„Balony dla Polski” od Francuzów. Spektakularna akcja solidarności w czasach PRL

5 marca 1982 r. z plaży na Bornholmie wzbiło się w niebo 10 tysięcy balonów z logo Solidarności i poleciało z wiatrem na południe. To kulminacja głośnej w Polsce stanu wojennego akcji. Jak wyglądały jej kulisy?
Czyta się kilka minut
Akcja wypuszczania 10 tysięcy balonów z logo Solidarności i ulotkami. Bornholm, 5 marca 1982 r. // Fot. Algot / Bornholms Museum
Akcja wypuszczania 10 tysięcy balonów z logo Solidarności i ulotkami. Bornholm, 5 marca 1982 r. // Fot. Algot / Bornholms Museum

Historia ta zaczyna się w grudniu 1981 r., gdy komuniści ogłosili w PRL stan wojenny, a w Europie Zachodniej oddolnie wezbrała fala solidarności z Polakami. Zbierano żywność wysyłaną tirami, wspierano członków Solidarności na emigracji, organizowano protesty. 

Podczas gdy zachodnie rządy zwykle reagowały zachowawczo – w imię niezaostrzania relacji z blokiem wschodnim – wśród Europejczyków dominowały współczucie dla Polaków, poczucie solidarności, pragnienie wsparcia. Dla niektórych – także takiego, które nie ograniczy się do pomocy humanitarnej.

Jak narodził się Komitet Wolnych Balonów dla Polski

Wśród tych, którzy chcieli zareagować mocniej, było środowisko francuskich działaczy i intelektualistów ukształtowanych przez doświadczenia końca lat 60.; ludzi zaangażowanych teraz w solidarność z opozycją w Europie Środkowo-Wschodniej. Już w grudniu dyskutowali, jak przełamać blokadę informacyjną PRL-u i okazać swoje wsparcie. 

Podobno inspirację dała im scena z książki „Archipelag Gułag” Aleksandra Sołżenicyna, gdzie przy pomocy balonu dostarczano żywność do obozu pracy na Syberii.

Francuzi nawiązali kontakt z polskimi opozycjonistami przebywającymi na emigracji. Na początku stycznia 1982 r. powstał Komitet Wolnych Balonów dla Polski, który za cel postawił sobie przełamanie blokady informacyjnej i spektakularne zamanifestowanie poparcia dla polskiego społeczeństwa. Pomysł był na pozór prosty: wydrukujemy dużą liczbę ulotek po polsku, zrzucimy je na Polskę i nagłośnimy sprawę w mediach zachodnich.

W akcję zaangażowanych było ok. 30 osób, wśród nich matematyk Martin Andler oraz filozof Alain Finkielkraut.

Przygotowania: francuski filozof pyta duńskiego urzędnika, a ten Warszawę

Zebrano fundusze, m.in. ze zbiórki publicznej i środków stowarzyszenia Solidarność Francja-Polska. Po badaniach laboratoryjnych ustalono optymalny materiał na baloniki i prześledzono pogodę z minionych 60 lat, by wybrać najlepszy czas i miejsce wypuszczenia powietrznej armady. 

Dobrano też treść ulotek. Tym ostatnim zajął się Piotr Jegliński. W 12-stronicowej ulotce-książeczce zawarto informację o organizatorach akcji, wypowiedzi Jana Pawła II o sytuacji w Polsce, analizę krakowskich prawników o nielegalności stanu wojennego oraz instrukcję budowy powielacza i sposoby postępowania w kontaktach z milicją i wojskiem.

Wszystko było gotowe na początku lutego. Francuzi zwrócili się o zgodę na przeprowadzenie akcji do duńskiego MSZ, skąd skierowano ich do duńskiego Zarządu Ruchu Lotniczego. Ponieważ konwencja chicagowska, na bazie której organizowany jest cały cywilny ruch lotniczy na świecie, nakazywała zwrócić się z prośbą o zgodę na „przelot” także do państwa docelowego, duńscy urzędnicy wysłali pytanie do Warszawy. 

Napełnianie balonów. Bornholm, 5 marca 1982 r. // Fot. Algot / Bornholms Museum

Władze PRL oczywiście odmówiły, powołując się na bezpieczeństwo ruchu lotniczego. Urzędnicy nie mieli wyjścia – pozwolenia nie wydali. Organizatorzy to zignorowali.

