Reklama

Wiktoriańskie zombie

Wiktoriańskie zombie

30.10.2017
Czyta się kilka minut
Czy nasi przodkowie mieli zamiłowanie do makabrycznego fotografowania zwłok upozowanych na żywych ludzi? Sprawdzamy internetowy mit.
To zdjęcie bywa publikowane z błędną informacją, że dziewczynka pośrodku nie żyje – miałby na to wskazywać stojak za jej nogami oraz retusz jej oczu. Jednak nie da się w ten sposób upozować zwłok. Zdjęcie z 2. poł. XIX w., studio Robson, Petrolia, Kanada
To zdjęcie bywa publikowane z błędną informacją, że dziewczynka pośrodku nie żyje... / zdjęcie z 2. poł. XIX w., studio Robson, Petrolia, Kanada
E

Era wiktoriańska to były chore czasy” – tak zaczyna się tekst w jednym z nastawionych na wysoką klikalność serwisów internetowych, poświęcony pośmiertnej fotografii. Ze zdumieniem oglądam zamieszczoną tam galerię: kilkanaście zdjęć przedstawia w rzeczywistości żywych (wówczas) ludzi. A jedno jest nawet autoportretem znanego pisarza!

A to tylko jeden z wielu podobnych materiałów krążących w sieci. Mity w internecie rozprzestrzeniają się bardzo szybko. Chwytliwe opowiastki i obrazki krążą po portalach, rozchodzą się wirusowo, i bardzo trudno oddzielić fakty od fake newsów albo legend miejskich. Jednym z tego typu mitów jest kwestia "wiktoriańskich fotografii post mortem": dziewiętnastowieczne zdjęcia zdobią sensacyjne posty, z których wynika, że nasi przodkowie mieli zamiłowanie do makabrycznego fotografowania zwłok upozowanych na żywych ludzi.

Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę frazę "Victorian Post-Mortem Photography", a w wynikach wyświetli nam się mnóstwo artykułów. Niektóre nastawione są na wywołanie sensacji (o czym świadczą tytuły, takie jak "Upiorne zdjęcia epoki wiktoriańskiej!", albo "W XIX wieku ludzie robili TO z ciałami zmarłych") inne zaś starają się ukazać omawiane zjawisko w sposób bardziej naukowy. Lecz i tak w zasadzie we wszystkich przypadkach możemy trafić na ilustracje, które budzą wątpliwości, czy też po prostu powielają pewne mity (czego przykładem może być nawet materiał w BBC).

Oczywiście anglojęzyczne publikacje wiele polskich serwisów wykorzystało jako źródło inspiracji. Niemalże w każdym przypadku w tekstach tych fakty mieszają się z mitami. Ile w tych rewelacjach jest prawdy? Które zdjęcia są rzeczywiście fotografiami zmarłych, a które niesłusznie otrzymały taką etykietkę?

Fakt: w XIX wieku rzeczywiście fotografowano zmarłych

Być może sam obyczaj fotografowania zmarłych, nie mówiąc już o rodzinnym pozowaniu do wspólnego zdjęcia z ciałami, może nam się dziś wydawać upiornym pomysłem; niewątpliwie od XIX wieku nastąpiła znacząca zmiana kulturowa, jeżeli chodzi o postrzeganie śmierci. Dziś śmierć się ukrywa, spycha się ją ze społecznej świadomości; umiera się dyskretnie, za szpitalnym parawanem, a potem na pogrzebie coraz rzadziej pojawia się otwarta trumna, zaś coraz częściej – urna, która w pewnym sensie usuwa z naszej wyobraźni ideę martwego ciała. Myślimy o zmarłych w kontekście prochów, a nie zwłok.

 Adam Mickiewicz na łożu śmierci - Stambuł, 1855, Zbiory Specjalne, Biblioteka Naukowa PAU i PAN w Krakowie, fot. www.pauart.pl
Fotografia post mortem była także upamiętnieniem ostatnich chwil słynnych osób: Adam Mickiewicz na łożu śmierci - Stambuł, 1855, Zbiory Specjalne, Biblioteka Naukowa PAU i PAN w Krakowie, fot. www.pauart.pl
 A. Oleszczyński, "Przed złożeniem do trumny Adam Mickiewicz zgasł w Carogrodzie [...]", staloryt, 1861, Biblioteka Narodowa, fot. www.polona.pl
O popularności pośmiertnych portretów znanych osobistości świadczy zwyczaj reprodukowania ich w formie grafik: A. Oleszczyński, "Przed złożeniem do trumny Adam Mickiewicz zgasł w Carogrodzie [...]", staloryt, 1861, Biblioteka Narodowa, fot. www.polona.pl

Oczywiście, teoretycznie oglądamy sceny śmierci oraz ludzkie martwe ciała lub ich fragmenty, realistycznie ukazane w filmach. Ale ten realizm jest bardzo pozorny, bo przecież doskonale wiemy, że to tylko ucharakteryzowani aktorzy albo sugestywnie wykonane rekwizyty. Śmierć w filmie jest efektem specjalnym, i tak też chyba ją traktujemy – a zdjęcia prawdziwych martwych ludzi zaczynamy w rezultacie postrzegać jako coś bardzo drastycznego.

