Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wędrówki po opowieściach

Wędrówki po opowieściach

18.08.2010
Czyta się kilka minut
Choć Bruce Chatwin rzeczywiście wędrował po wszystkich kontynentach, najważniejsze podróże podejmował w zaciszu bibliotek, księgarń i antykwariatów. Jego wędrówka przebiega nie tyle przez Andy czy australijski interior, ile przez dziesiątki przeczytanych książek.
P

Podróże i opowieści to sztuki bliźniacze. Choćby z tego powodu, że miejsca, do których podróżujemy, wyłaniają się z niezróżnicowanej przestrzeni dzięki sile sprawczej, jaką mają opowieści. To one, w przekazie ustnym lub w formie pisanej, nadają miejscom tożsamość. W tradycji irlandzkiej, odzwierciedlonej w dawnej i współczesnej literaturze, każde miejsce w krajobrazie - wioska, rzeka, wzgórze czy zwykłe rozwidlenie dróg - ma swoją opowieść, która to miejsce powołuje do życia. Najczęściej kluczem do tych opowieści jest nazwa miejscowa, której etymologia, raz rzeczywista, innym znów razem jawnie fantazyjna, opowiada historię danego miejsca, sięga do jego początków i wiąże je z ludzkimi życiorysami.

Miejsce i jego opowieść

Z tego powinowactwa narodził się staroirlandzki gatunek poetycki zwany dinnshenchas. Należące do niego wiersze, które składały się z długich list nazw miejscowych, wraz z legendarnymi nieraz opowieściami o ich powstaniu, służyły jako kreślone w słowie mapy, najprostsze przewodniki po świecie, łączące lokalną historię z etymologią i geografią. Recytowanie lub śpiewanie takiego kartograficznego wiersza nie było niczym innym jak podróżą - w czasie i przestrzeni.

Podobny związek między miejscem a narracją dostrzegł w tradycji australijskich Aborygenów brytyjski pisarz Bruce Chatwin w swoim najpopularniejszym bodaj dziele "Pieśniach Stworzenia". Dla Aborygenów miejsce jest opowieścią. Mogą więc opowiadać swoją ziemię, wiążąc topografię z historiami o mitycznym początku i totemicznych przodkach. Cała Australia - a Chatwin powiedziałby nawet: cała ziemia - pokryta jest siecią takich opowieści lub "pieśni stworzenia", wyznaczających szlaki odwiecznych wędrówek i opisujących krajobraz. Pieśń, czyli wyśpiewana narracja, jest dla Aborygena zarówno mapą, jak i kompasem. Znajdując w buszu ważne dla Aborygenów miejsce, można ich o nie zapytać, jakbyśmy pytali o opowieść: zamiast "Co to za miejsce?", spytajmy "Jaka to historia?".

Miejsce, czy to we wspomnianej tradycji irlandzkiej, czy też w kulturze aborygeńskiej, nie istnieje więc poza związaną z nim narracją. Dlatego też odwiedzać różne miejsca na ziemi to poznawać lub snuć o nich opowieści, one to bowiem wyznaczają tych miejsc najważniejsze współrzędne. Nierozdzielnością podróżowania i opowiadania tłumaczę też sobie pierwszoplanową rolę literatury podróżniczej w dziejach kultury. Opowieści o podróżach, od morskich wędrówek Odysa i Eneasza, po powieści łotrzykowskie, romantyczne wędrówki Childe’a Harolda, tysiące mil podmorskiej żeglugi czy życie w drodze bohaterów Kerouaca (można jeszcze długo wymieniać), wydają się gatunkiem przekraczającym granice czasowe i kulturowe. Leżą u samych podstaw literatury, świadcząc o głębokim powinowactwie podróży i narracji, miejsca i historii, wędrowca i narratora.

Literatura podróżnicza Bruce’a Chatwina (myślę tu zwłaszcza o jego debiutanckim tomie "W Patagonii" i "Pieśniach Stworzenia") nie tylko zakłada takie powinowactwo, ale jest na nim ufundowana. To nie tylko jej przewodni temat, ale też zasada konstrukcyjna. Podróże Chatwina do Walii, Afganistanu, Mauretanii, Dahomeju, Patagonii czy Australii, którym ten autor poświęcił swoją twórczość, są docieraniem do niezliczonych narracji o tych miejscach, zasłyszanych, przeczytanych lub wysnutych. Dlatego Chatwin nie tyle opisuje poznawane ziemie, ile otwiera drzwi do ich mnogich historii.

