Reklama

Wolni od zarazy

Wolni od zarazy

w cyklu Strona świata
11.04.2020
Czyta się kilka minut
W malejącej liczbie miejsc, do których nie dotarł zabójczy SARS-CoV-2, wciąż znajdują się pustynna Turkmenia i położony na dachu świata Tadżykistan, tragikomiczne satrapie, gdzie tyrani sposobią się, by władzę przekazać synom.
Hala targowa w Aszchabadzie (Turkmenia), 8 kwietnia 2020 r. / Fot. Igor Sasin / AFP / East News
Z

Z prawie dwustu państw, wirus i wywołana przez niego epidemia nie dotarły głównie do położonych na końcu świata, rozrzuconych na bezkresnym Pacyfiku, wyspiarskich republik Mikronezji, Samoa, Kiribati, Vanuatu, Tuvalu czy Nauru. Kilka dni temu do kurczącego się grona szczęśliwców należał też ogarnięty wojną domową Jemen, ale w tym tygodniu i tam, w Hadramaucie, zanotowano pierwszy przypadek zakażenia. Z trójki wolnych od wirusa krajów w Afryce wypadła też wyspiarska republika Wysp Świętego Tomasza i Książęcej. Pozostałe dwa broniące się przed epidemią afrykańskie państwa to wyspiarskie Komory i królestwo Lesotho, położone wysoko w górach Maloti i Smoczych, otoczone ze wszystkich stron przez Południową Afrykę, będącą na Czarnym Lądzie epicentrum zarazy.

Według oficjalnych zapewnień wirus nie przedostał się też do Korei Północnej, komunistycznej satrapii, rządzonej przez trzecie pokolenie z dynastii Kimów (Kim Ir Sen panował w latach 1946-94, a po nim nastali jego syn Kim Dzong Il (1994-2011) i wnuk, miłościwie panujący Kim Dzong Un). Wolnymi – przynajmniej oficjalnie – od wirusa są także pustynna Turkmenia i górzysty Tadżykistan, wyrosłe na gruzach Związku Radzieckiego, a pod względem ustrojowych porządków i politycznych zwyczajów upodabniające się do północnokoreańskiego wzoru.

Celne strzały Opiekuna

Za przykładem Koreańczyków z Phenianu turkmeńscy przywódcy przybierają przydomki, które stają się ich oficjalnymi tytułami. Pierwszy prezydent i założyciel niepodległej od 1991 roku Turkmenii, były komunistyczny sekretarz Saparmurad Nijazow (1985-2006) kazał się tytułować „Turkmenbaszą – Przywódcą Wszystkich Turkmenów". Po jego śmierci na aszchabadzkim tronie zastąpił go jego cyrulik, Kurbanguli Berdymuhammedow, który przybrał oficjalny tytuł „Arkadaga-Opiekuna”.

Jak przystało na „Opiekuna” swoje, trwające drugie dziesięciolecie panowanie Berdymuhammedow okrzyknął epoką „zdrowia, mocy i szczęśliwości”. Jego poprzednik, „Turkmenbasza” napisał „Ruchnamę”, świętą księgę i elementarz turkmeńskiej tożsamości. „Opiekun” twórczo wciela ją w życie, przekonując rodaków, że w zdrowym turkmeńskim ciele zdrowy będzie również turkmeński duch.

Sam od lat daje przykład krajanom, uprawiając – przed kamerami rządowej telewizji – rozliczne dyscypliny sportu i odnosząc we wszystkich najbardziej spektakularne sukcesy. Popisuje się jazdą konną, gimnastyką, dźwiga ciężary, wygrywa wszystkie samochodowe rajdy (dokonując przy okazji technicznych wynalazków: usprawniając silniki i skrzynie biegów). Strzela i trafia zawsze wyłącznie w środek tarczy z każdego rodzaju broni palnej, łuków czy kusz. Jedną z ulubionych dyscyplin „Opiekuna” jest kolarstwo, a podczas transmitowanych przez rządową telewizję wyścigów i parad prezydent wypada zawsze najpiękniej i zawsze wygrywa.