Dawniej, rzecz jasna, było zupełnie inaczej: śmierć była naturalnym etapem życia, którego nie wyrzucano na siłę z obrazu codzienności. Ludzie częściej niż dziś umierali we własnych domach, w otoczeniu swoich bliskich. Nikt nie uważał na przykład, że dzieci trzeba chronić przed widokiem zwłok ich krewnych. Wysoka była śmiertelność wśród samych dzieci, umierały w domach młode kobiety w trakcie albo po porodzie. Fotografowanie osób zmarłych nie wynikało z niezdrowego zamiłowania do makabreski, ale bardzo często było po prostu jedyną okazją do zachowania czyjegoś wizerunku. Stąd także nieco upiorny z naszego punktu widzenia zwyczaj pozowania całej rodziny wokół martwego ciała – w przypadku dzieci często bywała to jedyna fotografia całej gromadki rodzeństwa do rodzinnego albumu. 

Trzeba jednak powiedzieć wyraźnie: zdecydowana większość fotografii post mortem nie udaje, że na zdjęciu są żywi ludzie! Najczęściej zmarła osoba fotografowana była w trumnie lub na łożu śmierci, często w otoczeniu kwiatów. Najbardziej „naturalnie” mogą wyglądać zdjęcia zmarłych dzieci, ponieważ małe ciałko łatwo było ubrać i ułożyć np. na fotelu czy na kolanach matki (najczęściej ubranej w żałobny strój, co też jest czytelną wskazówką). Jednakże w większości przypadków naprawdę nie ma wątpliwości, kto na danym zdjęciu jest uwieczniony po śmierci.

Kiedy zatem popełniamy błąd?

Mit pierwszy: stojak trzyma ciało

Najczęściej powtarzającym się błędem wśród tropicieli makabrycznych zdjęć „żywych zmarłych” jest założenie, że stojaki stabilizujące, powszechnie używane w XIX-wiecznych zakładach fotograficznych, miały na celu utrzymanie w pionie martwego ciała. Otóż prawda jest taka, że tego typu statyw nie byłby w stanie dźwignąć ciężaru zwłok (zapewne nawet dziecięcych), a już zwłaszcza utrzymać w pionie głowy modela. Po co zatem były te konstrukcje? Ano po to, aby żywy model się nie poruszył.

 widać tu powszechnie używany wówczas stojak, często błędnie dziś opisywany są jako wyposażenie służące fotografowaniu zwłok. 1893 / fot. Wikimedia Commons
Fotomontaż ukazujący fotografa przy pracy, a jednocześnie w roli modela: widać tu powszechnie używany wówczas stojak, często błędnie dziś opisywany są jako wyposażenie służące fotografowaniu zwłok. 1893 / fot. Wikimedia Commons

W dobie błyskawicznych fotografii, w czasach gdy nawet w telefonie mamy stabilizator obrazu, zapominamy często, jak od strony technicznej wyglądało zrobienie zdjęcia  w XIX wieku. Fotografia narodziła się, gdy pojawił się pomysł, by utrwalić obraz rzeczywistości, uzyskiwany w urządzeniu zwanym camera obscura (znanym, nawiasem mówiąc, już od starożytności). Uważa się, że pierwszą fotografią był widok z okna w Le Gras, który Joseph-Nicéphore Niépce wyprodukował w 1826 roku, utrwalając obraz z camera obscura dzięki eksperymentom z substancjami światłoczułymi. Uzyskana w ten sposób fotografia jest dość nieczytelna… nie wiadomo, jaki w tym przypadku był czas naświetlania, ale z pewnością długi. Badacze uważają, że było to od ośmiu godzin do kilku dni!

Joseph-Nicéphore Niépce, Widok z okna w Le Gras, 1826, fot. Wikimedia Commons
Joseph-Nicéphore Niépce, Widok z okna w Le Gras, 1826, fot. Wikimedia Commons

To oczywiście nie bardzo nadawało się do uwieczniania ludzi, ale prace nad nowym wynalazkiem szybko się posuwały i już wkrótce, dzięki udoskonaleniu procesów fotochemicznych, można było w znacznie krótszym czasie uzyskać dagerotyp, czyli unikatowy obraz na metalowej płytce (wynalazek oficjalnie udostępniono w 1839 r.). Początkowo czas naświetlania konieczny do wykonania dagerotypu wynosił około kwadransa, z czasem oczywiście udawało się go coraz bardziej zredukować.