Kolekcjoner historii

Panuje zgoda co do tego, że pisarstwo Chatwina to jeden z najbardziej oryginalnych rozdziałów w dziejach literatury podróżniczej, która między innymi właśnie dzięki niemu w latach 70. i 80. ubiegłego stulecia przeżywała okres szczególnego rozkwitu.

Odmienność literatury podróżniczej Chatwina jest wyraźna, ale też często zaskakująca. Trudno w niej znaleźć zapisy bezpośredniego doświadczania obcego krajobrazu, egzotycznej roślinności czy fauny - odwiedzane przez niego ziemie wpisane są bowiem zawsze w opowieści. Nowatorstwo Chatwina polega między innymi na rezygnacji z odmalowywania lokalnej scenerii - nie tego oczekujemy dziś od literatury podróżniczej. W zderzeniu z innymi nośnikami informacji literatura podróżnicza w swojej dawnej formule jest dziś na przegranej pozycji, dlatego przestała ścigać się z fotografią, filmem czy telewizją w dostarczaniu nam obrazów z dalekich ziem, które w epoce globalizacji nie są dalekie, nowe i nieznane.

Ktoś zauważył przytomnie, że dziś nikt nie czyta historii Hamleta po raz pierwszy, gdyż agresywna kultura epoki informacji podsuwa nam jego niezliczone wersje, parodie, cytaty i streszczenia dużo wcześniej niż sięgniemy po oryginalny tekst Shakespeare’a. Podobnie też nie widzimy po raz pierwszy dzikich zamorskich zwierząt, choćby kangura czy niedźwiadków koala, których opisom poświęcali tyle miejsca dawniejsi pisarze podróżnicy.

W epoce rewolucji informatycznej dawna literatura podróżnicza, której celem było przekazywanie informacji o nieznanych lądach i ich mieszkańcach, straciła sens. Nikomu dziś nie jest dane zakrzyknąć szczerze ze zdziwienia na widok żyrafy; nikt już nie zawoła, jak ten Włoch sprzed kilku stuleci, że "coś tak absurdalnego nie może istnieć!". Podejrzewam, że podobnie nie ma już miejsca na inicjację seksualną, na ekscytujące odkrywanie tajemnic płci, bowiem tajemnice te są ogólnie dostępne w najrozmaitszych formach, choćby w witrynach saloników prasowych czy w telewizji. Stają się oczywistością, przyswajaną sobie niezauważalnie, niemal jak sztuka chodzenia.

Skoro więc pisarz podróżnik niewiele dziś może dla nas odkryć, jego racja bytu musi tkwić w czymś innym: w zbieraniu i spisywaniu opowieści o odwiedzanych miejscach. Pisarz podróżnik, taki jak Chatwin, splata zasłyszane historie, z których powstaje nie tyle długa nić opowieści, ile gęsta ich sieć, albowiem podróżnicze narracje rozwijają się w wielu kierunkach jednocześnie, przypominając bardziej mapę, na której nie ma przecież ani początku, ani końca, nie ma wątków pobocznych ani akcji głównej. Mapa jest wolna od hierarchii, nie dzieli świata na centrum i obrzeża, w jednakowy sposób rozmieszcza informacje o wszystkim, co na danym terenie występuje. Kartograf oczywiście dokonuje selekcji tego, co się na mapie znajdzie, a co będzie można pominąć, ale umieszczone na niej znaki nie tworzą ani hierarchicznej struktury, ani linearnej sekwencji. Podobnie jest z opowieściami pisarzy podróżników. Tworzą słowami mapę i wyznaczają sieć swoich wędrownych szlaków.