Fascynacja „Opiekuna” tężyzną i sprawnością fizyczną oraz zdrowiem sprawia, że 7 kwietnia, obchodzony jako Światowy Dzień Zdrowia, obchodzony jest w Turkmenii jak sportowy karnawał, a jego punktem kulminacyjnym jest rowerowa przejażdżka tysięcy kolarzy ulicami stołecznego Aszchabadu. W tym roku rowerową kawalkadę zamierzano przeprowadzić mimo przestróg Światowej Organizacji Zdrowia i szalejącej na świecie epidemii.

W poniedziałkowy wieczór, jak co roku, ciężarówki zwoziły tysiące rowerów na aszchabadzką aleję Czandybil, z której zwykle zaczynała się parada. Ale we wtorek rano te same ciężarówki wywiozły rowery w nieznanym kierunku. 

Turkmeńskie źródła podają sprzeczne informacje. Niezależna, wychodząca w Wiedniu gazeta internetowa „Kronika Turkmenistanu” twierdzi, że w tym roku w Aszchabadzie nikt żadnych rowerzystów nie widział. Nigdzie nie widziano też studentów ani uczniów, którzy zwykle stoją wzdłuż alei, pozdrawiając kolarzy państwowymi flagami. Nie widziano też policjantów, którzy pilnują, by wszyscy uczestnicy parady zachowywali się jak trzeba.

Rządowa telewizja pokazała jednak ubranych w jednakowe sportowe dresy i jadących w równiuśkich szeregach rowerzystów i podała, że w stołecznej paradzie wzięło udział prawie cztery tysiące osób. Dwa razy tyle ludzi uczestniczyło w paradach i zawodach sportowych, pokazach akrobatyki, judo, zapasów i boksu, wyprawionych z okazji Światowego Dnia Zdrowia na stadionach, boiskach i w parkach w całym kraju.


Polecamy: "Strona świata"  specjalny serwis z analizami i reportażami Wojciecha Jagielskiego


Sprzeczne wieści zgadzają się w jednym – w tym roku rowerowej paradzie nie przewodził „Opiekun”. Turkmeński przywódca uczcił Dzień Zdrowia przejażdżką na ulubionym koniu Gyratymie. Potem wpadł na chwilę do ministerstwa policji, na tamtejszą strzelnicę, żeby postrzelać do celu – znów trafiał wyłącznie w środek tarczy – a wieczorem udał się na przejażdżkę rowerową z synem-jedynakiem, przygotowywanym do przejęcia tronu 38-letnim Serdarem, godzącym od lutego obowiązki hakima (wojewody) otaczającego Aszchabad wilajetu Ahalskiego z obowiązkami ministra przemysłu i budownictwa. Wszystko to, ma się rozumieć, pokazała rządowa telewizja, a rządowa agencja informacyjna opatrzyła wiadomości komentarzem, że turkmeński przywódca daje najlepszy przykład, że sport to zdrowie i że Turkmenia mogła sobie pozwolić na obchody Dnia Zdrowia, ponieważ w przeciwieństwie do innych krajów świata, „dzięki zawczasu podjętym działaniom władz, sytuacja epidemiologiczna w kraju pozostaje spokojna”.

W Turkmenii słowa „wirus” się nie używa. Ani rządowa telewizja, ani gazety, ani urzędnicy. „Opiekun” wcale tego nie zabraniał, jak rozpisywano się w zagranicznych gazetach. Urzędnicy i dziennikarze sami odgadli, że życzeniem władz było, aby słowa „wirus” nie używać, gdyż wprowadza ono wśród obywateli niepotrzebny niepokój: wywołuje panikę.

Tajna policja podsłuchiwała rozmowy w kilometrowych kolejkach przed sklepami, na bazarach i w zatłoczonych autobusach, a osoby mówiące o wirusie i epidemii były zatrzymywane i przeprowadzano z nimi rozmowy wychowawcze i uświadamiające. Policjanci zatrzymywali też na ulicach każdego, kto w miejscach publicznych pojawiał się z twarzą zasłoniętą maską ochronną. Takim obywatelom również tłumaczono, że zakładając maskę wzbudzają niepotrzebnie sensację i niepokój wśród przechodniów.

