Trzydziestoletni Imo jest we Włoszech od czterech lat. Jak inni migranci, przepłynął Morze Śródziemne. Od tego czasu – bez umowy i za najniższą stawkę – pracuje na sycylijskich plantacjach. Mówi, że nie stać go na powrót do rodzinnego Senegalu.
Rozmawiamy w obozowisku koło miasteczka Campobello di Mazara. Gdy Imo tłumaczy, jak wygląda życie robotnika rolnego, dosiada się Amin (imię zmienione). Mężczyzna kuleje – opowiada, że potrącił go samochód. Pokazuje dokumenty. Jest w nich wszystko: nazwisko kierowcy, który spowodował wypadek, numer rejestracyjny wozu. Ale nic z nimi nie może zrobić, bo nie ma ubezpieczenia ani pieniędzy na prawnika. Sprawca nie poniósł konsekwencji, o wypadku zapomniano. Został tylko Amin, z kulawą nogą.
Na łasce plantatorów
Imo i Amin to jedni z tysięcy imigrantów zatrudnianych sezonowo – oficjalnie nielegalnie, lecz w praktyce za wiedzą lokalnych władz – we włoskim przemyśle rolniczym. Właścicieli plantacji nie obchodzi, co się z nimi dzieje, gdy tygodniami nie ma pracy. Owoce i warzywa, które zbierają na Sycylii i w południowych Włoszech, trafiają później do europejskich supermarketów. Także do Polski.
Kluczową rolę w zatrudnianiu migrantów odgrywa system nazywany caporalato. Pośrednicy (caporali), którzy w większości sami są imigrantami, ściągają do pracy kolejne osoby. Otrzymują za to część ich wynagrodzenia. Sami pracują na zlecenie właścicieli plantacji. W praktyce – czasem lokalnej mafii.
– Caporale przyjeżdża do nas i mówi: dziś potrzebujemy pięciu. Jutro przyjedzie i zabierze do pracy dziesięcioro. Reszta zostaje – opowiada Ibrahim, którego spotykamy w obozowisku przy miejscowości Cassibile na południu Sycylii. – W ten sposób mijają mi tu kolejne lata. Znajomi, którzy zostali w kraju, nie wierzą mi, że tak wygląda moje życie. Są pewni, że w Europie pieniądze leżą na ziemi.
Ibrahim dotarł tu łodzią przez Lampedusę. Przez pierwszych pięć lat pracował na kontrakcie: – Gdy przyjechałem z Gwinei w 2011 r., ośrodek dla migrantów był przepełniony. Włochy dawały możliwość legalnej pracy na plantacjach, by się nas pozbyć z tych ośrodków. Ale gdy umowy się kończyły, kazano nam załatwić sobie prawnika, żebyśmy mogli je przedłużyć. A na niego nikogo nie stać – opowiada, siedząc na plastikowym krześle. Za nim jego szałas, zbudowany z desek, koców i płacht. Takich prowizorycznych domów w obozowisku jest kilkadziesiąt, ale większość pustych – imigranci sezonowo przenoszą się do innych regionów Włoch.
Pracownikami plantacji zostają najczęściej ci, którzy uciekają z ośrodka azylowego lub latami oczekują na rozpatrzenie wniosków o pobyt. Ibrahim pracuje bez dokumentów. Nigdy jednak nie miał problemów z policją. Panuje tu ciche przyzwolenie na obecność imigrantów – tak długo, jak godzą się na warunki pracy.
Caporalato się opłaca
Pierwszym, który problem nagłośnił, był Yvan Sagnet. Przyjechał do Włoch na studia inżynieryjne. Gdy skończyło mu się stypendium, zaczął dorabiać przy zbiorach. W 2011 r. stanął na czele pierwszego masowego strajku imigranckich pracowników we Włoszech. Bunt trwał dwa miesiące, wzięło w nim udział tysiąc osób.
Strajk był początkiem działalności NoCap: organizacji, której założycielem i prezesem jest Yvan. Jej celem jest walka z wyzyskiem obcokrajowców na plantacjach. Są wśród nich migranci z Maroka i Afryki Subsaharyjskiej, jak i ze wschodniej i środkowej Europy, w tym Polacy.
– Dzięki NoCap problem został upubliczniony, ale wyzysk trwa nadal. Ludzie żyją w koczowiskach kontrolowanych przez caporali, bez bieżącej wody. Pracują po 10-12 godzin, za 2-3 euro za godzinę. Sami muszą płacić 5 euro za transport na miejsce. Pośrednicy dostają połowę ich wypłaty – wylicza Yvan.
