Reklama

Wysłane do przyszłości

Wysłane do przyszłości

28.09.2020
Czyta się kilka minut
Wierzymy, że dla przychodzących po nas będziemy ważni. Przynajmniej ciekawi. Choćby śmieszni. Dlatego zostawiamy im nieznane nam dzieła literackie. I rolkę papieru toaletowego.
Pracownicy Westinghouse Electric sprawdzają ważącą 360 kg kapsułę czasu, która zostanie zakopana z okazji Wystawy Światowej w Nowym Jorku. BETTMANN
T

To, co teraz przeżywasz, przejdzie do historii – pierwotnie słowa te graficzka Natalie Long, pomysłodawczyni książeczki „My 2020 COVID-19 Time Capsule”, zaadresowała do dwójki swoich dzieci. Chciała dać im (i sobie) możliwość uzewnętrznienia i nazwania uczuć, jakie budził w nich lockdown, a jednocześnie zachować w pamięci najbardziej uderzające elementy „nowej normalności”. Ale udostępniony na Facebooku plik niemal natychmiast stał się wiralem, dorobił się własnego miejsca w internecie, hiszpańskiego i francuskiego wydania oraz wersji dla dorosłych.

Ani w poczuciu wyjątkowości epoki pandemii, ani w potrzebie zachowania tego poczucia dla przyszłych pokoleń Long nie była oczywiście osamotniona. Podobne do zaproponowanej przez nią, gotowe do wypełnienia „kapsuły czasu” pojawiały się na stronach przedszkoli, szkół i placówek medycznych na całym świecie: miały pomóc maluchom oswoić się z nową sytuacją. Jak stwierdziła Megan DeFrain ze Szpitala Dziecięcego św. Jana w Springfield, „doświadczenie życia w czasach COVID-19 to coś, czym nasze dzieci będą się dzielić ze swoimi wnukami”.

Niektórzy uważają jednak, że prywatne koronapamiętniki spisywane w zaciszu kwarantanny czy – równie popularne – wideoblogi rejestrujące spostrzeżenia z zamknięcia nie są w stanie oddać wszystkich aspektów pandemicznego szaleństwa ani nie gwarantują przetrwania wspomnień o nim.

COVID-19 zasłużył na prawdziwe kapsuły czasu.

Bomba czasu

Jest rok 1939. Wystawa Światowa w Nowym Jorku pokazuje milionom zwiedzających „Świat jutra”. Westinghouse Electric & Manufacturing Company produkuje mierzący 2,3 m i ważący około 360 kg pojemnik. George Edward Pendray, ówczesny rzecznik firmy, określa go mianem „kapsuły czasu” – potem okaże się, że to właśnie ta nazwa, nie zaś alternatywna time bomb, zawładnie powszechną wyobraźnią. Zewnętrzne ścianki przypominającego pocisk cylindra, wytrzymałe jak stal, lecz całkowicie odporne na korozję, wykonane są ze specjalnie na tę okazję wynalezionego stopu miedzi. Mają przetrwać 5000 lat, by w 6939 r. ukazać ludziom przyszłości to, co chronią w swoim wnętrzu.

Parę egzemplarzy „Life Magazine”. Lalkę z popularnej serii i nakręcany samochodzik. Jednodolarówkę. Paczkę cameli. Jednorazową maszynkę Gillette. Zegarek z Myszką Miki.

Tak naprawdę w pawilonie wystawienniczym prezentowano widzom jedynie model kapsuły. Prawdziwą Westing- house I (bliźniaczą Westinghouse II złożono nieopodal trzydzieści pięć lat później) starannie zapieczętowano i zakopano 15 metrów pod ziemią dokładnie w południe 23 września 1938 r., w dzień równonocy jesiennej. 5000 lat to długo. Aby miejsce jej złożenia nie popadło w niepamięć, stworzono książkę-świadectwo, „Book of Record of the Time Capsule of Cupaloy”, którą wydrukowano w ponad 3000 egzemplarzy i rozesłano do bibliotek, klasztorów i muzeów na całym świecie. Oprócz informacji dotyczących samego przedsięwzięcia, położenia, momentu umieszczenia i zawartości cylindra oraz fonetyki i słownictwa języka angielskiego, „Book of Record” zawiera trzy krótkie przesłania podpisane przez Alberta Einsteina (z poświadczonym tłumaczeniem na angielski), Roberta Andrewsa Millikana i Tomasza Manna.


Łukasz Kwiatek: W przyrodzie ożywionej nie obowiązuje uniwersalna skala czasu. Przedstawiciele każdego gatunku myślą i żyją w różnym tempie.