3 kwietnia, podczas transmitowanego, ma się rozumieć, przez rządową telewizję posiedzenia rady ministrów, „Opiekun” po raz pierwszy użył publicznie słowa „wirus”, narzekając, że wywołana przez niego epidemia spowodowała kłopoty gospodarcze w wielu krajach i że Turkmenia, choć wolna od wirusa, również może z tego powodu ucierpieć.

Turkmeńska gospodarka, uzależniona niemal całkowicie od zysków ze sprzedaży gazu ziemnego, od kilku już lat przeżywa poważne kłopoty. Spadek cen – spowodowany także przez epidemię – surowców energetycznych, a także groźba samej epidemii może te kłopoty tylko powiększyć. Mimo rządowych statystyk, dowodzących, że kraj rośnie w siłę, a pięciu milionom obywateli żyje się coraz dostatniej, turkmeńska codzienność staje się z każdym miesiącem trudniejsza. Epidemia zamknęła na głucho granice państw, z których Turkmenia sprowadzała praktycznie wszystkie potrzebne do życia towary – z Iranu, Chin, Kazachstanu, Uzbekistanu. Kłopoty z zaopatrzeniem wywołały niespotykane antyrządowe protesty. Na początku kwietnia w wilajecie lebapskim i w mieście Mary, dziedzicu starożytnego Merwu, zrozpaczoni i wściekli mieszkańcy zablokowali wiodącą do Aszchabadu drogę, żądając, by władze dostarczyły do sklepów choćby podstawowe towary. Władze spodziewały się najwyraźniej protestów, bo natychmiast wprowadziły kartki na żywność w Lebapie, a protest w Mary rozbroiły rozdając każdemu z demonstrantów po dwa kilogramy mąki. W marcu w całym kraju wprowadzono też limity wypłat gotówki z bankomatów i rachunków bankowych oraz zarządzono, że pracownicy zagranicznych firm, otrzymujący dotąd zapłatę w dolarach czy euro, będą mieli ją przeliczaną na turkmeńskie manaty po oficjalnym kursie, pięciokrotnie gorszym niż „czarnorynkowy”. W podobny sposób mają być również wypłacane pieniądze z rachunków oszczędnościowych w obcych walutach.

„Opiekun” chwali się, że izolacja Turkmenii, którą tak mu wytykają na Zachodzie, okazała się dla jego kraju najlepszą ochroną przed wirusem. Od początku swego istnienia Turkmenia cieszy się złą sławą kraju, do którego cudzoziemcom wjechać niemal nie sposób. Równie trudno jest Turkmenom wyjechać z ojczyzny za granicę. Już w lutym, korzystając z pretekstu, jakim była epidemia wirusa w sąsiednim Iranie, „Opiekun” kazał zamknąć granicę z tym krajem (ponad tysiąc kilometrów) oraz zarządził, by wszystkie samoloty, lądujące dotąd w Aszchabadzie, kierowały się do odległego Turkmenabadu, pod uzbecką granicę, gdzie na pustyni urządzono namiotowe miasteczko, do którego na obowiązkową kwarantannę kierowano wszystkim przybywających pasażerów.

Zaostrzono też i tak już rygorystyczne przepisy regulujące, a w praktyce utrudniające, podróże Turkmenów po własnym kraju. Od marca do Aszchabadu i innych miast wpuszczano wyłącznie osoby, posiadające miejscowy meldunek. Ostatnio złagodzono ten przepis, ale wciąż żeby wjechać do stolicy podróżni muszą zaopatrzyć się na drogę w aktualne badania lekarskie, a przed wjazdem do miasta na którymś z policyjnych posterunków poddać się badaniu temperatury.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Etiopia, wybory na później


Władze ogłosiły, że w przyjęciach weselnych może uczestniczyć najwyżej 200 weselników, a w czynnych wciąż restauracjach czy kawiarniach przy jednym stoliku może siedzieć najwyżej 6 osób. Po przedłużonych – bez podania powodu – o tydzień wiosennych feriach w tym tygodniu uczniowie wrócili do zdezynfekowanych pod ich nieobecność szkół (rachunki za dezynfekcję wystawiono rodzicom), a pod koniec marca jak zwykle hucznie obchodzono perski Nowy Rok. Na obawy, podnoszone przez urzędników z Lebapu, że świętowanie może okazać się niebezpieczne dla zdrowia, zastępca od spraw kultury stwierdził, że są przejawem niepotrzebnej paniki, a władze będą uznawać podobne apele za „próbę sabotażu przedsięwzięć o znaczeniu państwowym”.