Nic więc dziwnego, że skoro podróżować znaczy poznawać nie tyle lądy, ile historie, Chatwin jako rasowy podróżnik czyta dużo i łapczywie. Brnie przez wydobyte z magazynów bibliotecznych opasłe tomiszcza, zestawia zdobyte informacje, konfrontuje je, poddaje krytyce. Ten ceniony specjalista od malarstwa impresjonistów, przez lata pracujący w londyńskim domu aukcyjnym Sotheby’s i pomagający milionerom powiększać ich kolekcje, zamienia się na naszych oczach w kolekcjonera opowieści. Obrazy musiały ustąpić miejsca narracji.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że podróże, o których pisze Chatwin, w pewnym bardzo ważnym sensie "szeleszczą papierem". Choć Chatwin rzeczywiście wędrował po wszystkich kontynentach, najważniejsze podróże podejmował w zaciszu bibliotek, księgarń i antykwariatów. Opisana w jego prozie wędrówka przebiega nie tyle przez Andy czy australijski interior, ile przez dziesiątki przeczytanych i przywołanych książek. Wrażenie to wzmaga kolażowość tej prozy, której długie fragmenty złożone są z cytatów. Druga część "Pieśni Stworzenia" to prawdziwe "wypisy z ksiąg użytecznych", gdzie Chatwin niemal porzuca akcję, a całą swoją i naszą uwagę kieruje na fragmentaryczne zapiski na temat pochodzenia człowieka, jego nomadycznej natury czy skłonności do agresji, wzięte z najrozmaitszych źródeł, od Mojżesza, Platona, Herodota i Buddy po Pascala, Kierkeggaarda, Rimbauda i Konrada Lorenza. Widać tu jak na dłoni, że literatura rodzi się z literatury, a słowo do słowa się garnie.

Moglibyśmy więc, w rozczarowaniu, odłożyć te erudycyjne książki, uznając, że z prawdziwą podróżą do tego, co dalekie i obce, nie mają wiele wspólnego, ale byłaby to zbyt pochopna reakcja. Nie można powiedzieć, by Chatwin opisywanej rzeczywistości nie doświadczał. Było wprost przeciwnie.

Życie w drodze

Legendarny jest już gest Chatwina, który zmęczony pracą w firmie aukcyjnej wyjechał na antypody, a pracodawcom zostawił jednozdaniową, lakoniczną jak jego proza wiadomość: "Wyjechałem do Patagonii". Impuls wyjazdu wziął się nie tylko z zaleceń lekarza, który zaniepokoił się zmęczonymi oczyma Chatwina ślęczącego nad puentylistycznie upstrzonymi płótnami, ale też z niepokojącego poczucia niewystarczalności bezpiecznego życia. Z tego poczucia wzięła się też obsesyjna fascynacja Chatwina nomadami, o których zamierzał napisać naukową rozprawę.

Życiu nomadycznemu jako alternatywnemu wzorcowi ludzkiej egzystencji postawił zresztą pomnik. Są nim "Pieśni Stworzenia" - dzieło wyrastające z neurotycznej niemal ambicji stworzenia nowej antropologii opartej na metafizyce wędrówki. Człowiek nomada, który póki żyje, musi wędrować, przemieszczać się, ciągle od nowa budować swój dom, to każdy bohater prozy Chatwina - nomadą jest da Silva z "Wicekróla Ouidah" i kolekcjoner porcelany z "Utz", Arkady Volchok z "Pieśni Stworzenia" i Charley Millward z "W Patagonii".

Mimo fascynacji Chatwina nomadyzmem, przez całą jego twórczość przewija się przeświadczenie o nierozłączności doświadczenia i lektury, podróżowania i opowiadania. Daje świadectwo temu, że doświadczenie jest możliwe dzięki narracjom i tylko przez nie może być interpretowane. Nawiązania do licznych lektur są więc nie tyle wzbogaceniem relacji podróżnika, ile koniecznym warunkiem doświadczenia. U Chatwina doświadczenie nagie, niezapośredniczone nie występuje, choć pisarza wabią pierwotne, bezpośrednie formy życia. Odwiedzając dahomejski port Ouidah, Chatwin wchodzi w historię brazylijskiego handlarza niewolników, z czego powstaje powieść "Wicekról Ouidah", jadąc zaś do Patagonii uczestniczy w opowieści, którą wyniósł ze swego dzieciństwa, a której początek sięga mezozoiku.

Opowieści nadają kształt jego rozproszonym doświadczeniom, pozwalają mu spotykać tych, a nie innych ludzi, odwiedzać te, a nie inne miejsca, wędrować tyleż w przestrzeni, ile w czasie. Nie wyznaczają jednak jego marszruty w sposób definitywny i jednolity, albowiem są opowieściami w "morzu opowieści", jeśli mogę posłużyć się określeniem innego piewcy współczesnego nomadyzmu i niezakorzenienia, Salmana Rushdiego, wieloletniego przyjaciela Chatwina.

