Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Kraina wszystkich nieszczęść

Kraina wszystkich nieszczęść

w cyklu STRONA ŚWIATA
27.07.2018
Czyta się kilka minut
Z potężnego i bogatego przed wiekami imperium, położone na południowych skrajach Sahary Mali upadło do roli jednego z najbiedniejszych krajów świata. A jednak wciąż nie brakuje chętnych, by nim rządzić. W niedzielę w walce o prezydenturę zmierzą się dwa tuziny pretendentów do tronu.
Prezydent Mali Ibrahim Boubacar Keita przemawia podczas spotkania z malijską diasporą w Libreville, 23 lipca 2018 r. / FOT. Sebastien Rieussec / AFP / EAST NEWS
Prezydent Mali Ibrahim Boubacar Keita przemawia podczas spotkania z malijską diasporą w Libreville, 23 lipca 2018 r. / FOT. Sebastien Rieussec / AFP / EAST NEWS
P

Podróżując po dzisiejszym Mali trudno uwierzyć, że pięć, sześć wieków temu uważane było ono za jeden z trzech najbogatszych krajów świata, obok Persji i Chin. Wyrosłe na skrzyżowaniu karawanowych, kupieckich szlaków, należało do najwspanialszych państw afrykańskich, a jego stolica Timbutku była metropolią akademii, meczetów, karawanserajów, miastem uczonych, świętych mężów, poetów. W Timbuktu i dziś można usłyszeć opowieść, jak to tamtejszy król Mansa Musa wyruszał przez pustynię w pielgrzymkę do Mekki. Zabierał ze sobą w podróż cały, wielotysięczny dwór, a po drodze rozdawał tak hojnie podarki i złoto, że cena kruszcu spadała w samym Kairze.

Złote czasy zaczęły się kończyć wraz z upadkiem pustynnego handlu, a nadejście chudych lat przypieczętował w dziewiętnastym stuleciu kolonialny podbój Francuzów, którzy narzucili swoje rządy całemu afrykańskiemu Sahelowi, od wybrzeży Atlantyku po dzisiejszy Sudan, zajęty wówczas przez Anglików.

Kiedy kolonializm przestał być opłacalny, Francja podzieliła swoje posiadłości w Afryce na sztuczne, nie istniejące wcześniej państwa i przyznała im niepodległość. Nowe państwa, zwłaszcza te, położone na południowym skraju Sahary, Czad, Niger, Mali, Mauretania czy Burkina Faso (nosząca jeszcze nazwę Górnej Wolty), błyskawicznie przerodziły się w obszar największej na świecie biedy, pustoszony klęskami suszy i głodu, wykrwawiany i wyniszczany przez wojny domowe i graniczne, rządy tyranów, równie brutalnych, co nieudolnych i chciwych. Dodatkowym nieszczęściem Mali okazało się to, że w czasach zimnej wojny, w świecie podzielonym między kapitalistyczny, ale demokratyczny Zachód i komunistyczny, uboższy Wschód, malijskie państwo znalazło się po wschodniej stronie barykady i nie mogło liczyć na pomoc, jaką cieszyli się jego prozachodni sąsiedzi.

Nowe nieszczęścia i Arabska Wiosna

Mając prawie wszystko, co potrzebne, by funkcjonować jako silne i dostatnie państwo – wspaniałą historię, tradycję i kulturę, jedne z najbogatszych w Afryce złóż złota (bogatsze znaleziono jedynie w Ghanie i w Południowej Afryce), a także uranu, rudy żelaza czy manganu – Mali, wstrząsane ciągłymi rebeliami Tuaregów, domagających się własnego państwa na pustyni, popadało z każdym rokiem w coraz gorszą biedę, aż stało się w końcu jednym z największych nędzarzy świata.

Nowe nieszczęście spadło na nie wraz Arabską Wiosną, która obiecywała całemu kontynentowi wolność i sprawiedliwość. Zamiast tego przyniosła przemoc, wojenny chaos, poniewierkę. Zanim w Lewancie i na Półwyspie Arabskim wytraciła rewolucyjny zapał, Arabska Wiosna poobalała dyktatorów Maghrebu - prezydentów Tunezji i Egiptu, a także libijskiego przywódcę Muammara Kadafiego. Upadek Kadafiego okazał się prawdziwą katastrofą dla Mali.

Tuaregowie, którzy zaciągali się do armii Kadafiego, po śmierci Libijczyka rozgrabili jego arsenały i na początku 2012 roku, uzbrojeni po zęby w najnowocześniejszą broń wrócili do Mali, by wzniecić tam nową wojnę secesyjną. Z łatwością rozgromili malijskie wojsko i gdyby tylko chcieli bez trudu zajęliby samą stolicę, Bamako. Zatrzymali się jednak w Timbuktu i ogłosili tam, że w północnej, pustynnej części kraju tworzą własne, niepodległe państwo, Azawad. Przerażeni politycy i wojskowi w Bamako mogli tylko bezradnie przyglądać się, jak Mali rozpada się na dwie części.