W dużej mierze dzięki tamtemu strajkowi od 2016 r. caporalato, jako forma wyzysku, jest oficjalnie uznawane za proceder nielegalny. W tym kontekście we Włoszech mówi się też o współczesnym niewolnictwie.
Na stronie internetowej polskiej fundacji La Strada, zajmującej się zwalczaniem wyzysku, czytamy: „Handel ludźmi w celu zmuszania do pracy/praktyki niewolnicze/obozy pracy (…) wiążą się z następującymi działaniami: ciągłym przekraczaniem czasu pracy, złymi warunkami zamieszkania, niską płacą lub jej całkowitym brakiem, nieprzestrzeganiem prawa pracy, brakiem ochrony socjalnej, brakiem umowy i ubezpieczenia, ograniczeniem lub pozbawieniem wolności, pozbawieniem dokumentów”. Wszystko to znajdziemy we włoskim przemyśle rolniczym.
– Państwom opłacają się nielegalni pracownicy. Co prawda nie płacą podatków, ale nie są też ubezpieczeni. Nic nie kosztują, a produkują. W dodatku wielu z nich uważa, że tak po prostu ma być – mówi Irena Dawid-Olczyk, prezeska La Strady.
Skąd się bierze wyzysk
Według FLAI-CGIL, włoskiego związku zawodowego pracowników rolnych, nawet 100 tys. z nich, głównie obcokrajowców, jest szantażowanych w miejscu pracy i żyje w tragicznych warunkach. Dochodzenie przeprowadzone w 2017 r. w związku ze śmiercią sudańskiego pracownika na plantacji na południu kraju ujawniło powiązanie dwóch największych włoskich producentów przetworów pomidorowych – Cirio i Mutti – z dostawcami wyzyskującymi pracowników.
– Ludzie godzą się na takie warunki pracy ze strachu, ale też z braku alternatywy. Nie tylko nieuregulowany status, lecz też kryzys i rasizm sprawiają, że trudno jest znaleźć inną pracę i żyć normalnie – wyjaśnia Yvan Sagnet.
Jego zdaniem system produkcji działa jak naczynia połączone. Konsument chce kupować jak najtaniej. Jeśli supermarket chce zaoferować niskie ceny, musi kupować tanio od rolnika. Rolnik jest zmuszony sprzedawać warzywa jak najtaniej. Musi ciąć koszty, ale prąd, woda czy benzyna mają ustalone ceny, niezależne od niego. Na czym więc oszczędzać? Na pracownikach, którzy nie mają wyboru. Tak rodzi się wyzysk.

Pytamy, czy dla dyktatu niskich cen jest inne rozwiązanie. Yvan Sagnet: – Po pierwsze, chodzi o zmianę myślenia konsumentów. Po drugie, trzeba informować o tym, dlaczego możemy kupować tak tanio i kto za to płaci cenę. Wiem, że etyczne produkty są droższe, ale jeśli zapotrzebowanie na nie będzie rosnąć, ceny spadną.
10 centów na butelce
Jest jeszcze jeden sposób na obniżenie cen produktów wytwarzanych w etyczny sposób: skrócenie łańcucha produkcji.
– Jeśli zapytasz Yvana, ile firm produkujących sos pomidorowy na Sycylii ma certyfikat NoCap, odpowie, że tylko jedna. To my – mówi Lisa Persiani z firmy La Vita Bio. – W 2019 r. do pracy przy zbiorach zatrudniliśmy 15 osób. Gdyby dołączyły inne firmy, moglibyśmy zapewnić legalne zatrudnienie 300 pracownikom.
Firma produkuje przede wszystkim sosy pomidorowe, ale też pasty warzywne i pesto. Przetwory opierają się na własnych uprawach. Warzywa są zbierane rano i szybko docierają do przetwórni, gdzie zaczyna się produkcja.
Pytamy Lisę o współpracę z NoCap. – Yvan najpierw znalazł kupców, czyli hipermarkety, które wierzą w ten projekt i tym samym tworzą i polecają linie produktów wolne od wyzysku. NoCap znajduje dom i transport dla pracowników oraz wsparcie w zdobyciu dokumentów. My po prostu dajemy im uczciwe wynagrodzenie. Kto za to wszystko płaci? Konsument. Decyduje jego wybór w sklepie – tłumaczy Lisa.
