Na początku lata prezydentów i posłów wybierano w Wielkiej Brytanii i Francji, ale także w Iranie, Mongolii i Mauretanii. W mauretańskiej elekcji zwyciężył urzędujący od pięciu lat prezydent Mohammed ould Ghazouani i przedłużył panowanie na kolejną pięciolatkę.
Był murowanym faworytem. Powątpiewano jedynie, czy wygra już w pierwszej turze w czerwcu, czy dopiero w lipcowej dogrywce. Zwyciężył od razu, zdobywając 56 proc. głosów, więcej niż przed pięcioma laty. Jego główny konkurent, Biram Dah Abeid znów (przegrał z Ghazouanim także w 2019 r.) protestował i twierdził, że został oszukany, a jego zwolennicy wzniecili rozruchy w stołecznym Nawakszucie i tuzinie miast na południu kraju, gdzie w starciach z policją zginęły 3 osoby.
Gwałtowny akord na zakończenie mauretańskich wyborów nie popsuł jednak ich ogólnej, dobrej oceny, a zagraniczni obserwatorzy uznali je zgodnie za uczciwe. Ich wyjątkowość polegała również na tym, że w 64-letniej historii niepodległej Mauretanii wolne wybory prawie się nie zdarzały, a Mohammed ould Ghazouani pozostaje pierwszym demokratycznie wybranym przywódcą, który przejął władzę od również demokratycznie wybranego poprzednika. I nie przekreśla tego fakt, że zarówno Ghazouani, jak jego poprzednik byli w poprzednich wcieleniach wojskowymi i uczestniczyli w zbrojnych przewrotach.
Towarzysze broni
Wojskowi rządzili Mauretanią przez ostatnie pół wieku, odkąd w 1978 r. zamachowcy w mundurach obalili pierwszego prezydenta Muchtara ould Daddaha. Z krótkimi przerwami, gdy oddawali władzę wyznaczonym przez nich cywilom, rządzili aż do 2009 r., gdy ostatni z zamachowców, pułkownik Mohammed ould Abdel Aziz, aby uniknąć potępienia i sankcji ze strony Zachodu i Unii Afrykańskiej, ogłosił, że ściąga mundur i urządza elekcję, którą, już jako cywil, wygrał i dalej sprawował władzę jako prawowity i szanowany przywódca.
Rówieśnik Ghazouani był jego najbliższym druhem. Wspólnie dokonali dwóch z sześciu wojskowych przewrotów. W 2005 r. obalili panującego od ponad 20 lat dyktatora-okrutnika Maauję ould Sid’Ahmeda Taję. Oddali wówczas władzę cywilom, ale trzy lata później dokonali kolejnego puczu, tym razem wynosząc do władzy samego Abdela Aziza, który najpierw rządził w mundurze, potem w garniturze.
Ghazouani był u niego ministrem obrony i szefem sztabu rządowego wojska. Kiedy więc w 2019 r., po dwóch dozwolonych prawem kadencjach Abdel Aziz postanowił nie poprawiać konstytucji i nie ubiegać się o trzecią, sam namówił Ghazouaniego, by został jego następcą. Był przekonany, że Ghazouani, jako były wojskowy i puczysta, będzie dla niego najlepszą gwarancją bezpieczeństwa, gdyby jakimś cywilnym politykom przyszło do głowy rozliczać go z przeszłości.
Ghazouani również zrzucił mundur (mauretańskie prawo zabrania żołnierzom ubiegać się o władzę), ale zamiast chronić poprzednika, uznał, że korzystniej będzie odciąć się od przyjaciela, a nawet zwrócić się przeciwko niemu. W 2020 r. posłowie powołali komisję śledczą, żeby zbadać źródła majątku byłego prezydenta, a pod koniec zeszłego roku sąd skazał Abdela Aziza na pięć lat więzienia za korupcję i złodziejstwo (prokuratura domagała się 20 lat).
Abdel Aziz przekonuje, że nie zrobił nic złego i że padł ofiarą podłej intrygi. Twierdzi, że kiedy złożył władzę, sam Ghazouani odwiedził go i wręczył dwie walizki wypchane 7 milionami euro. W tym roku próbował nawet z więzienia stanąć do prezydenckiej elekcji, ale nie został do niej dopuszczony.
Pogromcy dżihadystów
Pod rządami byłych wojskowych i puczystów, którzy przemienili się w cywilów i demokratów, Mauretania stała się oazą spokoju na burzliwym Sahelu. Pożegnała się z epoką wojskowych dyktatur i puczów w czasie, gdy wróciły one do mód u sąsiadów z Mali, Nigru, Burkina Faso, Czadu i Gwinei. Podczas gdy na całym Sahelu panoszą się i toczą swoje święte wojny dżihadyści, byli wojskowi Abdel Aziz i Ghazouani potrafili sobie z nimi poradzić i od 2011 r. w Mauretanii nie doszło do żadnego zamachu bombowego, zasadzki czy zbrojnego rajdu partyzantów spod znaku Al-Kaidy czy Państwa Islamskiego.