STRONA ŚWIATA – analizy i reportaże Wojciecha Jagielskiego w specjalnym serwisie „Tygodnika Powszechnego” >>>


Ale i Tuaregowie nie nacieszyli się długo wolnością. Nie minęło nawet sto dni od ogłoszenia niepodległości Azawadu, a został on zawłaszczony przez dżihadystów z saharyjskiej filii terrorystycznej międzynarodówki Al-Kaidy. Najpierw przyłączyli się do powstania Tuaregów, obiecując im wsparcie i braterstwo broni. Po zwycięstwie zaś rozbili skłóconych Tuaregów równie szybko, jak Tuaregowie pół roku wcześniej rozgromili malijskie wojsko, a na obszarze Azawadu proklamowali własny, saharyjski kalifat. W Timbuktu i Gao zapanowały prawa szariatu, a uzbrojeni w kilofy i młoty pneumatyczne dżihadyści niszczyli grobowce sufickich mistyków, uznając je za bluźniercze, a samych świętych mężów za grzesznych odszczepieńców. Niespodziewanie dla siebie i całego świata, pustynne Mali znalazło się na pierwszej linii frontu afrykańskiej świętej wojny.

Na początku 2013 roku rozochoceni sukcesami dżihadyści ruszyli na południe, na stolicę kraju, Bamako. Kto wie czy nie zdobyliby jej gdyby nie posłani przeciwko nim francuscy spadochroniarze i żołnierze Legii Cudzoziemskiej. Zagraniczna odsiecz powstrzymała dżihadystów, którzy rozbici przez Francuzów uciekli na Saharę i zaszyli się w pustynnych kryjówkach. Kalifat i Azawad zostały znów przyłączone do reszty kraju, a rozeźleni na zdradzieckich dżihadystów Tuaregowie, poprzysięgli im zemstę.

Francuzi obiecali, że pozostaną dopóki dżihadyści nie zostaną rozgromieni na całym Sahelu. ONZ przysłała im do pomocy kilkanaście tysięcy żołnierzy i policjantów z prawie stu krajów świata, od Chin i Kambodży, po Armenię i Estonię. Latem 2013 roku uznano, że sytuacja w kraju uspokoiła się na tyle, że można przeprowadzić w nim wolne wybory i wyłonić nowego prezydenta kraju.

Puste obietnice prezydenta

Tamte wybory wygrał Ibrahim Boubacar Keita, były dyplomata i premier, najbardziej chyba doświadczony z grona malijskich polityków. Wydawał się odpowiednim przywódcą na trudne czasy, a Malijczycy wiązali z jego prezydenturą wielkie nadzieje – obiecywał pokój, spokój i dostatek.

Pięć lat minęło, a „IBK” nie spełnił żadnej z obietnic. Dżihadyści rozpierzchli się po całym Sahelu i Saharze. Z pustynnych kryjówek dokonują zbrojnych rajdów na Mali, a także na sąsiednie Niger i Burkina Faso, dokonują zamachów bombowych na Wybrzeżu Kości Słoniowej i w Senegalu, współdziałają z dżihadystami z nigeryjskiego ruchu Boko Haram znad jeziora Czad, którego również nie udało się rozgromić. Misja pokojowa ONZ okazała się wyjątkowo niebezpieczna i krwawa. W ciągu pięciu lat w zasadzkach, zamachach i strzelaninach zginęło prawie 150 żołnierzy w „błękitnych hełmach”, a pół tysiąca zostało rannych. Także Francuzi, którzy w przeciwieństwie do wojsk ONZ nie tyle strzegą pokoju, co tropią i zwalczają dżihadystów, stracili w Mali prawie 20 żołnierzy.

Co gorsza, niezakończona wojna z dżihadystami doprowadziła w Mali do konfliktów lokalnych, etnicznych i religijnych. Południowe, czarnoskóre ludy Bambara (jedna trzecia 15-milionowej ludności Mali) i Dogonowie nie przestały obwiniać Tuaregów i Arabów z północy o wojenne nieszczęścia, zarzucać im zdradę. Tuaregowie i Arabowie, od dziesięcioleci narzekający na dyskryminację ze stronę rządzących południowców, skarżą się z kolei, że znów są przez nich prześladowani, obarczani zbiorową odpowiedzialnością za zbrodnie dżihadystów.

