Płonące ciężarówki z pomocą humanitarną na zamkniętych przejściach granicznych z Kolumbią i Brazylią; brutalne starcia na barykadach; na pewno kilku, a być może nawet kilkunastu zabitych (wśród nich 14-latek) oraz kilkuset rannych po stronie opozycji: to bilans ostatnich dni w Wenezueli. Tymczasowy prezydent Juan Guaidó (jako przewodniczący parlamentu sprawuje on tę funkcję po sfałszowanych wyborach; został uznany przez kilkadziesiąt krajów) miał nadzieję, że żołnierze i policjanci wymówią posłuszeństwo Nicolásowi Maduro (uważa się on nadal za prezydenta), gdy na granicach zjawią się konwoje z pomocą (w sąsiadujących z Wenezuelą krajach zgromadzono zapasy żywności i leków; Maduro nie chce ich wpuścić). Tak się jednak nie stało, armia siłą zatrzymała konwoje. Choć nasila się dezercja, struktury siłowe stoją wciąż po stronie Maduro. Guaidó zmienia więc taktykę: w tych dniach spotyka się z przywódcami krajów latynoskich i USA oraz apeluje, by zwiększyły presję na Maduro. Guaidó nie wyklucza też zewnętrznej interwencji. W sytuacji klinczu jedynym sposobem na rozwiązanie pokojowe wydają się nowe wybory, wolne i uczciwe. Maduro odrzuca jednak taką opcję. ©℗
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















