Poczułem się wyrwany do odpowiedzi pytaniem Michała Pawła Markowskiego z felietonu ("TP" nr 37/06): "Jaka jest najlepsza lektura na plażę?". Na plaży przeszłego lipca przeczytałem powieść noblisty J.M. Coetzee’go "Elizabeth Costello". Powieść, jakby zapewne felietonista "TP" napisał, "nieortodoksyjna". Eksperyment powiódł się po części dzięki temu, że powieść składa się tak naprawdę z opowiadań, a formuła "każdy odcinek stanowi osobną całość" jest moją ulubioną już od czasów pierwszej świadomej percepcji serialu (obecnie zakazanego) "Stawka większa niż życie". Refleksje o powieści afrykańskiej czytane w pełnym słońcu i w towarzystwie strzaskanych na mahoń ratowników i urlopowanych pań odbierałem jako coś dobrze dopasowanego do otoczenia. Jej zakończenie, będące daleką reminiscencją z prozy Kafki, ale też, do pewnego stopnia, autocytatem z "Czekając na barbarzyńców" (przynajmniej, jeśli chodzi o klimat) także na plaży nie raziło. Natomiast radość, że czas spędzony w miejscu tak masowego odpoczynku nie poszedł całkiem na marne - duża.
Popieram więc koncepcję walki z ideą reklamowania jedynie kryminałów i romansów jako "lektur na plażę". Na plażę nadają się doskonale np. Kołakowski, Plotyn, Bauman, a w ostateczności i "Biuletyn IPN", by być na czasie i nie stracić kontaktu z rzeczywistością.
MACIEJ WILMAŃSKI (Łódź)
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
Inne artykuły tego autora
W naszym serwisie nie ma jeszcze innych artykułów tego autora.














