Reklama

Wybór Maurów

Wybór Maurów

w cyklu STRONA ŚWIATA
25.06.2019
Czyta się kilka minut
W pustynnej Mauretanii nigdy się jeszcze nie zdarzyło, by przywódcę wybranego w wolnej elekcji zastąpił inny, również wybrany przez obywateli tego prawie bezludnego państwa.
Lokal wyborczy w Nouakchott (Mauretania), 22 czerwca 2019 r. / Fot. Sia Kambou / AFP / East News
Lokal wyborczy w Nouakchott (Mauretania), 22 czerwca 2019 r. / Fot. Sia Kambou / AFP / East News
N

Nowy prezydent ma 62 lata i nazywa się Mohammed Ould Ghazouani, a na stanowisku szefa państwa zastąpi swojego dotychczasowego zwierzchnika i rówieśnika, Mohammeda Ould Abdel Aziza. Stary prezydent, podobnie jak wszyscy jego poprzednicy, sięgnął po władzę dokonując zamachu stanu, ale w przeciwieństwie do nich, nie trzymał się za wszelką cenę władzy, lecz po odsłużeniu dwóch dozwolonych konstytucją pięcioletnich kadencji sam bez protestu ustąpił, by przekazać stanowisko następcy, wybranemu w wolnych wyborach. Odchodząc, zapowiedział, że po pięcioletniej przerwie być może upomni się o prezydenturę, którą na razie postanowił przekazać swojemu wiernemu druhowi i ministrowi wojny, wspomnianemu Mohammedowi Ould Ghazouaniemu.

„Jutro dokonacie wyboru między Ghazouanim a jego rywalami. Ci, którzy wybiorą Ghazouaniego, wybiorą postęp, rozwój i bezpieczeństwo – powiedział rodakom na koniec kampanii wyborczej. – Ci zaś, którzy oddadzą głos na któregoś z jego rywali, muszą wiedzieć, że robią krok wstecz, wybierają bałagan, ignorancję, korupcję, nienawiść i rasizm, które zagrożą jedności naszego państwa i społeczeństwa”.

Poparcie ustępującego prezydenta, a także usłużnych mediów: rządowej telewizji, radia i gazet, sprawiało, że Ghazouani od początku uchodził za murowanego faworyta, ale sondaże przepowiadały, że o wygraną i władzę będzie musiał powalczyć w lipcu w drugiej turze. Wróżono, że choć pierwszą rundę wygra, to zdobędzie w niej najwyżej jedną trzecią głosów, za mało, by uniknąć dogrywki.

Za najpoważniejszego konkurenta uchodził były premier, również 62-latek, Sidi Mohammed Ould Boubacar, któremu sondaże przepowiadały co najmniej czwartą część głosów. Poparcie dla byłego premiera deklarowali mauretańscy Bracia Muzułmanie, którzy w ostatnich latach wyrośli na główną siłę opozycyjną. W wyborczą sobotę okazało się jednak, że Ghazouani zdobył ponad połowę głosów i dogrywka okazała się niepotrzebna. Boubacar nie tylko nie zebrał nawet jednej piątej głosów, ale przegrał też z Biramem Ould Dah Ould Abeidem, walczącym od lat przeciwko uprawianemu wciąż procederowi niewolnictwa. Rywale Ghazouaniego zapowiedzieli co prawda, że zaskarżą wynik wyborów do sądu, ale były minister wojny został już ogłoszony prezydentem i nikt w Mauretanii nie wierzy, by cokolwiek miało udaremnić pierwszą w historii państwa pokojową sukcesję.

O dziwo, dotrzymał słowa

W sześćdziesięcioletnich dziejach tego pustynnego państwa jedynym sposobem wymiany rządzących elit były zamachy stanu, przeprowadzane przez generałów z rządowego wojska. W taki właśnie sposób, w 2008 r., doszedł do władzy również ustępujący prezydent Abdel Aziz. Nikt nie brał poważnie jego ówczesnych tłumaczeń, że dokonał puczu, by nigdy więcej już nikt w ten sposób w Mauretanii po władzę nie sięgał. Maurowie nie wierzyli nawet, gdy Abdel Aziz zapewniał, że po drugiej i ostatniej prezydenckiej kadencji ustąpi z urzędu. Sądzono, że w ostatniej chwili, jak inni koledzy po fachu w Afryce, każe wykreślić z konstytucji przepis, ograniczający prezydenckie kadencje. Albo że zostanie obalony przez kolejnego zamachowca-uzurpatora.

A Abdel Aziz, który urządził i wygrał wybory w 2009 i 2014 r., dotrzymał słowa. Nie przerobił konstytucji i przekazał prezydencką władzę namaszczonemu przez siebie następcy. Z Ghazouanim znają się od zawsze, od czasów, gdy jako młodzi oficerowie szkolili się w akademii wojskowej w marokańskim Meknesie. Razem dosłużyli się w wojsku generalskich stopni, a w 2008 r. razem dokonali puczu i przejęli władzę w kraju – Abdel Aziz jako prezydent, a Ghazouani – jego szef sztabu i minister wojny. Jako nowy przywódca mauretańskiego państwa Ghazouani zapowiada, że będzie we wszystkim naśladował swojego poprzednika. „Będzie tak jak było” – powtarzał w czasie kampanii wyborczej. Wystarczyło to, by przekonać do siebie wyborców.