Mimo wszystko, zadajmy sobie pytanie: kto z nas wytrzymałby zupełnie bez drgnięcia nawet nie przez kilkanaście, ale choćby przez kilka minut?

Z tego właśnie powodu fotografowie robili wszystko, aby ułatwić modelom utrzymanie koniecznego bezruchu: najlepiej było przyjąć pozycję siedzącą (jeśli stojącą, to z jakimś podparciem), a dodatkowo można było ustabilizować głowę za pomocą owych stojaków. Szczególnie często używano takich pomocy w przypadku dzieci, ponieważ najmłodsi mieli problem z trwaniem w bezruchu podczas fotografowania. Przy zdjęciach zbiorowych stojak pomagał tej osobie, która miała pozostać na stojąco; czasem także mogło się zdarzyć, że starsze dzieci nie potrzebowały oparcia, ale dla najmłodszego trzeba było użyć statywu.

Nie ma jednak możliwości, aby stojak taki utrzymał w pionie martwe ciało.

Stojak widoczny za modelem bywa błędnie opisywany jako dowód, że fotografowana osoba nie żyje. To zdjęcie, z pewnością ukazujące żywego, powielane jest w wielu publikacjach jako rzekoma fotografia post mortem (źródło nieznane)
Stojak widoczny za modelem bywa błędnie opisywany jako dowód, że fotografowana osoba nie żyje. To zdjęcie, z pewnością ukazujące żywego, powielane jest w wielu publikacjach jako rzekoma fotografia post mortem (źródło nieznane)

Mit drugi: retusz świadczy o śmierci, podobnie jak sen

Każdy, rzecz jasna, chce na zdjęciu wyglądać jak najlepiej – odkąd istnieje fotografia, odtąd także funkcjonuje retusz. Od wygładzania cery, poprzez domalowywanie kolorków na policzkach, aż po… dorabianie źrenic! Jeśli bowiem zdarzyło się, ze model nie wytrzymał i mrugnął w nieodpowiednim momencie, lub jeśli z jakiegoś powodu oczy wyszły nieczytelnie bądź nieładne, poprawiano taką fotografię ręcznie. Dziś bardzo często mylnie zakłada się, że twarz wyretuszowana, szczególnie z poprawionymi oczami, świadczy o tym, że modelem była osoba nieżyjąca.

To zdjęcie bywa publikowane z błędną informacją, że dziewczynka pośrodku nie żyje – miałby na to wskazywać stojak za jej nogami oraz retusz jej oczu. Jednak nie da się w ten sposób upozować zwłok. Zdjęcie z 2. poł. XIX w., studio Robson, Petrolia, Kanada
To zdjęcie bywa publikowane z błędną informacją, że dziewczynka pośrodku nie żyje – miałby na to wskazywać stojak za jej nogami oraz retusz jej oczu. Jednak nie da się w ten sposób upozować zwłok. Zdjęcie z 2. poł. XIX w., studio Robson, Petrolia, Kanada

A co, jeśli fotografowana osoba siedzi bezwładnie albo wygląda jakby spała? Cóż, w przypadku dzieci bardzo możliwe, że faktycznie model na zdjęciu po prostu śpi – z pewnością łatwiej było zrobić nieporuszone, ostre zdjęcie dziecku śpiącemu. Jeśli rodzice trzymający takie dziecko nie są ubrani w żałobne stroje, to nie ma powodu, aby zakładać, że owo dziecko nie żyje.

Dorośli zresztą także mogli preferować fotografowanie się w zrelaksowanej, a więc łatwiejszej do utrzymania pozie – bardzo ciekawym przypadkiem może tu być zdjęcie Lewisa Carrolla, wykonane ok. 1895 r. (a więc na kilka lat przed śmiercią pisarza), które krąży w sieci od czasu do czasu opisywane jako fotografia post mortem, ze względu na wrażenie bezwładności ciała modela. Nawiasem mówiąc, to zdjęcie jest autoportretem – a zmarli raczej nie robią sobie „selfie”.

