Wbite do głowy

Imam Janusz Aleksandrowicz przyznaje, że „czysto” tatarskich ślubów jest coraz mniej. Ich wspólnota za bardzo się skurczyła, a powiązania rodzinne psują plany matrymonialne. Żadne bale tego nie zmienią.
Czyta się kilka minut
Kurban Bajram w Kruszynianach, 9 lipca 2022 r. / MICHAŁ KOŚĆ / AGENCJA WSCHÓD / FORUM
Kurban Bajram w Kruszynianach, 9 lipca 2022 r. / MICHAŁ KOŚĆ / AGENCJA WSCHÓD / FORUM

Dwójka chłopców szła wiejską, brukowaną drogą.

– Tatar! Tatar! – krzyknął jeden z nich do bawiącego się na podwórku Bronka. Żaden z ich trójki nie chodził jeszcze do szkoły.

– Sam jesteś Tatar! – odkrzyknął skośnooki Bronek. Nie wiedział, co to znaczy, ale miał przeczucie, że nic dobrego.

Dopiero wtedy rodzice i starsi bracia wytłumaczyli mu, że rzeczywiście jest Tatarem, tak jak oni.

– Żebyś nie poszedł teraz i jakiegoś przezwiska mu nie wymyślił – upomniała go mama.

Kiedy Bronek szedł do szkoły, wiedział już, że w prostej linii pochodzi od pułkownika Samuela Krzeczowskiego, któremu król Sobieski nadał ziemię w ich wiosce, Kruszynianach, że jego przodkowie bili się za Polskę w chorągwiach tatarskich, że jego ojciec walczył z Niemcami, i że może być ze swojego pochodzenia dumny.

Czuł jednocześnie, że w klasie lepiej się nie wychylać i nie następować nikomu na odcisk, bo wtedy koledzy będą go znów nazywać „Tatarem” – i wcale nie będą mieli na myśli zasług jego rodziny. W klasie był jedynym „z naszych”. Był więc grzeczny, dawał od siebie ściągać i unikał konfliktów. Lubiano go.

Chodził z rodzicami i rodzeństwem do meczetu – niewielkiego, drewnianego, pomalowanego na zielono budynku z trzema wieżyczkami. Nie wiedział, co znaczą gardłowe, arabskie słowa wygłaszane przez imama. Powtarzał po innych gesty skłonów.

W Kruszynianach była też cerkiew – rodzina Bronka bywała w niej na ślubach i pogrzebach sąsiadów. Prawosławni też się kłaniali, choć nie tak nisko jak muzułmanie, i słuchali niezrozumiałych dla siebie słów w języku starocerkiewnosłowiańskim. Katolicy jeździli się modlić do pobliskiego kościoła, gdzie ksiądz recytował stare, łacińskie modlitwy. Rodzice mówili Bronkowi, że jest jeden Bóg. Nie pytał, dlaczego oni wierzą po swojemu, a ich sąsiedzi – po swojemu. Tak było: dla Bronka oczywistość, w której nie było nic do rozumienia.

Jego rodzina była kiedyś bogata. Przed wojną mieli 68 hektarów, pochodzących jeszcze z królewskiego nadania. Mama Bronka chroniła się przed słońcem parasolką, kiedy jechała furmanką zawieźć jedzenie najemnym rolnikom. Reforma rolna po wojnie zostawiła im ochłapy.

– O, bieda u nich była – wspomina starsza kobieta, którą zagaduję na ganku. – A wie pan co, ci Tatarzy to chyba za Tuskiem są – dorzuca nagle, niepytana. Tatarskiego by nie zjadła. Kiedyś przynieśli jakieś swoje pierożki, to jej mama wyrzuciła, „dla ptaszków”. Za Tatara by nie wyszła, w życiu. Są i przyjemni Tatarzy, owszem. Też ludzie. Ale trzeba uważać.

Bronisław byłby zdziwiony, gdyby to usłyszał. Żyli przecież zgodnie. Imam na święta nie wzywał do modlitwy z minaretu, zaśpiewując azan na całą wieś – robił to w środku, gdy wszyscy się zeszli. Tatarzy w niedzielę starali się nie wykonywać żadnych hałaśliwych prac, żeby nie zakłócać świętego dnia swoich sąsiadów. Pomagali sobie nawzajem przy polu. Większość z Tatarów przynajmniej goszcząc u chrześcijan nie odmawiała kawałka wieprzowiny czy kieliszka. Jeśli się kłócili z sąsiadami, to o miedzę, nie o Boga. Od katolików i prawosławnych odróżniały ich rysy twarzy i kilka dni w roku, muzułmańskie święta.