Gole dla Niepodległości

Dzieci wróciły po wakacjach do szkół także w 9-milionowym Tadżykistanie, rządzonym od 1992 roku nieprzerwanie przez Imama Alego Rahmana, dobiegającego siedemdziesiątki byłego dyrektora kołchozu, wyniesionego do władzy wskutek wojny domowej z lat 1992-97. Tadżyccy rządzący, podobnie jak ich koledzy z Aszchabadu, upierają się, że wirus do ich kraju nie dotarł.

Imam Ali Rahman, noszący za czasów Związku Radzieckiego zruszczone nazwisko Rachmonowa, odwołuje się dziś do tradycji perskich Samanidów i tegorocznego perskiego Nowego Roku nie świętowano nigdzie tak hucznie jak w Tadżykistanie.

Na początku kwietnia tadżyckie władze zezwoliły nawet na wznowienie rozgrywek ligowych w piłkę nożną. Tadżycy przestraszyli się jednak chyba własnej odwagi, bo tuż przed inauguracją sezonu ogłosili, że mecze będą rozgrywane bez kibiców na widowni. Tadżyccy piłkarze i piłkarskie kluby należą do najsłabszych na świecie, ale wobec wstrzymania wszystkich innych rozgrywek (w piłkę nieprzerwanie gra się wciąż m.in. na Białorusi, w Burundi, w Nikaragui), europejskie telewizje, żeby zadowolić wyposzczonych kibiców, pokupowały prawa do transmisji meczów z Tadżykistanu.

Pierwszy mecz o Super Puchar wygrała drużyna Istiglal-Niepodległość z Duszanbe, w której przez wiele lat grał i strzelał bramki najstarszy syn prezydenta, Rustam Imam Ali. Od czterech lat 32-letni dziś Rustam jest burmistrzem Duszanbe, a od lutego także senatorem. Jeśli pozostali senatorowie wybiorą go na marszałka – a tadżyckie wróble ćwierkają o tym od dawna – stanie się drugim po ojcu najważniejszym politykiem kraju i następcą prezydenta, gdyby ten złożył urząd lub nie mógł dłużej go pełnić.

Rządzący z Duszanbe zapewniają rodaków, że uchronią ich przed epidemią, która dotknęła wszystkich ich sąsiadów, Chiny, Afganistan, Kirgizję, Uzbekistan. Tadżycy pozostają jednak pełni obaw i troski. Na początku kwietnia w wilajecie sogdyjskim na północy kraju umarł na zapalenie płuc mężczyzna, który kilka dni wcześniej uczestniczył w weselu w Kirgizji (tadżycki wilajet sogdyjski leży w Kotlinie Fergańskiej, dzielonej z Kirgizją i Uzbekistanem). Władze zapewniają, że przyczyną śmierci nie był żaden wirus, lecz zwykłe zapalenie płuc. Ale to samo mówiły przez całe tygodnie władze Rosji, które dziś zapowiadają, że chorych na zapalenie płuc będą jednak liczyć jako ofiary wirusa.

Tadżycy martwią się, bo nawet jeśli epidemia ominie ich kraj, to nie minie ich z pewnością bieda. Wiosną, jak co roku, setki tysięcy Tadżyków wybierało się do Rosji do pracy jako sezonowi robotnicy na tamtejszych budowach czy polach uprawnych. Według moskiewskich obrachunków w zeszłym roku przybyło do Rosji nawet ponad milion imigrantów zarobkowych z Tadżykistanu. Epidemia wirusa i zamknięte granice Rosji pozbawią Tadżyków zarobku, a ich rodziny podstawowego źródła utrzymania, jakim w ostatnich latach były przysyłane z Rosji ruble.

CZYTAJ WIĘCEJ:

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Artykuł prawdziwie podnoszący na duchu. Na tym tle nasz basza o przydomku zbawca narodu, jawi się jako człowiek całkiem sympatyczny.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]