Charles Lutwidge Dodgson (Lewis Carroll), autoportret ok. 1895 r., fot.  Harry Ransom Center, The University of Texas at Austin
Charles Lutwidge Dodgson (Lewis Carroll), autoportret ok. 1895 r., fot. Harry Ransom Center, The University of Texas at Austin

Między faktem a mitem: przypadki trudne do rozstrzygnięcia

Trzeba jednak przyznać, że faktycznie zdarzały się sytuacje, gdy rodzina chciała uzyskać fotografię zmarłego, na której będzie on wyglądał jak żywy. Pojawiały się nawet pomysły, aby za pomocą skomplikowanych konstrukcji i sznurków utrzymać ciało w pozycji pionowej – są to jednak pojedyncze przypadki, notowane przez samych fotografów jako wydarzenia bezprecedensowe. Częściej możemy się spotkać z usadzeniem osoby nieżyjącej na fotelu, w pozycji pół-leżącej; powinniśmy jednak zawsze szukać dodatkowych przesłanek, które mogą potwierdzać, że model nie żyje (a nie jest choćby osłabiony chorobą). Ciekawym przykładem może tu być zdjęcie przedstawiające młodą kobietę, zapewne w towarzystwie rodziców; owa kobieta jest jedynym ostrym obiektem na zdjęciu, podczas gdy osoby jej towarzyszące wyszły raczej rozmazane. Może to świadczyć o długim czasie naświetlania tej właśnie fotografii – osoby żywe się poruszyły, podczas gdy potencjalnie nieżyjąca dziewczyna zachowała doskonały bezruch.

Być może w tym przypadku rzeczywiście jest to zdjęcie rodziców ze zmarłą córką? / fot. Wikimedia Commons
Być może w tym przypadku rzeczywiście jest to zdjęcie rodziców ze zmarłą córką? / fot. Wikimedia Commons

Warto przy tej okazji także wspomnieć, że w specjalistycznych archiwach można trafić na, niekiedy ekstremalnie drastyczne, stare zdjęcia zwłok upozowanych na „żywe” osoby. Nie ma to jednak związku z typową fotografią pamiątkową. To świadectwa stosowania specyficznej XIX-wiecznej metody kryminalistycznej: chodziło o fotograficzną rekonstrukcję okoliczności śmierci lub odtworzenie wyglądu ofiary o nieznanej tożsamości „za życia”, co miało ułatwić jej identyfikację przez ewentualnych świadków. To jednak nie były zdjęcia, które mogły trafić do rodzinnych albumów.

Nie można jednak zapominać, że nasi przodkowie też miewali poczucie humoru, i mógł to być humor czarny. Fotografia daje nie tylko możliwość retuszu, ale także fotomontażu – niektóre „upiorne” dziewiętnastowieczne zdjęcia były po prostu wizualnymi żartami! Szczególnie popularne były zdjęcia „z obciętą głową”, trzymaną przez modela lub osoby towarzyszące.

"Obcięta głowa" była jednym z najpopularniejszych fotomontaży w XIX i początkach XX wieku / fot. francuska, 1903 / Wikimedia Commons
Obcięta głowa" była jednym z najpopularniejszych fotomontaży w XIX i początkach XX wieku / fot. francuska, 1903 / Wikimedia Commons
"Obcięta głowa" była jednym z najpopularniejszych fotomontaży w XIX i początkach XX wieku / fot. ok 1900 / Wikimedia Commons
"Obcięta głowa" była jednym z najpopularniejszych fotomontaży w XIX i początkach XX wieku / fot. ok 1900 / Wikimedia Commons

Naciągane kontrowersje

Mity, które dziś budujemy wokół zdjęć z XIX wieku, tak naprawdę świadczą o tym, jak bardzo zmieniło się postrzeganie życia i śmierci w kontekście kulturowym i społecznym naszej cywilizacji. Przypisujemy naszym przodkom skłonności do epatowania makabreską: poszerzamy zjawisko zdjęć post mortem na zupełnie zwykłe fotografie żywych osób; być może dlatego, że gdy patrzymy na uwiecznione ciała w trumnach wydaje się nam, że i w innych ówczesnych zdjęciach musi się kryć jakaś perwersja.

Wygląda na to, że po prostu nie radzimy sobie z założeniem, iż śmierć może być akceptowalnym elementem życia. A może właśnie w ten sposób odreagowujemy usunięcie tematu śmierci z naszej kultury? Wiele rzekomych „wiktoriańskich fotografii post mortem” osiąga dziś wysokie ceny na rozmaitych aukcjach... Wniosek z tego taki, że dziewiętnastowieczne fotografie nie świadczą o skrzywieniu ówczesnego społeczeństwa – to tylko ich dzisiejsza interpretacja, która obnaża nasze własne fascynacje i lęki.

