Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wszyscy chcą mieć rówieśników

Wszyscy chcą mieć rówieśników

27.09.2012
Czyta się kilka minut
Ks. Andrzej Augustyński: Jako dziecko nie byłem specjalnie pobożny. Miałem natomiast potrzebę zmieniania świata i świadomość, że do tego Pan Bóg jest absolutnie niezbędny.
Ks. Andrzej Augustyński CM (ur. 1963) jest przedsiębiorcą społecznym, Przewodniczącym Zarządu Stowarzyszenia SIEMACHA i Fundacji Rozwoju Społecznego DEMOS oraz społecznym doradcą Prezydenta Miasta Krakowa Fot. Grażyna Makara
M

MARCIN ŻYŁA: Czy pamięta Ksiądz swoje pierwsze podwórko? KS. ANDRZEJ AUGUSTYŃSKI: Byłem jedynakiem, więc rówieśników musiałem szukać poza domem. Najpierw były to moje kuzynki i kuzyni, z którymi w dzieciństwie spędziłem cudowne chwile. Wspólne zabawy odbywały się raczej w zasięgu wzroku mamy. Z tamtych czasów pamiętam wielki i pachnący ogród mojej babci Wiktorii, a także wyjazdy na wieś, do rodzinnej posiadłości ojca w Odporyszowie, niedaleko Tarnowa. To tam wysłuchałem wszystkich najważniejszych rodzinnych opowieści. Kiedy tylko zdobyłem odrobinę niezależności, chętnie wymykałem się do nowych kolegów i koleżanek. To było już prawdziwe podwórko – miejsce beztroskiej zabawy i równocześnie wielki tygiel rówieśniczych relacji. Nowi ludzie, nowe wyzwania, nowe doświadczenia… Lubiłem wtedy puszczać latawce, grać w piłkę i jeździć na łyżwach. Ale prawdziwym atrybutem wolności był rower. To on pozwalał mi odkrywać nowe miejsca coraz dalej od domu. Czym różniły się tamte dzieci od współczesnych? Inny był świat wokół nich. Były to czasy wszechobecnej przemocy. To raczej kontrowersyjny pogląd, ponieważ dominują głosy, że przemoc narasta. Nic na to nie poradzę: inaczej zapisało się to w mojej pamięci. Urodziłem się w 1963 r., a więc osiemnaście lat po zakończeniu wojny. Z mojej obecnej perspektywy to zaledwie osiemnaście lat... Moje pokolenie, kompletnie tego nieświadome, musiało zostać podstępnie zainfekowane wirusem wojny. W szkole podstawowej biliśmy się niemalże na każdej przerwie. Zastraszanie było społeczną normą. Takie też było całe ówczesne państwo: obce, zakłamane i pełne przemocy. Tego typu porównania nigdy nie są jednoznaczne. I wtedy, i teraz przemoc była i jest wielkim problemem społecznym w Polsce. Kiedy byłem mały, byliśmy również całkowicie odcięci od świata. Pozostawało jedynie radio Wolna Europa i płyty z muzyką rockową, które wypożyczaliśmy sobie nawzajem od kolegów w szkole. O czym Ksiądz marzył, gdy był dzieckiem? A może inaczej: gdyby już wtedy istniała SIEMACHA, do której pracowni zaszedłby Ksiądz w pierwszej kolejności? Byłem typem marzyciela z wyraźnym zmysłem praktycznym. W latach 70. opowiedziałem mojemu kuzynowi, który wtedy uczył się w technikum telekomunikacyjnym, o mojej wizji telefonu bezprzewodowego. Wyśmiał mnie wtedy. Fascynowała mnie także motoryzacja w każdej postaci, więc wciąż marzyłem o kupowaniu kolejnych pojazdów. Do dziś uwielbiam się ścigać. Ostatnio całkiem sprawnie doganiałem quadem wielokrotnego mistrza Polski w rajdach enduro Rafała Sonika, kiedy ścigaliśmy się na Pustyni Błędowskiej. Kiedy byłem mały, nie marzyłem natomiast o tym, aby zostać księdzem. Nie byłem nawet specjalnie pobożny, w znaczeniu pobożności rozumianej jako wysiadywanie w kościele. Miałem natomiast silną potrzebę zmieniania świata i świadomość, że do tego Pan Bóg jest absolutnie niezbędny. „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze Ziemi. Tej Ziemi” – mówił papież w 1979 r. na pl. Zwycięstwa. To Bóg ma moc zmiany świata, a nie ludzie czy organizacje. Kiedy więc podczas pogrzebu Jana Pawła II na placu św. Piotra w Rzymie zobaczyłem transparent z napisem „Odnowimy oblicze ziemi. Solidarność” pomyślałem, że to zwykła uzurpacja. Patrząc na dzieci i młodzież, które dziś przychodzą do SIEMACHY, odnajduje Ksiądz w młodych cechy własnego