Świetnym przykładem tej pisarskiej taktyki jest początek "W Patagonii". Już na pierwszych stronach tej debiutanckiej, wielokrotnie nagradzanej książki dochodzi do zderzenia dwu konkurencyjnych historii: obie dotyczą jednego z przodków Chatwina, Charleya Millwarda, kuzyna jego babki, który pod koniec XIX wieku wyjechał z Anglii, dowodził statkiem, przeżył katastrofę morską i wylądował w Patagonii, gdzie znalazł w bryle lodu doskonale zakonserwowane ciało brontozaura. Tę opowieść, przekazywaną w rodzinie z pokolenia na pokolenie, trzeba było wkrótce poprawić - zwierzę odnalezione przez przodka autora nie było bowiem brontozaurem, ale mylodontem, innym prehistorycznym stworzeniem.

Co więcej, wersja historii, z którą wzrastał narrator, opowiadająca o niefortunnej próbie przesłania do Londynu poćwiartowanego brontozaura, którego ciało nie wytrzymało długiej podróży morskiej i zgniło, musiała ustąpić pola innej, zgodnie z którą kuzyn babki wcale nie znalazł zamrożonego ciała kopalnego zwierzęcia, ale zaledwie jego szkielet.

Taki rozdwojony, wariantowy początek książki podróżniczej wyznacza sposób jej czytania, przypominając, że każdej opowiedzianej historii towarzyszy inna konkurencyjna opowieść dotycząca tego samego zdarzenia, ale inaczej je ujmująca, że wiedza o przeszłości podlega ciągłym modyfikacjom, a opowieść, która wydawała się kompletna, okazuje się jedynie wolno dryfującym fragmentem.

Chatwin wierny jest temu przekonaniu, gdy pisze na przykład o słynnej parze amerykańskich rewolwerowców, Butchu Cassidym i Sundance Kidzie, którzy uciekli przed rodzimym wymiarem sprawiedliwości właśnie do Patagonii. Przytacza liczne wersje ich historii, wzajemnie sobie przeczące, a jednocześnie pod wieloma względami wiarygodne. W tym i w podobnych fragmentach książki Chatwina odnajduję dowód na przenikające jego prozę przeczucie, że opowieść, każda opowieść, jest - jak nomada - zawsze w drodze.

Kawałek skóry

W pierwszym rozdziale "W Patagonii" poetyka prozy podróżniczej wyrażona jest pośrednio: przez anegdotę. Opowieść zaczyna się od obrazu zwyczajnego przedmiotu, jakim jest komoda babki autora: "W jadalni mojej babki stała oszklona komoda, a w niej leżał kawałek skóry". To pierwsze zdanie podróżniczej opowieści. A przecież zarówno babka, jak i komoda mieszczą się na antypodach świata podróżnika, przywołując swojskość i codzienność, historię domową i rodzinną, z rozpoznawalnie bliskiego świata. Tymczasem to babka i jej nieruchomy mebel staną się dla Chatwina punktem wyjścia do jego literackiej podróży, a raczej do podróżniczej literatury. Druga część zdania, dotycząca kawałka skóry, rozbija to poczucie swojskości, wprowadza element niesamowitości, który z równą siłą pobudzał w przeszłości wyobraźnię dziecka, co dzisiaj - wyobraźnię czytelnika.

Kawałek skóry, jak każdy fragment czegokolwiek, pusty i niemy, domaga się oczywiście opowieści, w której dopiero nabierze znaczenia. Czym był ten przedmiot, dowie się czytelnik za kilka zdań: to skóra rzekomego brontozaura, o którym już wspominaliśmy. Narrator zaś, jako dziecko, o pochodzeniu tego kawałka początkowo nic nie wiedział, choć obok prehistorycznej relikwii leżała karteczka z napisem. Historię tajemniczej skóry usłyszy dopiero później, od matki. Podpis pod rekwizytem pozostawał dla narratora nieprzystępny, gdyż "nie umiał czytać". Pierwszą historię kawałka skóry usłyszał z ust matki, której opowieść moglibyśmy więc nazwać pierwszym mitem rodzinnym. On sam zaś już wkrótce zacznie czytać, dużo czytać, a jego narracje zaczną się mnożyć i ze sobą splatać.