Nie dajmy się jednak wciągnąć w te internetowe oszustwa; to, co sensacyjne, rzadko bywa wiarygodne.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

został spopularyzowany przez film "Inni" z 2002 z Nicole Kidman. Przybrał tam jawnie absurdalną formę grupowych portretów, przedstawiających wyłącznie zmarłych. Kto i z jakiego powodu miałby w ten sposób upamiętniać ofiary jakichś kataklizmów (bo przecież normalnie członkowie jednej rodziny nie umierają jednocześnie) tego nie wyjaśniono, ale w końcu film miał nastraszyć, a nie cokolwiek wyjaśniać ;)

Świetny artykuł, dziękuję. Ciała w trumnach fotografowano na polskiej prowincji jeszcze pod koniec XX wieku (widziałam na własne oczy), tak więc nie jest to tradycja tak egzotyczna i odległa, jak mogłoby się wydawać współczesnej młodzieży.

Przez kilka lat zajmowałam się zawodowo fotografia dawną i zdjęcia martwych zwłok, z jakimi się głównie spotkałam, to były zdjęcia pochodzące z Półwyspu Iberyjskiego. Zwłaszcza odrazajace były zdjęcia zwłok dziecęcych. Tam rzeczywiście jest w tradycji fascynacja smiercią i ludzkimi zwłokami, co w moim przekonaniu jest pochodną tamtejszej tradycji okrucieństwa wobec i ludzi, i zwierzat. Wystarczy przypomnieć makabreskę pod postacią "martwej królowej" Inez, zamordowanej zony króla portugalskiego Pedra IV, który kazał wykopac po kilku latach jej zwłoki, ubrać w szaty królewskie i całować jej "dłoń" swoim oponentom politycznym. Figury Matki Boskiej, Chrystusa i Świetych dekorowane ludzkimi włosami w moim przekonaniu też się mieszczą w tych gustach. Fotografowanie zwlok nie ominęło tez ziem polskich. Słynne są zdjęcia "Pięciu Poległych", czyli ofiar pacyfikacji przez żandarmerię rosyjską demonstracji na Pl. Zamkowym w Warszawie 27 lutego 1861 roku, wykonane przez Karola Beyera i powielane w tysiącach egzemplarzy. Była to akcja propagandowa, która miała na celu zdyskredytowanie we wszystkich trzech zaborach zaborczej władzy carskiej. Temu samemu celowi służyły też zdjęcia poległych w walkach powstańczych 1863. Przyznam natomiast, ze nie znam takich fotografii z terenu Wysp Brytyjskich, stad moje zdziwienie tytułem artykułu. Co oczywiście nie znaczy, ze takich fotek nie było, tylko ja się z nimi nie spotkałam. Mimo wszystko przypisywanie "epoce wiktoriańskiej" takich upodobań jest raczej przesadą:)))

To prawda, ja jednak w tym artykule nie chciałam pisać o samym zwyczaju robienia zdjęć post-mortem; to niezwykle interesujący, ale też bardzo szeroki temat, zapewne materiał na zupełnie inny tekst. Moim głównym celem w tym przypadku było zmierzenie się z mitem internetowym - wielokrotnie trafiałam bowiem na sensacyjne artykuły, błędnie określające zwyczajne pamiątkowe zdjęcia jako "post mortem"; tego typu "rewelacje" na przykład wyświetlały mi się cyklicznie w mediach społecznościowych, udostępniane przez bardzo różne osoby. Większość tych tekstów to angielskie wpisy posługujące się określeniem "Victorian photography", a w konsekwencji wiele polskich wersji też w tonie sensacyjnym informuje o "wiktoriańskiej fotografii". Stąd tytuł mojego artykułu, nawiązujący do tego internetowego mitu, z którym chciałam się tutaj zmierzyć. Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że zjawisko fotografii post-mortem było "wiktoriańskie" ;) Natomiast w odniesieniu do Matki Boskiej czy Chrystusa z włosami w formie peruki może warto wspomnieć, że mamy wszakże krucyfiks w peruce w Krakowie, w kościele św. Marka (XV w.). Ciekawym przykładem może też być figurka jasełkowa od klarysek w Krakowie, przedstawiająca Matkę Boską (XIV w.), która w czasach nowożytnych została przerzeźbiona, m.in. skuto jej welon (do efektu "ogolonej głowy"), zapewne aby nakładać perukę. :)

Czego to ludziska nie wymysla:))) Z drugiej strony - interesujące, dlaczego internauci z kręgu jezyka angielskiego przypisują epoce wiktoriańskiej taki zły gust. Przeczytałam Pani artykuł z satysfakcją. Za czasów, kiedy zajmowałam się stara fotografią (nie chwalac się - byłyśmy wraz z kolezanką Krystyna Lejko jednymi z pierwszych w Polsce, które zajęły się tymi pięknymi obiektami muzealnymi, a były to lata 70-e ubiegłego wieku), skupiłyśmy się na dziejach zakładów, na doskonaleniu techniki, na kostiumologii, dokumentacji wydarzeń historycznych etc. A tu taki ciekawy temat, jak fotografia jako źródło obyczajowości, wrazliwosci estetycznej, wiedzy o stosunku do śmierci etc. Gratuluje!!!

