularyzuje naukę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Niedawno ukazała się jej pierwsza książka „Dlaczego koty boją się ogórków? Czyli czego nie widać gołym okiem, a widzą to naukowcy”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Zamysł stwórczy