pokolenia sprzed lat? Jest sporo różnic. Świat wokół bardzo się zmienił i odcisnął silne piętno na pokoleniu obecnych nastolatków. Ale wydaje mi się, że dominują podobieństwa. Wspólna jest potrzeba posiadania środowiska rówieśniczego. Jego charakter i jakość przesądzają o wielu rzeczach na przyszłość. No i oczywiście rodzina, która powinna być przede wszystkim źródłem dumy albo, inaczej mówiąc, poczucia wartości... Tak jak Ojczyzna! Tego nie da się niczym zastąpić. Opowieści rodzinne o Janie Augustyńskim, który był dyrektorem Gimnazjum Macierzy Szkolnej w Gdańsku, czy Zygmuncie, który w Warszawie stworzył nowoczesną polską prasę w okresie międzywojennym, a potem gnił w komunistycznym więzieniu we Wronkach, wywarły na mnie gigantyczny wpływ. Na podwórkach SIEMACHY istotną rolę spełniają liderzy – młodzież, która przekazuje ideały swoim rówieśnikom. To z jej pomocą wychowankowie wchodzą w świat zobowiązań, uczą się szanować dane słowo, poznają zasady. W jaki sposób uczył się tego wszystkiego Ksiądz? Bardzo wielu rzeczy nauczyłem się sam: pływać, jeździć na nartach, wiązać krawat i programować komputer ZX Spectrum. To była nauka przez podglądanie świata i ludzi. Znaczną część tej pożytecznej wiedzy zdobyłem poza szkołą. Dlatego nie przepadam specjalnie za szkołą w jej współczesnej formie. Nie przypominam sobie, żebym do czasu zdania matury miał kogoś, kto byłby moim liderem lub – tym bardziej – idolem. Ale na studiach wszystko się zmieniło. Kimś takim stał się ks. Józef Tischner. Wprawdzie był dokładnie w wieku mojego ojca, ale siła, z jaką na mnie wpływał, była jak tsunami. Tischner „wgrał” mi nowe oprogramowanie do rozumienia świata, zmienił mnie radykalnie i nieodwracalnie. Kiedy rozmawialiśmy w maju, mówił Ksiądz, że jako wychowawca zawsze zwracał uwagę na estetykę. W którym momencie życia piękno stało się takie ważne? Estetką jest moja mama. Odkąd pamiętam, zwracała uwagę na formy i proporcje. Może nawet przesadnie. Ojciec jest typem pedanta, który nie usiądzie na ławce w parku, zanim nie przetrze jej chusteczką. Mam to pewnie po nich. Powiedziałbym, że teraz reprezentujemy różne style estetyczne: mama lubi zdobne wnętrza, ja zakochałem się w architekturze minimalistycznej. Jedno na szczęście mamy wspólne z rodzicami: jesteśmy „rydzykoodporni”. I twierdzę, że to też jest kwestia estetyki. SIEMACHA jest dla mnie źródłem całkowicie nowego odkrycia, że jakość jest sposobem na okazywanie szacunku. Szczególnie dotyczy to dzieci, które los spychał na boczny tor. Dając im rzeczy dopracowane, najlepszej jakości, mówimy im, że nam na nich zależy. Do SIEMACHY, tak za Księdzem mówią już teraz wszyscy, „dziecko przychodzi po nową twarz”. Czy jako dziecko również Ksiądz odczuwał potrzebę uczestnictwa w środowisku, które nadałoby mu nową tożsamość? Jasne! Dom był dla mnie jak port z latarnią morską. Ale w głębi duszy zawsze czułem, że navigare necesse est. Od dzieciństwa bardzo lubię podróżować. Jako dziecko jeździłem często z rodzicami nad polskie morze i na Dolny Śląsk. Jako nastolatek przemierzyłem większość szlaków w Tatrach. Ale największa przygoda mojego życia rozpoczęła się w 1986 r. na Malcie, dokąd dotarłem samodzielnie po okresie kilkuletniej korespondencji z poznanymi w Krakowie Maltańczykami. Było to możliwe tylko dlatego, że jako dziecko chodziłem na zajęcia języka angielskiego do Pałacu Młodzieży w Tarnowie. Na początku lat 80. mówiłem już dobrze po angielsku i była to moja przepustka do świata. Z kolejnych wyjazdów wracałem z nowymi adresami, przeżyciami i smakami. I pewnie również z nową twarzą...

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Marcin Żyła jest dziennikarzem, a od stycznia 2016 r. również zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Do zespołu pisma dołączył przed ośmioma laty. Od początku europejskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]