Z pewnoscią Pani zna ten artykuł, ale na wszelki wypadek podam link: http://culture.pl/pl/artykul/post-mortem-czyli-krotka-opowiesc-o-fotografii-mortualnej

Cieszę się, że mój artykuł okazał się interesujący - a jeśli chodzi o tekst w serwisie culture.pl to niestety, ale mam do niego poważne uwagi. Przede wszystkim proszę zauważyć, że pierwsze zdjęcie dokładnie powiela ten mit, z którym ja tu usiłuję walczyć - ukazuje fotografa korzystającego ze stojaka jako rzekomo fotografowanie zwłok (!). Następnie w tekście pojawiają się stwierdzenia "Wykorzystywano drewniane kołki oraz sznurki, które utrzymywały ciało zmarłego w odpowiedniej pozycji", "Powszechnym zabiegiem było, chociażby domalowywanie otwartych oczu na zamkniętych powiekach trupiątka. Często ustawiano także martwe dziecko przy rodzeństwie, które jakoby w naturalny sposób podtrzymywało bezwładne zwłoki" - to znów mit, a już wyjątkowo bez sensu jest odwołanie do tak zwanych "ukrytych matek". To bardzo ciekawe, bo przyznam się tutaj, że pierwotna wersja mojego powyższego tekstu zawierała akapit o zdjęciach z "ukrytymi matkami" (które są zupełnie innym zjawiskiem, nie wiążą się zasadniczo z fotografią post mortem), ale ostatecznie ten fragment usunęłam, bo tekst był po prostu za długi. O "ukrytych matkach" z pewnością napiszę, ale osobno. Tymczasem jednak jestem bardzo zmartwiona, że tak wątpliwy tekst ukazał się w serwisie culture.pl. Jeszcze jeden fragment mnie niepokoi: dziwnie znajomo brzmi akapit "W wielu przypadkach w podobny sposób obchodzono się i ze zwłokami dorosłych. Ciała układano w specyficzne pozy. Często wykorzystywano rękę jako podporę głowy, usadzano dorosłą osobę w fotelu lub układano w pozie wskazującej na zamyślenie." - mniej więcej takie właśnie podpisy (tylko po angielsku) trafiały mi się właśnie w tych tekstach, które jako "post mortem" publikowały zdjęcie Lewisa Carrolla... mam nadzieję, że przynajmniej w tym wypadku to tylko przypadek.

Będę sledzić z zainteresowaniem Pani teksty:))) Przyznam, ze te fotografie martwych (?) dzieci trzymanych przez kobiety z zasłoniętymi twarzami odbieram ze strachem i czekam z niecierpliwoscia na artykul:)))

Proszę bardzo :) Obawiam się, że nie ma sensacji... http://posztukiwania.pl/blog/2017/11/09/ukryte-matki-z-dawnych-fotografii/

czy nazywanie zdjęcia Lewisa Carrolla autoportretem jest sensowne?

Tez mi się to wydaje nonsensowne, zwłaszcza, ze jak byk jest nazwa firmy fotograficznej:)))

jakby chodziło o atrybucję autorstwa, chociaż jest raczej oczywiste, że autorem nie może być pan Center z University of Texas w Austin (w rzeczywistości zdjęcie pochodzi ze zbiorów Harry Ransom Center przy wspomnianym uniwersytecie). I - tak, to jest autoportret, niejeden zresztą w bogatym dorobku fotograficznym Charlesa Lutwidge'a Dodgsona, bardziej znanego jako Lewis Carroll, autor "Alicji". Zdjęcie datuje się na rok 1895, czyli 3 lata przed śmiercią autora i modela zarazem. === edycja: tutaj reprodukcja odbitki z innych zbiorów i inaczej datowanej (lata osiemdziesiąte), wciąż jednak opisywanej jako autoportret: https://www.newyorker.com/magazine/1995/10/09/wonderland

W. Shaweross, Spital Street Guildford - to jest nazwisko fotografa i adres jego firmy, która wypuściła tę fotografię, a także źle odbita pieczatka z datą: 16 (lub 18) Sept.189... widniejące na kartoniku. Nie wiem, skąd inne dane, muszę stwierdzić, niestety, ze atrybucje tych zdjęć są mało profesjonalne, zapewne przepisane zywcem z Wikimedia commons:))) Lewis Carroll nie musiał zresztą zrobić sobie zdjęcia u Shawerossa. Był zwyczaj (na ziemiach polskich również), zwłaszcza w odniesieniu do zdjęć atrakcyjnych (tu z uwagi na sfotografowanego pisarza), ze zakłady fotograficzne odstępowały swoje negatywy. I tak ta sama odbitka mogła być sprzedawana przez różne zakłady.

