Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Przestraszyłam się, ale tym razem nie było czego

Przestraszyłam się, ale tym razem nie było czego

26.06.2012
Czyta się kilka minut
Opowiadają ci, którzy mają dobre historie i szkoda by im było, gdyby te ich historie się zmarnowały. Opowiadają ci, którzy przez swoje historie mają nadzieję znaleźć porozumienie z innymi.
Fragment, który posłuży do stworzenia portretu Josepha Conrada, przygotowywanego przez Marka Adamika. Ok. 2012 r.
A

AGNIESZKA WOLNY-HAMKAŁO: Literatura może być niewinna, niepolityczna? MAGDALENA TULLI: Literatura jest świadectwem. Oczywiście przepuszczonym przez filtr. Filtrem jest osobiste doświadczenie tego, kto pisze, i jego emocje. Niepolityczna jest muzyka, bo nie potrzebuje słów. To, co potrzebuje słów, nigdy nie jest całkiem czyste. Kiedy zadała pani to pytanie, uprzytomniłam sobie, że każdą z moich książek można przeczytać w sposób polityczny. Najbardziej chyba „W czerwieni”. A przecież nie miałam politycznej intencji, temat obchodził mnie z powodów osobistych, kto przeczytał „Włoskie szpilki”, domyśli się dlaczego. Ale to jest temat, za którym ciągnie się historia XX wieku, a nie da się jej odłączyć od polityki, bo emocje jeszcze nie ostygły. Tak, uważam, że polityka jest w nas i jedzie na naszych emocjach. Zwłaszcza na tych najbardziej zadawnionych, z którymi mocujemy się przez całe życie. Szukam teraz w pamięci książki, która jest niewinna i niepolityczna, i widzę, że każdą, która przychodzi mi na myśl, można przeczytać w sposób polityczny. Nawet romanse i kryminały. Więc powinna pani raczej zapytać, czy lektura może być niewinna, niepolityczna. A wtedy ja odpowiem ze spokojem, że nie wiem. Wydaje mi się, że kiedy czytałam swoim dzieciom, słuchały niewinnie. Bo jeszcze nie miały żadnych własnych doświadczeń. Identyfikuje Pani u siebie moment startowy – miejsce, z którego zaczęła Pani budować narracje? Właściwie nie. Jako dziecko lubiłam zmyślać. Czasem bezinteresownie, ale przeważnie dla ratowania skóry, bo ciągle mimo woli pakowałam się w tarapaty. Tak się składało, że byłam najmniej wiarygodna, kiedy przypadkiem ¬wymsknęło mi się coś prawdziwego. Wie pani: wakacje we Włoszech, te rzeczy. Za Gomułki. Zmyślanie zawsze było mniej frustrujące. Lepiej się czułam złapana na kłamstwie niż z prawdą, którą zdyskwalifikowano. Sądzi Pani, że imperatyw opowiadania historii związany jest z potrzebą porządkowania rzeczywistości? Historie to nie jedyny sposób porządkowania rzeczywistości, ale pewnie najbardziej naturalny. Pani pyta właściwie o to, dlaczego ludzie opowiadają historie innym. Ale przecież nie wszyscy. Opowiadają ci, którzy mają dobre historie i szkoda by im było, gdyby te ich historie się zmarnowały. Opowiadają ci, którzy przez swoje historie mają nadzieję znaleźć porozumienie z innymi. A potrzeba porządkowania rzeczywistości? Wszyscy ją mają w tym samym stopniu, to natura ludzka. Czyli nic szczególnego. Progresywność, nowoczesność literatury to wartość? Nie potrafię myśleć o literaturze w taki normatywny sposób, ani chyba o niczym. Ale wiem, że dobra literatura zawsze przystaje do swoich czasów. Nie dlatego, że koniecznie musi właśnie o nich opowiadać. Jeśli jest autentyczna, nieudawana, to bezpośrednio albo ogródkami mówi o tym, czym żyje autor. Sposób budowania narracji też ma z tym związek. Zmienia się dlatego, że zmienia się epoka, pojawiają się nowe doświadczenia, o których już nie da się opowiedzieć w sposób tradycyjny. W jakimś momencie ludzie zaczęli się posługiwać ironią, aluzją, niedomówieniem. Narastający chaos życia objawił się w narracji nielinearnej. I tak dalej. Literatura nie zmienia się dlatego, że akurat ktoś postanowił dla zabawy wymyślić coś, czego jeszcze nie było. A publiczność tego nie lubi, jest w tyle o pół kroku i chce książek takich, jakie już czytała. Ludzie, którzy projektują reklamy książek, też to zauważyli. Literaturze potrzebny jest jakikolwiek ładunek oprócz piękna? To jest pytanie teoretyczne, nigdy nie mówiłam, że się na tym znam. Ale nie sądzę, żeby akurat piękno było sensem istnienia