Cień niewolnictwa

Mauretania, położona na Saharze, pomiędzy arabskim Maghrebem i czarnoskórą częścią afrykańskiego kontynentu, należy do najbiedniejszych i najbardziej zacofanych krajów świata. Dawne królestwo Berberów, podbite potem przez Arabów, a w końcu przez Francuzów (do 1960 r. Mauretania była francuską kolonią) posiada trzykrotnie większe terytorium niż Polska, ale żyje na nim ledwie cztery miliony ludzi, głównie Arabów i Berberów. Czarnoskórzy Afrykanie, Fulanie, Soninke i Wolofowie mieszkają na południu, stanowią jedną trzecią ludności i narzekają na prześladowania ze strony rządzących Arabów i Berberów. 


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Trzy afrykańskie pogrzeby


Dopiero w 1981 r., jako ostatni kraj na świecie, Mauretania zakazała niewolnictwa, a w 2007 r. przyjęła prawo, pozwalające ścigać i karać właścicieli niewolników. Działacze Amnesty International uważają jednak, że ponad 40 tysięcy czarnoskórych Mauretańczyków, jedna setna ludności, wciąż pozostaje niewolnikami (ustępujący prezydent Abdul Aziz i jego następca Ghazouani zaprzeczają, by Arabowie i Berberzy w Mauretanii trzymali w domach niewolników). W Mauretanii, której mieszkańcy są muzułmanami i gdzie obowiązuje prawo koraniczne, jeszcze w latach 80. stosowano karę chłosty i publicznie wykonywano wyroki śmierci.

Wiosenne burze

Prezydentura Abdel Aziza przypadła na wyjątkowo burzliwe czasy w tej części Afryki. Wojna domowa w Algierii z przełomu wieków sprawiła, że pokonani przez rządowe wojsko dżihadyści przenieśli się na Saharę, gdzie urządzili sobie pustynne kryjówki i bazy. Arabska Wiosna wywołała nowe wojny w sąsiedztwie – najpierw w Libii, a potem w Mali, gdzie sprzymierzeni z Al-Kaidą dżihadyści, uzbrojeni po zęby w splądrowanych libijskich arsenałach, byli o krok od przejęcia władzy. Podbili pustynną północ kraju i maszerowali już na stołeczne Bamako, na którego rogatkach zostali powstrzymani przez przybyłych na odsiecz francuskich komandosów i oddziały Legii Cudzoziemskiej.

Mauretania, podobnie jak położone po sąsiedzku Mali, Niger, Burkina Faso czy Czad, przez długie lata zawierały z dżihadystami pakty o nieagresji. Dżihadyści zobowiązywali się nie dokonywać żadnych ataków na terytoriach państw, w których pozwala im się utrzymywać kryjówki, a w zamian rządzący udawali, że o niczym nie wiedzą. Przy okazji dorabiali się na łapówkach od dżihadystów i uprawianej wraz z nimi kontrabandzie.

Chwila spokoju

„Pokojowe współistnienie” skończyło się na początku stulecia, gdy naciskane przez Zachód afrykańskie państwa zostały przymuszone do walki z dżihadystami, a ci przestali przestrzegać paktów o nieagresji. W 2005 r. dżihadyści zaatakowali koszary mauretańskiego wojska, zabijając kilkunastu żołnierzy i rabując arsenał. Trzy lata później napadli na wojskowy patrol i zabili kolejnych kilkunastu żołnierzy, odrąbując im głowy. Rok później zaczęli polować i porywać przebywających w Mauretanii cudzoziemców.

Abdul Aziz i jego minister wojny Ghazouani poprosili o pomoc Francuzów i Amerykanów. Cudzoziemcy przeszkolili, uzbroili i zorganizowali na nowo mauretańskie wojsko, które już w 2011 r. dokonało odwetowych rajdów na kryjówki dżihadystów w Mali. Od tego czasu w Mauretanii nie doszło do żadnych zamachów, ani zbrojnych zajazdów dżihadystów, a uspokojeni zagraniczni turyści wrócili na pustynne safari.

Poprawiło się też w gospodarce, której podstawą jest rybołówstwo oraz eksport rudy żelaza, miedzi i złota. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że prognozowane na ten rok 6-procentowe tempo wzrostu gospodarczego, o jedną trzecią szybsze (dzięki początkowi wydobycia gazu ziemnego) niż w ostatnich latach, wystarczy, by choć w jakiejś mierze poprawić sytuację młodych, narzekających – jak zresztą młodzież w całej Afryce – na bezrobocie i beznadzieję, i marzących tylko o emigracji. 

Polecamy: Strona świata: specjalny serwis z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]