z negatywu, pozostającego w dyspozycji kogoś innego (prawdopodobnie samego Carrolla), o czym świadczy to samo zdjęcie reprodukowane w New Yorkerze, na którym po prostu widać więcej - pełny kadr, bez winietowania. Na tym zdjęciu, niewątpliwie bliższym oryginalnemu obrazowi utrwalonemu na szklanej płycie negatywu, nie widzimy nazwiska "Shaweross", prawda? Negatywy zwykle pozostają w archiwum fotografa. Carroll też nie dawał ich swoim modelkom czy ich rodzicom. Mógł natomiast nie robić sam odbitek. To jest odrębna specjalizacja i nazwiska "printerów" często pojawiają się w kolofonach albumów fotograficznych. A że nie jest to selfie? Cóż, kwestia autorstwa w fotografii bywa złożona i niekoniecznie zależy od tego, kto naciska spust migawki. Przykładem artystki znanej z autoportretów, z całą pewnością nie wykonanych z użyciem wężyka spustowego lub samowyzwalacza (a zatem "pstrykał" ktoś inny), jest Cindy Sherman. Na koniec, co do rzetelności źródeł: atrybucja w Wikipedii ("self-portrait") jest tylko powtórzeniem informacji źródłowej z opisu odbitki w zbiorach Harry Ransom Center, identycznej z opisem w National Media Museum. Można ją negować, ale na podstawie czegoś namacalnego, co dotychczas umykało uwadze, a nie na zasadzie zawieszonej w próżni hipotezy: a może to nie autoportret?, a może to w ogóle nie Carroll, tylko ktoś do niego podobny?

Fakt, ze pierwotny kadr zdjęcia był szerszy, swiadczy jedynie o tym, ze był szerszy. Odbitki z szerszym kadrem można było reprodukować w prasie, natomiast nie można było ich w tym wymiarze nakleić na tekturkę firmową, która zwykle miała znormalizowane wymiary: albo były to carte-visite, albo "pocztówki". Kto miał negatyw - nie wiemy. Odpowiedź może jest zawarta w rachunkach New Yorkera, redakcja kupiła przecież od kogos to zdjecie. Tak więc dane, którymi dysponujemy, nie daja nam wyjaśnienia problemu: autoportret czy nie autoportret:))) Podejrzewam, ze ów termin "self-portrait" jest sygnałem, ze model miał wpływ na upozowanie samego siebie, dobór dekoracji etc. Rzeczywiście ten portret można nazwać interesującym, a model postanowił zaprezentować się jako osobnik zamyslony głęboko i zapatrzony w przestrzeń:)))

A propos głównego tematu artykułu, zajrzałem do "Routledge Encyclopedia of 19th-century photography" i znalazłem tam kilka ciekawych rzeczy, które przytaczam na odpowiedzialność autorów haseł ;) Fotografia post mortem na użytek prywatny miała precedens w malarskich portretach pośmiertnych, dziedzicząc po nich charakterystyczne motywy-wskazówki dla widza, ze ma do czynienia ze szczególnym wizerunkiem, np. zegary, buteleczki z lekarstwami. Nowa technika z jednej strony uczyniła takie pamiątki powszechnie dostępnymi, z drugiej - oferowała większą iluzję "autentycznej" obecności zmarłego. Elizabeth Barrett (1806-1861) tak pisała o pewnym dagerotypie “Tym, co cenne, nie jest zwykłe podobieństwo, lecz skojarzenie i poczucie bliskości związane z tą rzeczą - fakt obcowania z prawdziwym cieniem osoby, która gdzieś tam na zawsze spoczywa! Wolałabym posiadać raczej taką pamiątkę po kimś, kogo kochałam, niż najwspanialsze nawet dzieło artysty". Tak też reklamowano stosowna usługę, np: "Secure the shadow before the substace fade". Wczesne fotografie z połowy stulecia maja uderzająco intymny charakter. To z tamtej epoki pochodzą zdjęcia dzieci - te były najczęstsze - śpiących "ostatnim snem" w ramionach matki czy na salonowym meblu, z ulubioną zabawką w ręce. Dorosłych sadzano w fotelach, ze złożonymi rękami i zamkniętymi oczyma, a ich wizerunki odróżniają się od portretów żywych modeli niesamowitą ostrością i oddaniem szczegółów, co oczywiście tłumaczy się zdolnością martwego ciała do wytrwania w bezruchu podczas długiego naświetlania. Fotografie zmarłych w trumnach pojawiają się w późniejszej epoce! Intymność tych obrazów ma kluczowe znaczenie, np. zdjęcia zmarłych w formie pocztówek wysyłano zawsze w kopertach - inaczej niż normalne, niefuneralne pocztówki. Wiktoriańska fascynacja śmiercią nie wynikała z upodobania do makabry, ale, przeciwnie, z głębokiego przeżywania żałoby i pragnienia zachowania relacji z bliskimi wbrew śmierci. Co jakże pasuje do nastroju dzisiejszego dnia Zaduszek. Pozdrawiam serdecznie Autorkę i współkomentujących.