Projekt zaczął się w Puglii, regionie południowych Włoch słynącym z produkcji rolnej i borykającym się z problemem nielegalnej pracy. W podobnej sytuacji jest teraz Sycylia.
Walka cenowa, jak przekonuje Lisa, odbywa się między dużymi producentami. Różnica 10 eurocentów na butelce pozwala zapłacić za pomidory i dać sprawiedliwą pensję pracownikom. Ale żeby wszystko działało, konsument musi chcieć zapłacić trochę więcej za to, że wierzy w pewną ideę, a supermarket, z tego samego powodu, zarobić trochę mniej.
– Naprzeciwko nas siedzibę ma firma, która produkuje rocznie 15 mln butelek, my produkujemy mniej niż milion. Nie jesteśmy dla nich konkurencją, tworzymy za to alternatywę dla wielkich producentów – tłumaczy Lisa Persiani.
La Vita Bio jest jedyną firmą na Sycylii, która gwarantuje, że jest wolna od caporalato. Nie oznacza to, że wszyscy pozostali producenci są uwikłani w nielegalną współpracę z pośrednikami. Niektórzy pracownicy będą mieć szczęście i trafią na godne warunki pracy. Inni nie.
Szukając lepszego życia
Gospodarczy kryzys wywołany epidemią zmusił włoski rząd do poszukiwania sposobów, by zatrudnić więcej osób w rolnictwie. Od kilku miesięcy producenci mogą zatrudnić migrantów z nieuregulowanym statusem, co otwiera im drogę do legalizacji pobytu.
Korzysta z tego La Vita Bio. Gdy firma może przyjąć do pracy nowe osoby, NoCap zajmuje się organizacją dokumentów. Dba też o godne warunki życia pracowników.
W miejscowości Vittoria jest La Casa Evangelica Valdese di Vittoria – dom prowadzony przez Kościół ewangelicki, w którym za darmo mieszka niemal stu imigrantów oczekujących na decyzję w sprawie legalizacji ich pobytu lub przyznania statusu uchodźcy. Kościół ewangelicki współpracuje z NoCap i La Vita Bio, dzięki czemu imigranci otrzymują całościową pomoc w zdobyciu dokumentów, mieszkania i pracy.

– Sposób przyjmowania uchodźców i migrantów w naszym kraju się nie sprawdza. Jeśli ludzie mieszkają w przepełnionych ośrodkach, gdzie jest tylko jeden tzw. mediator kulturowy, to nie ma szans, żeby mogli się swobodnie wyrazić – opowiada Andrea Gentile z Domu Ewangelickiego. – Poza tym to niewiarygodne, że nie istnieje dla nich legalny sposób na dostanie się do Europy.
Andrea twierdzi, że w tym momencie żadna włoska ambasada w Afryce nie pozwala ludziom przyjechać tutaj legalnie. – Dla nas nie ma różnicy między tzw. migrantem ekonomicznym a uchodźcą – przekonuje. – Uważamy, że prawo do emigracji w poszukiwaniu lepszego życia powinni mieć także ci, którzy uciekają przed ubóstwem spowodowanym kryzysem ekonomicznym czy zmianami klimatycznymi. Nikt nie opuszcza swojego kraju, jeśli może żyć w nim godnie.
Marzenie Edwina
Jednym z mieszkańców domu w Vittorii jest Edwin, 25-latek z Nigerii. Po półtora roku od przybycia do Włoch dostał ochronę międzynarodową. Mówi, że jego koledzy czekają po dwa-trzy lata.
Oczekując na decyzję, cały czas pracował, głównie przy zbiorach. – To ciężka praca, spędzasz długie godziny w upale. Ale ludzie nie mają wyboru, albo idą pracować na pole, albo nie pracują wcale – stwierdza Edwin. I dodaje: – Gdy mam umowę, znam swoje prawa, jestem traktowany jak obywatel.
Dzięki kursom językowym Edwin dobrze mówi po włosku. Zarabia też na tyle, aby co miesiąc wysyłać pieniądze swojej rodzinie do Nigerii.
Edwid ma pewne marzenie: – Nie zamierzam pracować całe życie przy zbiorach. Chcę ułożyć sobie życie we Włoszech, założyć sklep z afrykańskimi produktami spożywczymi. Mam nadzieję, że się uda. ©
Współpraca: BARTOSZ RUMIEŃCZYK
Tekst powstał dzięki grantowi Minority Rights Group International.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