Burmistrz Bornholmu pożycza psa i idzie na spacer

W piątek i sobotę, 5 i 6 marca 1982 r., z plaży Dueodde na Bornholmie w powietrze wzbiło się 10 tys. balonów. Celowo wybrano piątek, aby Polacy, korzystający z wiosennej pogody i spacerujący po plażach nad Bałtykiem, znaleźli jak najwięcej ulotek. 

The referenced media source is missing and needs to be re-embedded.

Duńscy policjanci, którzy przybyli na miejsce akcji, wylegitymowali wprawdzie jej uczestników. Stwierdzili jednak salomonowo, że lotnictwo nie leży w zakresie ich kompetencji i tylko przyglądali się biernie kolejnym odlatującym balonikom.

Na plaży zjawił się też Jens Brandt, burmistrz Bornholmu. Podobno specjalnie na tę okoliczność pożyczył od sąsiadów psa, aby mieć pretekst do „przypadkowego” przechodzenia obok francuskiej ekipy. Porozmawiał z aktywistami, zrobił sobie z nimi zdjęcia, a w końcu uczestniczył nawet w wypuszczaniu balonów. Propaganda PRL będzie później piętnować tę postawę policji i burmistrza.

Czy balony mogą przenosić groźnego wirusa?

Nie wiadomo, ile balonów dotarło do Polski. Doniesienia o nich dotyczyły całego wybrzeża, a nawet okolic Zielonej Góry i Bydgoszczy. Zbierali je milicjanci i żołnierze, a cywilnym znalazcom nakazano oddawanie ulotek, o co dbała Służba Bezpieczeństwa (samo posiadanie takich „treści antypaństwowych” było surowo karane). 

Duńscy policjanci na miejscu akcji. Bornholm, 5 marca 1982 r. // Fot. Algot / Bornholms Museum

Władze PRL wyraziły rzecz jasna oburzenie „ingerencją w wewnętrzne sprawy”. Poniechano jednak not dyplomatycznych do Kopenhagi i Paryża – ograniczono się do ustnych wyrazów oburzenia na niższych szczeblach dyplomatycznych.

Za to w machinie propagandy nie było miejsca na dyplomację. Uruchomiono państwowe media, ogólnopolskie i regionalne, by społeczeństwu obrzydzać, jak to ujęto, „balony nienawiści”. Mowa była o „brutalnej i rzadko spotykanej agresji propagandowej”.

W prasie ukazał się „protest” pracowników Polskich Linii Lotniczych LOT, rzekomo oburzonych zagrożeniem dla ruchu lotniczego, jakie miało wiązać się z tą akcją. Żadne źródło historyczne, w tym żadne archiwalia branżowe (np. pamiętniki pilotów, związki zawodowe, dokumenty PLL LOT) nie potwierdzają, że pracownicy LOT-u podpisywali jakiś protest. 

Prasa państwowa twierdziła też, jakoby 10 proc. balonów przenosiło groźnego dla ludzi wirusa. Jako źródło tej informacji podano artykuł z 6 marca, który miał ukazać się w duńskim „Bornholm Tidende”. Gazeta ta faktycznie tego dnia wydrukowała materiał o legalności akcji balonowej w świetle przepisów lotniczych, ale nie ma w nim wzmianki o wirusach.

Efekty akcji: kto chciał się dowiedzieć, ten się dowiedział

Nie sposób oszacować, jaki oddźwięk w społeczeństwie wywołała akcja „Balony dla Polski”. Z oczywistych względów nie obnoszono się z ulotkami, jeśli trafiły w czyjeś ręce. We wspomnieniach opozycjonistów mówi się o „balonowym desancie” i „świetlikach” – ta druga nazwa wydaje się szczególnie sympatyczna, a odnosi się do widoku balonów lecących późnym wieczorem. 

Sposób na wypuszczenie większej ilości balonów. Bornholm, 5 marca 1982 r. // Fot. Algot / Bornholms Museum

Jedna z ulotek, znaleziona w Borównie koło Bydgoszczy, trafiła do opozycjonistów w tym mieście. Korzystając z opisu powielacza, skonstruowano taką maszynę i drukowano na niej także treści z tej samej ulotki, do dalszego kolportażu. 