Zagadnienie fotografii post mortem jest bardzo szerokie i ciekawe - pięknie Pan to zresztą podsumował. Głębokie przeżywanie żałoby oczywiście zupełnie nie idzie w parze z sensacyjnym tonem tekstów krążących dzisiaj w Internecie i rozpowszechniających błędne informacje o rzekomych zdjęciach "post mortem". Z tym właśnie chciałam się tu zmierzyć - tak jak Pan napisał, wywodzące się z malarskich portretów zmarłych fotografie mogły jak najbardziej ukazywać osobę jako "śpiącą", ale jednak stosowano elementy, które wskazywały na charakter takiego zdjęcia (jak chociażby kwiaty, zwłaszcza wieńce, albo wspomniany przeze mnie żałobny strój matki trzymającej zmarłe niemowlę). Nie były to oczywiście "stojące" na stojakach ciała udające żywych, z domalowanymi oczami - mam nadzieję, że chociaż część tropicieli sensacji trafi na powyższy artykuł i zastanowi się, zanim udostępni kolejny "wstrząsający" materiał pod hasłem "Creepy Post-Mortem Photos From The Victorian Era". Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję za niezwykle cenne komentarze!

Szanowni Państwo, cóż za wspaniała dyskusja! Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze. Rzeczywiście, widzę teraz, że użycie w podpisach skrótu "fot" jest mylące - chodziło mi oczywiście o to, z jakiej kolekcji pobrana została zamieszczona w artykule reprodukcja. Tak samo w przypadku przedstawień Mickiewicza: zdjęcie pochodzi z bazy PAUart, a staloryt z bazy Polony. Widzę teraz jednak, że o ile taki podpis jest czytelny w przypadku np. obrazów, o tyle w przypadku, gdy obiektem jest fotografia, może rzeczywiście być konfundujący - powinnam była zamiast "fot." podpisać "reprodukcja:" - zapamiętam to na przyszłość, dziękuję! Dodgson (Lewis Carroll) rzeczywiście robił sobie autoportrety - tak jest opisywana również ta właśnie fotografia. W karcie kolekcji Harry Ransom Center to właśnie zdjęcie ma wpisane "Charles Lutwidge Dodgson" zarówno w rubryce dotyczącej modela, jak i fotografa. Precyzyjnie rzecz ujmując, był to tak zwany "assisted self-portrait" - zdaje się, że autorstwo polegało na tym, że on sam nie tylko planował kompozycję ujęcia, ale też sam przygotowywał szklaną płytę fotograficzną. Przy okazji także podkreślę, że nigdy nie biorę atrybucji wprost z Wikimedii, wiem bowiem doskonale, jak często tam są błędy. Wikimedia jest znakomitym źródłem reprodukcji, ma masę dobrej jakości zdjęć będących w domenie publicznej, więc często czerpię stąd ilustracje do artykułów, zawsze jednak staram się weryfikować informacje z opisów. Znakomitym tego dowodem może być zdjęcie kobiety z fotomontażem z "uciętą głową", wykorzystane w powyższym tekście - pobrane z Wikimedii, jest tam atrybuowane Samuelowi Kay Balbirnie. Ów Balbirnie (1855-1911) miał zakład fotograficzny w Brighton i reklamował ofertę: "SPIRIT PHOTOGRAPHS - Ladies and Gentleman taken floating in the air - in company with tables, chairs and musical instruments"; "HEADLESS PHOTOGRAPHS - Ladies and Gentlemen taken showing their heads floating in the air or in their laps" - ale to było w latch 70-tych XIX w. Przed 1880 zamknął zakład i wstąpił jako chirurg do Royal Army Medical Corps, zaś ta fotografia jest datowana ok. 1900, więc z jego zakładu na pewno nie pochodzi. Raz jeszcze bardzo dziękuję Państwu za wszystkie komentarze - takie dyskusje są niezwykle cenne! Pozdrawiam serdecznie!
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Podobne teksty

Andrzej Zybertowicz, Jacek Gądek
Tymon Markowski, Joanna Wiśniowska
Łukasz Saturczak, Krzysztof Miller

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]