literatury. Dzięki literaturze dowiadujemy się, co czują inni ludzie. To jest sensem jej istnienia, a piękno? Pojęcie nieco mętne. Ale przyznaję, że czytam chętniej to, co jest ładnie napisane. A w swoich książkach: pracuje Pani nad melodią, rytmem już na poziomie zdania? Byłaby Pani skłonna zrezygnować z mocnego merytorycznie akapitu, ponieważ nie słychać w nim muzyki? W ogóle nie pracuję nad rytmem. Rytm sam pracuje nad sobą, a ja zajmuję się treścią. Nie opakowaniem, tylko zawartością. Jeśli już w ogóle coś piszemy, to przecież dla treści, nie dla melodii, prawda? Z drugiej strony, melodia pomaga w czytaniu, więc dobrze, że jest. Zrezygnować z czegoś z powodu rytmu? Problem wydaje mi się sztuczny. Każdą treść można wyrazić zgrabnie, więc po co by było skreślać? Skreślam dużo, bez bólu, ale nigdy z tak błahych powodów jak defekt formy. Poprawić defekt formy to żadna filozofia. Sądzi Pani, że piękno – w kontekście literatury, sztuki – jest kategorią skompromitowaną? Woli pani piękną muzykę czy byle jaką?... No właśnie. Więc z kompromitacją kategorii piękna to jednak przesada. W dodatku coś może być dla mnie piękne, a dla pani brzydkie, i to z różnych powodów. Inna rzecz, że kategorii piękna nie da się stosować z czystym sumieniem. Ustawia się Pani jakoś, skupia do pisania? Czy to czynność powszednia, ziemska, taka jak wszystkie inne pospolite czynności? Plan miałam ostatnio taki, żeby w ogóle nie pisać. A wyszło jak zawsze. Ale nigdy się nie ustawiałam do pisania jakoś specjalnie, ani się nie skupiałam. Nie mam nawet biurka. Nigdy nie miałam. Jeśli nie liczyć pewnych dwóch miesięcy, kiedy z powodu remontu mieszkałam u wydawczyni „Włoskich szpilek”. Tam miałam wygodne biurko i pokój do pracy. A u mnie laptop stoi w kuchni. Wydaje mi się, że na pani pytanie pisarki odpowiadałyby inaczej niż pisarze. To oni się skupiają, oni przeżywają słynne cierpienia nad pustą kartką. Kobieta ma za dużo spraw na głowie, nie stać jej na żadne męki twórcze. Ma inne problemy, na przykład, jak zmieścić pisanie w rozkładzie dnia. No i proszę, takie proste, niewinne pytanie, a odpowiedź od razu polityczna... Dlaczego wpadła Pani na pomysł, żeby w ogóle nie pisać?! Powody były pospolite. Postanowiłam wreszcie poszukać sobie uczciwej pracy, bo to całe pisanie wpędziło mnie w kłopoty finansowe. No i rzeczywiście dużo teraz pracuję, i żadnych kłopotów finansowych już od dawna nie miewam. Moją główną powinnością wcale nie jest pisanie. Tylko płacenie rachunków. Pisanie to fanaberia, pisarze ciągle się z tego tłumaczą. Nie brzmi to optymistycznie: kapryśna publiczność, brak uczciwego zajęcia... Dlaczego więc jednak Pani pisze? Pojawia się impuls, potrzeba zatrudnienia głowy, eskapizm, poczucie istotności jakiegoś problemu? Ja sama przez długi czas zadawałam sobie to pytanie i coraz bardziej nie umiałam odpowiedzieć. Potem zajęłam się czymś innym, była już o tym mowa. Teraz myślę, że wydawałam te książki, żeby być razem z innymi. Coś takiego wydarzyło się dopiero wtedy, kiedy wydałam „Włoskie szpilki”. Najróżniejsi ludzie mówią teraz, że to są także ich sprawy. To wielka przyjemność. Widocznie szukałam poczucia wspólnoty. Kobiety muszą starać się bardziej – to mit kultury czy gorzka prawda? Jako pisarka spotkała się Pani z jakimś rodzajem dyskryminacji, przesądu ze względu na płeć? Mam mało doświadczeń z pracą w zespole, gdzie takie rzeczy lepiej widać. Kiedyś pracowałam w szpitalu, ale to było dawno, w stanie wojennym. Wiadomo, jak wygląda szpital. Jest bardzo hierarchiczny, swojego miejsca w szeregu nikt nie przeskoczy, nawet gdyby chciał. Pielęgniarkami i salowymi są głównie kobiety, lekarzami głównie mężczyźni. No, lekarki też się trafiają. Ale rzadko są ordynatorami. Żadnej bezpośredniej dyskryminacji ze względu na płeć tam nie widziałam. Nie byłaby nawet potrzebna. Z samej natury tego porządku wszyscy i tak są podzieleni na kategorie. Prawdziwej, jawnej dyskryminacji nie ma wcale tak dużo w naszym życiu. Wygląda to raczej tak jak w szpitalu. A jak jest w literaturze? Różnie. Mam alergię na takie wyobrażenie, które chyba nie jest nawet bardzo