O wpływie moralnym, jaki wywarła na opozycjonistów akcja, wspominał Władysław Frasyniuk z Wrocławia. Radio Wolna Europa relacjonowało akcję. Plotki się rozchodziły. Można więc założyć, że kto chciał się dowiedzieć, ten się dowiedział.

Pamiętam, choć byłem wtedy dzieckiem, że w latach 80. XX w. społeczeństwo grało z władzami w swoistą ciuciubabkę. Wyraźny był podział na „my” i „oni”. „My” wytrzymamy, będziemy udawać, że ważniejsze dla nas jest zdobycie podstawowych artykułów niż wolność polityczna. Jednak przy każdej okazji damy „im” prztyczka. A „oni”? „Oni” nie są panami naszych umysłów. 

Choć akcja balonowa nie przyniosła więc spektakularnych skutków, była drobnym elementem w tym krajobrazie oporu społecznego. Potwierdzającym też, że na Zachodzie są ludzie gotowi poświęcać swój czas i energię dla Polaków.

Francuskie kulisy akcji na Bornholmie

A jak było na Zachodzie? Tu media odnotowały akcję i raczej przychylnie się do niej odniosły. Dla komentatorów istotny był efekt psychologiczno-symboliczny: okazanie solidarności, odpowiedź wolnego świata na nielegalny stan wojenny.

Istotny jest kontekst: we Francji ważną pozycję w sferze publicznej miało już pokolenie ’68. Tworzyli je głównie studenci, którzy w latach 60. sprzeciwiali się skostniałym, ich zdaniem, strukturom społecznym, chcieli obalać konserwatyzm i „imperializm”. Z czasem dojrzewali, zajmowali stanowiska w mediach, polityce, szkolnictwie, kulturze. To oni mieli później kształtować nowoczesną lewicę liberalną.

Byli to ludzie w młodości zafascynowani socjalizmem w wydaniu sowieckim, z czego wielu z nich wyleczył Sołżenicyn. Pozostali przy lewicowych poglądach, ale zwykle już antytotalitarnych. Przywiązywali przy tym wielką wagę do solidarności między narodami.

Dla nich akcja „Balony dla Polski” miała ważny wydźwięk. Była gestem obywatelskim, kontynuacją tradycji poparcia dla dysydentów i sprzeciwu wobec przemocy systemowej. W codziennej krzątaninie okraszonej aktywnością – w zbieraniu środków, organizowaniu konwojów i paczek do Polski – pojawił się symbol. Metaforyczny balon, który przeleciał nad żelazną kurtyną, by przekazać zamkniętym tam ludziom gest solidarności.

Czy organizatorzy akcji „Balony dla Polski” osiągnęli swój cel?

Natomiast skandynawskie media odniosły się do akcji balonowej z właściwą sobie powściągliwością. Duńczycy skupili się na bezpieczeństwie ruchu lotniczego: zwracano uwagę, że na akcję nie było zgody. Pytanie jednak, czy dla takich baloników zezwolenie było potrzebne? Francuzi dopracowali ich parametry – kolor, wielkość, pułap. Ciężko się do nich przyczepić. Ostatecznie dla Skandynawów akcja była dziwną, ale pokojową formą protestu.

Warto też wspomnieć, że nie był to pierwszy w historii „balonowy nalot” na Polskę. W latach 1951-56 to państwa i wywiady zachodnie finansowały podobną akcję, na znacznie większą skalę. Ówczesna walka psychologiczna to jednak osobna opowieść.

W dobie trwającej wciąż w latach 80. konfrontacji Wschód–Zachód, w tym interwencji sowieckiej w Afganistanie, akcja „Balony dla Polski” nie była wydarzeniem rangi światowej. Organizatorzy nie mieli jednak globalnych aspiracji. A biorąc pod uwagę skutki po obu stronach żelaznej kurtyny, cele swoje osiągnęli.

MIKOŁAJ GÓRSKI jest pisarzem zafascynowanym nauką i pilotem balonowym w trakcie szkolenia. Pracuje nad książką o historii aerostatyki.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 11/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Nalot nadziei