Ale to nie koniec wątków, które wprowadzone przez Chatwina do pierwszego rozdziału książki określają sposób jej lektury. Imponujące przeskoki wyobraźni pisarskiej, dla której nie istnieją granice między prehistorią, wspomnieniami z dzieciństwa, historią drugiej wojny światowej i opowieścią o podróży do Patagonii, współtworzą rozpoznawalną poetykę tego autora. Każde miejsce na ziemi, o ile stanie się tematem opowieści, jest miejscem krzyżujących się szlaków i peregrynacji. Już na drugiej stronie, gdzie Chatwin opisuje dom babki, widać, że każde miejsce, jakkolwiek znajome i oswojone mogłoby się wydawać, wychodzi poza swoje granice, skupiając w sobie to, co z pozoru zewnętrzne i obce:

"Gramoliłem się na szerokie łono albo podglądałem ukradkiem, czy uda jej się wstać z krzesła. Nad nią wisiały obrazy przedstawiające holenderskich mieszczan - tłuste, nalane twarze, opatulone białymi kryzami. Na kominku stały dwa japońskie karzełki z czerwono-białymi oczami z kości słoniowej, osadzonymi na czułkach. Bawiłem się nimi, podobnie jak z niemiecką małpką z ruchomymi kończynami, ale wciąż męczyłem babkę: »Czy możesz mi dać ten kawałek brontozaura?«".

Pięć zdań prostego, przezroczystego niemal opisu. Czytając je możemy nawet nie zauważyć, że bierzemy udział w wędrówce po obcych lądach, od Holandii poczynając, przez Japonię, po Niemcy, a wszystko po to, by na końcu wybrać się jeszcze do mezozoiku. Babka może mieć kłopoty ze wstawaniem z krzesła, ale dziecko, którym był ongiś narrator, gramoli się na tę przyjazną olbrzymkę i obserwuje ruchliwą małpkę, karzełkowate istoty z kości słoniowej, dziwnie ubranych obcokrajowców i rudawe szczątki dinozaura. Ten ostatni przedmiot, kawałek skóry na komodzie, staje się dla niego przedmiotem pożądania, i jak każdy taki obiekt, jest nieosiągalny - leży za wysoko dla dziecka, a gdy dziecko podrasta, uznany zostaje za rupieć i wyrzucony. Pozostaje jednak obiektem pożądania, w którego efekcie autor już jako dorosły mężczyzna wyrusza w podróż na antypody, śladami swojego przodka. Tak to fikcja, będąca wyrazem pierwotnego pożądania, prowadzi do spotkania z nieznanym dotychczas światem rzeczywistym. Fakt stapia się ze zmyśleniem, a reporterski dokument naznacza praca pobudzonej wyobraźni.

Z poczuciem satysfakcji czytamy dalej, jak Chatwin konsekwentnie wplata Patagonię do swojej opowieści. W kolejnych akapitach pierwszego rozdziału kreśli obraz zimnej wojny, na którą przypadło jego dzieciństwo, wspomina lęk przed konfliktem nuklearnym, lekcje przysposobienia obronnego i nauczyciela zaznaczającego na mapie obszary, które w razie wojny ulegną zagładzie, a wszystko to opowiada w bezpośrednim sąsiedztwie historii o skórce brontozaura.

W jednym zaledwie akapicie wyobraźnia pisarza wędruje od bomby kobaltowej, po kobaltowe niebo, plażę na Capri i Gorkiego, nagich chłopców ze śródziemnomorskiej wyspy i przeszytego strzałami świętego Sebastiana. Niemożliwe? Proszę zajrzeć do książki, by samemu doświadczyć tych zawrotnych translokacji. Zaraz jednak w imaginacyjnym slalomie Chatwin powraca do tematu zimnej wojny i swoich dziecięcych myśli o miejscu, w którym mógłby się przed nią schronić. Wybór pada na Patagonię, kraj ocalenia przed brutalną historią, a w wyobraźni chłopca - sielski krajobraz, na jego tle domek, a w nim "półki na ścianach, pełne najlepszych książek". Biblioteczka na krańcu świata! To właśnie jest Patagonia Chatwina, kraj tysiąca i jednej opowieści, pierwsza Patagonia w jego życiu - ucieczka i schronienie, zapewniająca miejsce i czas dla niekończących się lektur.