rozpowszechnione: że jeśli kobieta, to niech pisze dla kobiet. Jest przegródka opatrzona napisem „literatura kobieca”, niejasnym, no bo jaka to? Pisana dla kobiet? Czy przez kobiety? A może to chodzi o romanse? A czy kobieta w ogóle jest w stanie napisać coś innego niż romans? A jeśli napisała? Może feministka? Kiedy mam z tym do czynienia, zaraz myślę, że „literatura kobieca” ma być czymś w rodzaju pokoju pielęgniarskiego. Ale nigdy mi nie przyszło do głowy, że kobiety w literaturze muszą się bardziej starać. To przecież w ogóle nie polega na staraniu się. Jak to, a nie jest tak, że właśnie następuje ten moment specyficznej kumulacji wszystkiego, co w pisarzu najlepsze – to nie jest staranie się? To książka musi się starać, nie autor. To ona wyciąga z nas to, co najlepsze. Jest Pani – jak mówił Konwicki – zbulwersowana pisząc? Zwykle jestem wtedy poruszona, wytrącona z równowagi, i to niekoniecznie akurat kiedy siedzę przy komputerze. Przede wszystkim kiedy rozmyślam, chodzę po ulicy, obieram kartofle. Poruszenie zabarwia całe moje życie w pewnych okresach. A w innych mam święty spokój, wtedy nic nie piszę. Pisarka to zawód wysokiego ryzyka? Jeśli zawód, to na pewno wysokiego ryzyka, niezależnie od płci. Publiczność jest kapryśna, rynek nieprzewidywalny. Lepiej dla pisarza i dla pisarki, żeby nigdy nie byli finansowo ani emocjonalnie zależni od swoich książek. Łatwo powiedzieć, prawda? Śmiejemy się z mistycyzmów, ale w spowiedziach pisarzy często pojawia się wątek „daniny za talent”. Sądzi Pani, że istnieje taka opłata? Każde zajęcie ma swoje ciemne strony. Jaki jest zatem ciemny rewers bycia pisarką? Wieść gminna niesie, że potrzebny jest rodzaj egoizmu. Podobno literatura jest zaborcza, pożera wszystko wokół. Sądzi Pani, że coś w tym jest? Nie, w tym akurat chyba nie. Pani książki są pełnomleczne, solidne myślowo, mocne merytorycznie. Przygotowuje się Pani do ich pisania w szczególny sposób? Mam na myśli lektury, archiwa, rozmowy z ludźmi. W jaki sposób powstawały „Włoskie szpilki”? Nie przygotowuję się, bo przecież nie ma tam nic, co można by sprawdzać w archiwach. Wykorzystywałam osobisty materiał, historie moje i rodzinne, przetworzone dla potrzeb literatury. Jeśli zmyślałam, to nie dla zabawy. „Szpilki” różnią się od tamtych książek tym, że nie ma w nich zmyślania i kamuflażu. Nie były przeznaczone do druku. Powstały przypadkiem. Najpierw ktoś zamówił opowiadanko. Byłam już wtedy zawalona pracą, ale akurat bardzo mnie poruszało coś mojego. Napisałam opowiadanie pod tytułem „Bronek”, po czym uznałam, że jest zbyt osobiste, więc je wycofałam i zamiast niego napisałam opowiadanie pod tytułem „Włoskie szpilki”. Ukazało się w polsko-niemieckiej antologii. Potem dla słoweńskiej gazety „Delo” napisałam opowiadanie pod tytułem „Fusy”. Były już trzy takie kawałki i pokazał mi się zarys całości, która domagała się domknięcia. W jakichś wolnych chwilach, bo naprawdę nie miałam dużo czasu, dopisałam pozostałe opowiadania. Dopiero kiedy były już wszystkie, dotarło do mnie, że znowu napisałam powieść. I przestraszyłam się. Ale tym razem nie było czego. 
MAGDALENA TULLI (właśc. Maddalena Flavia Tulli) jest polską pisarką. Urodziła się w 1955 roku w Warszawie. W dzieciństwie mieszkała w Warszawie i Mediolanie. Autorka książek: „Sny i kamienie”, „W czerwieni”, „Tryby”, „Skaza”, „Kontroler snów” (jako Marek Nocny) oraz „Włoskie szpilki”. Wydała również niepowieściową pracę „Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści” (razem z Sergiuszem Kowalskim). Laureatka Nagrody im. Kościelskich (1995), Nagrody Literackiej Gdynia oraz Nagrody Literackiej Gryfia, przyznanej po raz pierwszy w 2012 roku. Czterokrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike. Jej książki były tłumaczone na angielski, francuski, niemiecki, rosyjski, chorwacki, słoweński, czeski, węgierski, włoski, szwedzki i łotewski.

AGNIESZKA WOLNY-HAMKAŁO jest poetką, krytyczką literacką i publicystką. Opublikowała sześć książek poetyckich. Ostatnio ukazał się tom „Nicon i leica” (Poznań 2010).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]