 

Dzięki wszystkim tym zabiegom Westinghouse I ma szansę uniknąć dwóch z największych zagrożeń czyhających na kapsuły czasu, zarówno takie „z terminem ważności” (których autorzy chcą, by otwarto je za 10, 100 czy 1000 lat), jak i te „bezterminowe” (jak dyski niesione przez sondy Voyager czy słynne plakietki z sond Pioneer): rozkładu zawartości spowodowanego przechowywaniem w niewłaściwych warunkach i… zapomnienia. Dziś w walce z tymi problemami nadawcom listów do przyszłości pomagają specjaliści. Na swojej oficjalnej stronie internetowej Smithsonian Institution podaje konkretne wskazówki dotyczące ich właściwego konstruowania, zabezpieczania i komponowania zawartości. Jedną z misji statutowych działającego od 1990 r. International Time Capsule Society jest zaś utrzymywanie rejestru wszystkich znanych kapsuł.

Mulista woda i guziki

Jednak ani muzea, ani stowarzyszenia nie są w stanie wyeliminować a priori mimowolnego rozczarowania, jakie często towarzyszy otwieraniu przesyłek z przeszłości. Według Williama Jarvisa, autora monografii „Time Capsules: a Cultural History”, większość z zamykanych we współczesnych kapsułach przedmiotów nie będzie miała większej wartości dla przyszłych badaczy: są zwyczajnie banalne i nie mówią zbyt wiele o życiu, jakie prowadzimy. Oczywiście w Westing- house I poza wymienionymi powyżej znalazły się również inne, nieco poważniejsze artefakty: nasiona powszechnie występujących roślin i próbki materiałów czy mikrofilm zawierający m.in. słownik (i katalog domu handlowego Sears). Niemniej jednak, gdy przyjrzymy się zawartości większości otwieranych niejednokrotnie z wielką pompą „wycinków naszego czasu, które wysyłamy w przyszłość”, jak określa je Jar- vis, wśród losowych fragmentów gazet i niewyraźnych fotografii znajdujemy zwykle jakiś czarny męski kapelusz (kapsuła z 1965 r. otwarta pół wieku później w Long Island), linijkę z temperówką (otwarta również w 2015 r., szumnie zapowiadana John F. Kennedy Peace Capsule), puste butelki po toniku (kapsuła na MIT, która ma zostać rozpieczętowana w 2957 r., ale choć postanowiono nie otwierać chroniącego ją przezroczystego cylindra, co nieco udało się podejrzeć) czy 65-letni kawałek ciasta (kapsuła odkryta w 2013 r. w kanadyjskim domu pogrzebowym). Czasem – jak w przypadku budzącej wielkie nadzieje nowozelandzkich naukowców stuletniej kapsuły otwartej w 1995 r. – historykom, zamiast ważnych dokumentów i doniosłych świadectw, zostaje w rękach jedynie mulista woda i guziki.


JOSEPH LEDOUX, neurobiolog: U twoich stóp pojawia się wąż. Serce zaczyna bić szybko, zostają uwolnione hormony stresu, ale to jeszcze nie jest odczucie strachu. Ono wymaga uświadomienia sobie, że to wszystko się dzieje, a wąż zaraz cię ukąsi.


 

Kapsuły „covidowe” niczym nie różnią się od swoich poprzedniczek. Mają być trwałe i ukryte w bezpiecznym miejscu, najlepiej pod ziemią – jak choćby w głębokich na 15 metrów piwnicach hiszpańskiej winnicy Murillo Viteri, w których na pięćdziesiąt lat zamknięto 15 tys. wiadomości i zdjęć związanych z pandemią. Powinny zawierać przedmioty dla nas istotne (zbierać w jednym miejscu nasze „marzenia, uczucia i pragnienia”), choć ich waga dla przyszłych pokoleń może nie być do końca jasna – trudno powiedzieć, co pomyślą prawnuki obecnych mieszkańców Walencji, kiedy 18 maja 2120 r. otworzą tamtejszą Cápsula del Tiempo COVID-19 i pośród gazet, listów oraz plakatów dodających otuchy sąsiadom i wspierających służby medyczne znajdą rolkę papieru toaletowego.

Prawo do informacji

Stając wobec przyszłości, ewidentnie nie umiemy się zdecydować: z jednej strony jesteśmy uroczyści, oświadczamy, jak w „Book of Record”, że „nasi naukowcy zmierzyli prędkość światła i odległości między planetami”, „nasi lekarze leczyli chorych i przynosili ulgę w bólu”, „uczyniliśmy metale naszymi niewolnikami” i „zapanowaliśmy nad procesem rozkładu”, z drugiej – jak dzieci – nie możemy powstrzymać się przed pokazaniem światu najnowszej zabawki. W pewnym sensie kapsuły czasu są świadectwem naszego skrajnego optymizmu i egocentryzmu jednocześnie: nie tylko wierzymy, że ktoś je w przyszłości odnajdzie, ale także, że zainteresuje go ich zawartość.