Mauretańczycy zawdzięczają spokój rządowemu wojsku i umiejętnej polityce prezydentów. Potrafili się układać z wioskową starszyzną, muzułmańskim duchowieństwem, a nawet komendantami dżihadystów, a dzięki współpracy z Zachodem, zwłaszcza Francją, dawną metropolią kolonialną, i Stanami Zjednoczonymi, mauretańskie wojsko, choć ledwie 20-tysięczne, należy do najlepiej wyszkolonych i uzbrojonych w całej Afryce Zachodniej. Ubiegając się o reelekcję, Ghazouani przekonywał rodaków, że tylko przywódca tak doświadczony i znający żołnierkę jak on jest w stanie sprawić, że Mauretania może cieszyć się pokojem w tak niespokojnych czasach.
Największy niepokój Mauretańczyków i ich przywódcy budzi wojna w Mali, położonym po wschodniej stronie ciągnącej się przez ponad dwa tysiące kilometrów granicy. Wojenna zawierucha i wywołana nią bieda sprawiają, że co roku na mauretańską stronę uciekają tysiące Malijczyków. W obozach uchodźczych mieszka ich tam już ponad 150 tysięcy, a pozostali zmierzają na wybrzeże, by przez Atlantyk przeprawiać się na wyspy Kanaryjskie i do Europy.
Wraz z uchodźcami przez granicę, na mauretańską stronę przelewa się też malijska wojna. Tamtejsze rządowe wojsko, wspierane przez rosyjskich najemników z utworzonego przez Kreml Korpusu Afrykańskiego, w pogoni za dżihadystami nie raz, nie dwa zapuszczało się już na mauretańską stronę.
W walce z dżihadystami, a zwłaszcza współczesnymi „handlarzami żywym towarem”, przemytnikami imigrantów do Europy, zarówno Abdel Aziz, jak i Ghazouani mogli liczyć na wsparcie Zachodu, który wiosną swojemu najwierniejszemu, obok Tunezji i Egiptu, żandarmowi przekazał ponad 200 milionów euro, by trzymał straż na wiodącym przez Mauretanię jednym z najważniejszych szlaków migracyjnych do Europy.
Republika niewolników
Najgroźniejszym, politycznym przeciwnikiem najpierw Abdela Aziza, a teraz Ghazouaniego pozostaje 60-latek Biram Dah Abeid, który już trzykrotnie ubiegał się o prezydenturę. Za każdym razem przegrywał (ale z każdą elekcją zdobywa coraz więcej głosów – w 2014 r. – 9 proc., w 2019 r. – 19 proc., w czerwcowych – 22 proc.) i za każdym razem twierdził, że został oszukany przez rządzących od zawsze Mauretanią Arabów, Berberów i Tuaregów, którzy nigdy nie uznali swoich czarnoskórych rodaków za równych sobie obywateli.
Mauretania, jako ostatni kraj na świecie, dopiero w 1981 r. zakazała niewolnictwa. Miejscowi działacze praw człowieka twierdzą jednak, że mimo to proceder ten trwa do dziś i w zeszłym roku do niewolniczej pracy w pięciomilionowym kraju zmuszanych było ok. 150 tysięcy ludzi.
Niewolnikami w Mauretanii byli zawsze czarnoskórzy z afrykańskich ludów Fulani, Wolof czy Mandingo, a właścicielami niewolników – Arabowie, Berberzy czy Tuaregowie. Niewolnikami byli dziadkowie Abeida, który twierdzi, że choć czarnoskórzy Afrykanie stanowią większość ludności kraju, zwłaszcza na jego południu, na pograniczu z Mali i Senegalem, wciąż traktowani są jak obywatele gorszej kategorii i że w Mauretanii wciąż obowiązuje podział na uprzywilejowanych Bejdanów – jasnoskórych Maurów, i prześladowanych, czarnoskórych Haratinów, potomków niewolników.
Ghazouani odpiera zarzuty i przypomina, że jako prezydent powołał na swojego premiera czarnoskórego Mohammeda ould Bilala. Bieda – twierdzi – nie ma koloru. A Mauretania, choć jej ziemia i należąca do niej część dna Atlantyku kryją wielkie skarby – rudy żelaza, miedzi i cynku, złoża złota, ropy naftowej i gazu ziemnego – pozostaje niezmiennie jednym z najuboższych krajów świata. Dwie trzecie ludności (z której dwie trzecie to ludzie młodzi, poniżej 25 roku życia) klepie biedę, a nie widząc dla siebie żadnej przyszłości w kraju, jedyny ratunek widzi w przeprawie przez Atlantyk do Europy, lub aż na drugą stronę oceanu, do Ameryki.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