Rożek szkutniczy

Tak to współczesna literatura podróżnicza żywi się historią i historiami - przypomnijmy tu choćby szczególne pod tym względem "Podróże z Herodotem" Kapuścińskiego. Najciekawsze jej dzieła to sploty mało znanych, dopiero odkrytych lub nowych opowieści. Stąd też bierze się szczególna forma prozy Chatwina: narracja nieciągła, fragmentaryczna i epizodyczna, wielowarstwowa i nawracająca. Rozdziały "W Patagonii" to narracyjne miniaturki, nie dłuższe czasem niż pół strony, wyzywająco niekonkluzywne i otwarte. Taka poetyka rządzi też poszczególnymi zdaniami tej książki. Niektóre z nich mają tajemną siłę epifanii, inne naznaczone ironią, humorem, dystansem, przełamują schematy i podziały, pozwalają na patos, by za chwilę skompromitować go prozaicznym detalem. Otwierają się na historię epickich niemal rozmiarów, by ją niespodziewanie skwitować dwoma słowami. Przykładów takich prostych, a jednocześnie nabrzmiałych sugestywnym sensem zdań, proza Chatwina dostarcza aż w nadmiarze.

Opowiadając o samozwańczym królu Patagonii, wtrąconym do więziennego lochu i spisującym ostatnią wolę, Chatwin pisze: "Tron miał objąć jego wiekowy ojciec, w tym sezonie zbierający orzechy włoskie". To zdanie o tak nagłej zmianie ogniskowej i cudownej wprost niewspółmierności zdarzeń, że może się w głowie zakręcić. Chatwin zmieścił w nim - że posłużę się kolokwializmem - kawał prawdy o życiu, w którym detal orzechów włoskich może sąsiadować z sukcesją tronu. Do tego jeszcze cała ta szalona historia naznaczona zostaje jakąś intuicją przemijania, groteskową konfrontacją czasu świeckiego, codziennego, mierzonego sezonami zbierania orzechów, z rytmem namaszczonych złudną wielkością wydarzeń politycznych. Historię patagońskiego samozwańca zamyka Chatwin zdaniem równie lapidarnym: "A potem wypadły mu włosy i wraz z nimi stracił ochotę do rządzenia krajem".

W "Wicekrólu Ouidah" w podobnym stylu opisuje podróż morską: "kiedy statek wpłynął w pas ciszy morskiej, żagle opadły. Płetwy rekinów zataczały kręgi w oleistej wodzie i wszystkim zaczęły puszczać nerwy, a mat wybił marynarzowi zęby rożkiem szkutniczym". Czuć rękę mistrza. Bohaterem tej dwuzdaniowej opowieści, która w tym miejscu zaczyna się i kończy, staje się niby mimochodem nie załoga statku, ani nawet nie rozeźlony mat, ale skromny przedmiot wyciągnięty z zapomnianej rekwizytorni, tyleż intrygujący, co skutecznie pomijany: rożek szkutniczy. Tu w roli doraźnego sojusznika rekinów.

Kolażowa, epizodyczna narracja, przywodząca na myśl szybki montaż filmowy, krótkie, osobne rozdziały, nagłe przeskoki tematyczne i czasowe, równie niespodziewane zmiany rejestru, dominacja parataksy, to wyznaczniki stylu Chatwina, które biorą się zapewne wprost z doświadczenia podróży. Takim skokowym rytmem nacechowane są bowiem wędrówki: wolne od tyranii, jaką jest konsekwencja, naruszające ciągłość, wystawiające podróżnika na nieprzewidywalność świata. Doświadczenie podróży nie dopuszcza do uznania trwałej hierarchii zdarzeń czy wyłonienia się jakiegokolwiek dominującego centrum, a jako zasadę opisu narzuca bezosobową, niedomkniętą formę katalogu, bądź enumeracji, zamieniając reportaż w kolekcję różnorodnych obrazów, scen i anegdot. W ten kumulatywny sposób, od epizodu do epizodu, rozwijały się najstarsze opowieści świata.

Logika takiego rozwoju odcisnęła się na pomyśle fabularnym ostatniej powieści Chatwina "Utz", której bohaterem jest tajemniczy kolekcjoner porcelanowych figurek. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że Chatwin, podróżujący pisarz, sam był takim kolekcjonerem bez stałego miejsca zamieszkania, kosmopolitą żyjącym na uboczu wielkiej historii, choć do końca od tej historii nie wolnym, obcym u siebie, składającym swoje życie z kolejnych miniaturowych figurek z cennego, choć kruchego tworzywa.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]