Z jednym wyjątkiem. Naukowcy i inżynierowie wypowiadający się w dokumencie Michaela Madsena „Jądro wieczności” zgodnie twierdzą, że mają szczerą nadzieję, iż na kapsułę czasu, nad którą pracują – choć w założeniu ma ona przetrwać nie tysiąc, a dziesiątki tysięcy lat – nikt się nigdy nie natknie.

Onkalo, bo o nim mowa, to powstające właśnie w Finlandii składowisko odpadów radioaktywnych zlokalizowane w głębokich warstwach geologicznych. W przeciwieństwie do wykorzystywanych najczęściej składowisk naziemnych, gdzie sztab ludzi bez przerwy czuwa nad kondycją specjalnych zbiorników z wodą, w których przechowywane są odpady jądrowe, Onkalo po wypełnieniu i zalaniu betonem ma docelowo być całkowicie samowystarczalne i bezobsługowe. Zamknięte głęboko w podziemnych tunelach, w skałach, które liczą ponad miliard lat, niezależne od szalejących na powierzchni żywiołów i wojen, miedziane puszki wypełnione materiałem promieniotwórczym miałyby spokojnie leżeć, nietknięte i zapomniane, nie stanowiąc zagrożenia dla kwitnącej wysoko nad nimi biosfery. I dla nas.


Jan Balbierz: Apokalipsa jest już u progu, ale trudno dociec, skąd i dlaczego przyjdzie. Jej zapowiedzią jest nie tylko trupa cyrkowa wystawiająca truchło największego wieloryba świata, ale również bezśnieżna zima i panujący w miasteczku letarg.


 

Problem w tym, że ludzie są ciekawscy. Wtargnięcie człowieka to największe zagrożenie dla Onkalo. Nie tylko zresztą dla niego – wszystkie składowiska odpadów radioaktywnych borykają się z tymi samymi pytaniami. Co się stanie, jeśli za kilka tysięcy lat ktoś zacznie kopać w dół granitowej ściany (Onkalo) lub solnego wysadu (Asse II i Morsleben w dawnych kopalniach soli w Niemczech czy Waste Isolation Pilot Plant w Nowym Meksyku w USA) i odpieczętuje to, co powinno na wieki zostać odizolowane? Jak chronić przyszłe pokolenia? Pozwolić im zapomnieć czy wręcz przeciwnie – podsycać pamięć, szanując ich prawo do informacji?

Radioaktywne koty

Kiedy 15-letnia Zuza Lamża wysyła list do 30-letniej Zuzy Lamży, ma święte prawo spodziewać się, że zostanie zrozumiana. Kiedy w 1901 r. dziennikarze „Boston Daily” umieszczają swój list do przyszłości w miedzianej puszce tuż pod koroną wieńczącą głowę złotego lwa, który za chwilę zostanie umieszczony nad wejściem do ratusza, mogą żywić uzasadnioną nadzieję, że gdy kiedyś nadejdzie pora renowacji posągu, ich przesłanie wzruszy zgromadzoną publiczność (tak też się stało w 2015 r.). Co jednak z wiadomościami wysyłanymi 10 tys. lat naprzód, jeśli cała pisana historia ludzkości liczy ich sobie zaledwie 5 tys.?

Departament Energii USA przedstawił takie zagadnienie grupie inżynierów, antropologów, fizyków jądrowych, behawiorystów i innych naukowców już na początku lat 80. XX w. Celem Human Interference Task Force (zespołu specjalnego ds. wtargnięcia człowieka) było opracowanie „semiotyki nuklearnej”: skutecznego sposobu ostrzeżenia przyszłych pokoleń przed niebezpieczeństwem związanym ze składowanymi na danym terenie odpadami. W wydanym w 1986 r. specjalnym numerze berlińskiego „Zeitschrift für Semiotik” zatytułowanym „Do wieczności… Komunikacja za 10000 lat: jak powiemy dzieciom naszych dzieci, gdzie są odpady radioaktywne?” językoznawcy, pisarze i fizycy opublikowali swoje propozycje rozwiązań. Amerykański semiotyk Thomas Sebeok postulował utworzenie swoistego „zakonu nuklearnego” na wzór Kościoła katolickiego. Jego członkowie – eksperci nominowani przez specjalną radę – byliby zobowiązani do przekazywania z pokolenia na pokolenie wiedzy na temat położenia składowisk odpadów i związanych z nimi zagrożeń. Mieliby oni, mówiąc słowami bohaterów dokumentu Madsena, „pamiętać, żeby zapomnieć”. Stanisław Lem proponował posadzenie wokół niebezpiecznych terenów „roślin informacyjnych”, „atomowych kwiatów”, w których DNA w matematyczny sposób zakodowane byłyby niezbędne dane. Być może najoryginalniejszy był pomysł przedstawiony przez pisarkę Françoise Bastide i semiotyka Paolo Fabbriego. Według nich częścią naszej kultury miały stać się „radioaktywne koty” – zwierzęta należało zmodyfikować genetycznie tak, żeby w pobliżu promieniowania zmieniały kolor: wiedza o możliwości tej zmiany i związanym z nią niebezpieczeństwie miałaby krążyć w legendach i stać się częścią rytuałów.