Najgroźniejszym wydaje się konflikt między pasterzami Fulani i rolnikami Dogonami i Bambara. Fulani, jeden z najliczniejszych i najbardziej wpływowych ludów zachodnioafrykańskich, żyją także w Nigerii, Nigrze, Burkina Faso czy Gwinei. Przed wiekami władali potężnymi królestwami i imperiami. W Mali stanowią dziś dziesiątą część ludności i jak ich rodacy z innych afrykańskich krajów, od wieków trudnią się pasterstwem. Wzrost liczby ludności Afryki wraz z postępującą degradacją środowiska i pustynnieniem sprawiają, że w ostatnich latach spory między rolnikami, strzeżącymi pól oraz pasterzami, poszukującymi pastwisk i wodopojów dla swoich stad stają się w całej Afryce coraz gwałtowniejsze i bardziej krwawe. W Mali, nie mogąc liczyć na to, że rządzący „południowcy” obronią ich przed milicjami zbrojnymi Dogonów i Bambara, miejscowi Fulani szukają ochrony u dżihadystów. Ci zaś, w zamian za opiekę, żądają od nich rekrutów do partyzanckiego wojska. ONZ obliczyła, że w starciach między fulańskimi pasterzami, a rolnikami Bambara i Dogonami jedynie wiosną zginęło prawie trzysta osób. Według ONZ zbrodni na ludności cywilnej dopuszczają się zarówno dżihadyści, broniący Fulanich, jak i rządowe wojsko, pacyfikujące ich wioski. Do pogromów i czystek etnicznych dochodzi głównie w regionie Mopti, stanowiącym granicę między malijską północą i południem.

Państwo upadłe

Prezydent Keita nie dotrzymał słowa, nie zapewnił pokoju i spokoju, ani dostatku. Mali, niegdysiejsze imperium, pozostaje jednym z dziesięciu najbiedniejszych i najbardziej zacofanych krajów świata. Mimo to Keita przekonuje Malijczyków, by w najbliższą niedzielę znów wybrali go na prezydenta i pozwolili panować przez kolejnych pięć lat. Winę za wojnę i etniczne zamieszki zrzuca na Francuzów i dżihadystów. Obiecuje to samo, co pięć lat temu. Wrażenie, że nic się nie zmieniło potęguje fakt, że głównym rywalem w wyborach dobiegającego już do osiemdziesiątki Keity będzie ten sam Soumaila Cisse, z którym przed pięcioma laty już wygrał.

Rodacy zarzucają Keicie, że poza zdobyciem i utrzymaniem władzy nie ma żadnego pomysłu, jak rządzić, woli jeździć w zagraniczne podróże na koszt państwa niż przebywać w jego stolicy i że podobnie jak cała reszta polityków za wszelką cenę nie chce niczego zmieniać, wprowadzać żadnych reform, które zagroziłyby rządom elit. Wojna i bankructwo malijskiego państwa zdają się zresztą w ogóle nie zniechęcać miejscowych polityków, którzy wyjątkowo tłumnie zgłosili się do walki o prezydenturę. Ostatecznie do rywalizacji dopuszczono dwa tuziny kandydatów – sześciu wykluczono.

Wygląda na to, że Malijczycy nie pójdą na niedzielne wybory równie tłumnie. Wśród mieszkańców zachodniej Afryki zawsze uchodzili za największych sceptyków w sprawach wyborów i demokracji. Podczas gdy w sąsiednich krajach frekwencja wyborcza sięga dwóch trzecich, w Mali nie sięga nawet połowy.

Sondaż przeprowadzony przed rokiem przez niezależną organizację Afrobarometer pokazał, że Malijczycy uważają swój kraj za państwo upadłe, które nie przetrwałoby miesiąca bez zagranicznej pomocy wojskowej i gospodarczej. Nie ufają swoim politykom, nie wierzą za grosz, że potrafią oni - a nawet, że tego chcą - naprawić gospodarkę, zwalczyć korupcję czy przestępczość. Malijczycy przyznają, że owszem, demokrację wciąż uważają za najlepszą formą rządów, ale sądzą też, że przerasta ona intelektualne możliwości ich przywódców.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

"Arabska Wiosna poobalała dyktatorów Maghrebu - prezydentów Tunezji i Egiptu, a także libijskiego przywódcę Muammara Kadafiego. " O ile Arabska WIosna obalila prezydentow Tunezji czy Egiptu o tyle Kadafi padl pod ciosami NATO. Rowniez nie Tauregowie byli glownymi beneficjentami arsenalow Libii. Dziwnym trafem, a wlaciwie za przyzwoleniem autorow libijskiej katastrofy, znalazla sie w rekach tak lubianych przez Zachod "umiarkowanych rebeliantow", ktorych Rober Fisk okresla (bardziej prezycyzjnie) jako "head choppers". Najogolniej, upadek Libii czy tez los post-wiosennego Egiptu sa wstydliwym tematem w zachodniej publicytyce. Najczesciej oslonietym kurtyna milczenia lub, jak w przypadku tego artykulu, traktowanych za pomoca wprowadzajcego w blad uproszczenia. Degrengolade stosunku do wspomnianych wydarzen dobrze podsumowuje wypowiedz bylego Sekretarza Generalnego NATO, ktory stwierdzil, ze operacja NATO w Libii byla sukcesem. Pozdrawiam
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]