Czytaj teksty dodatku Copernicus Festiwal 2020: Czas


 

Jak na razie inżynierowie pracujący w Onkalo czy na pustyni solnej w Nowym Meksyku podchodzą do sprawy znacznie mniej wizyjnie: bazują na informacji i strachu. Planują ustawianie specjalnych oznaczeń informujących o zagrożeniu w powszechnie występujących na świecie językach: miałyby one przybrać formę wysokich, złowróżbnych, spiczastych steli i ścian z wykutymi na nich napisami czy rozrzuconych tu i ówdzie dysków ostrzegawczych. Rozważa się także użycie znaków graficznych i rysunków, w tym – jako najbardziej uniwersalnie przerażającego – „Krzyku” Edwarda Muncha.

Czy jednak odstraszające napisy i obrazy zniechęciły odkrywców piramid? Czy jesteśmy w stanie zaufać przyszłym pokoleniom? Przedstawiciele Onkalo wobec tak zadanego pytania milczą. „To wszystko decyzje podjęte z braku pewności”.

Dzieła nieznane

Na zaufaniu i braku pewności jest oparty również inny skandynawski projekt dla przyszłości: tu te podstawy mają jednak zupełnie inny wydźwięk. Jeśli Onkalo i jemu podobne są puszką Pandory, którą podrzucamy naszym praprawnukom z cichą nadzieją, że nigdy jej nie znajdą, Future Library jest pieczołowicie przygotowywanym Sezamem, za którego drzwiami zostawiamy im to, co w nas najlepsze.

Chyba.

Katie Paterson, szkocka artystka wizualna, wpadła na pomysł stworzenia biblioteki przyszłości, mieszczącej dzieła największych żyjących obecnie pisarzy i poetów. Dodajmy: dzieła jeszcze nieistniejące. Począwszy od 2014 r. Paterson każdej jesieni zwraca się do jednego wybranego autora z prośbą o dostarczenie wiosną oryginalnego, niepublikowanego dotąd tekstu. Do tej pory nikt jej nie odmówił. W bibliotece znajdują się już książki m.in. Margaret Atwood, Davida Mitchella, Elif Shafak, Karla Ovego Knausgårda i Han Kang. Ostatnia pozycja zostanie zamówiona w 2114 r. i dopiero wtedy, po wydrukowaniu całej antologii (na papierze z tysiąca specjalnie posadzonych świerków rosnących równolegle z liczbą manuskryptów), nasi potomkowie dostaną do rąk 100 znanych nam jedynie z tytułu książek.

W pewnym sensie Biblioteka Przyszłości stanowi lustrzane odbicie Onkalo. O ile tam mamy do czynienia z końcem, z odpadami, z niechcianą pozostałością – tu stoimy wobec początku, narodzin, rozciągniętego na sto lat tworzenia. Tam to my wiemy wszystko o zawartości kapsuły i to nas niepokoi, tu – intryguje nas to, że nie wiemy nic. Możemy tylko liczyć na to, że odpowiednio wybraliśmy osoby, których ustami za sto lat opowiemy przyszłości o wrażliwości naszych czasów. To o niej również opowiadamy, zamykając w Westinghouse I mikrofilmy z Dickiem Tracym i proszek do mycia zębów. Wierzymy, że dla przychodzących po nas będziemy ważni. Przynajmniej ciekawi. Choćby śmieszni.

Niezależnie od konkretnych motywacji prowadzących do powstania tych wszystkich mniejszych i większych, mniej i bardziej prywatnych, kanonicznych i metaforycznych kapsuł czasu, u podłoża ich wszystkich leży ta sama nieuświadomiona, potężna, przejmująca nadzieja, to samo podskórne przeświadczenie. Po pierwsze: przez czasy, przez kraje, przez języki, przez zmieniające się mody – coś nas łączy. Jakoś się dogadamy.

Po drugie – przetrwamy. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]