„To mnie budowało”

Zjeżdżali się wtedy goście: głównie Tatarzy z okolic, inni z daleka – z Gdańska, Gorzowa Wielkopolskiego. W niektórych domach robiło się tłoczno, dzieci spały w stodole na sianie.

Największym świętem był Kurban Bajram, święto ofiarowania. Wtedy mama Bronka od rana wałkowała ciasto na pierekaczewnik – kilka wielkich płatów, tak cienkich, że prawie przezroczystych. Zawijała je z mięsem według przepisu swojej mamy, która nauczyła się go od swojej mamy – i tak do samego początku istnienia pierekaczewnika.

Później szło się do meczetu, wszyscy w najlepszych ubraniach. Mama Bronka, na co dzień pomagająca przy gospodarstwie, stawała się znów elegancka, jak przed wojną. W świątyni ścisk – z gośćmi było ich 100, 200 osób, czasem nie wszyscy mieścili się w środku.

Rodzina, która miała i chciała pokazać, że ma, stawiała ofiarne zwierzę, zazwyczaj barana. Oprowadzano je trzy razy wokół meczetu i zarzynano, by później podzielić się jego mięsem. Szło się na mizar, cmentarz, po południu długo biesiadowano. Pod wieczór albo następnego dnia goście wyjeżdżali, ale bardziej pobożni gospodarze starali się powstrzymać od prac przez kolejne trzy dni, do końca świątecznego okresu.

Bronisław wyjechał z Kruszynian do Białegostoku już po podstawówce, ale na święta, kiedy tylko się dało, wracał. Pomagał też organizować tatarskie bale, które miały być okazją do zapoznania się Tatarów i Tatarek na wydaniu.

– Bo to nieładnie było, grzech nawet, wydać córkę Tatarkę za katolika czy prawosławnego – oświadcza Stanisława, sędziwa Tatarka. O pokolenie młodszemu Bronisławowi nie przyszłoby do głowy, że to grzech. Ale złożyło się tak, że ożenił się z Tatarką.

– Pamiętaj Bronek, żebyś o meczet, mizar dbał, kiedy mnie zabraknie – powtarzał mu ojciec, przewodniczący muzułmańskiej gminy wyznaniowej w Kruszynianach. Prosił, żeby – jeśli będzie go stać – zbudował swój dom na kawałku ziemi, którą król nadał rodzinie, i związał ją znowu z nazwiskiem ich rodu – Talkowskich. Chłopak nie złościł się o te napomnienia ojca.

– Nigdy nie miałem jakiegoś buntu, zawsze byłem świadom swojego pochodzenia – mówi teraz 70-letni Bronisław. Był dumny z wkładu Tatarów w obronę dawnej Rzeczypospolitej. Ze swojego ojca – że kiedy otrzymał kartę mobilizacyjną w 1939 r., mimo że miał młodą żonę i dwójkę dzieci, poszedł na wojnę. I z tego, że później wrócił do kraju, chociaż miał możliwość wyjechać z rodziną za ocean.

– Tutaj była jego ziemia, korzenie. I to mnie budowało, że to jest dobrze – mówi.

Wyprawa po wiedzę

– Gdyby nie nasza religia, islam, to już dawno zatracilibyśmy świadomość swojej odrębności – mówi Talkowski.

Przez stulecia Tatarzy stanowili większość środowiska muzułmańskiego w Polsce. Zaczęło się to zmieniać w latach 70., kiedy do Polski przyjeżdżali na stypendia pierwsi studenci z krajów arabskich.

Byli ratunkiem dla środowiska Tatarów. O problemie mówiło się w ich środowisku od dawna – nie ma komu uczyć dzieci islamu. Kiedy Bronisław był jeszcze chłopcem, w Kruszynianach był imam, Ali Bajraszewski. Odprawiał świąteczne modlitwy, prowadził ceremonie nadania dziecku imienia, udzielał ślubów, odprawiał pogrzeby i uczył religii. Po jego śmierci do Kruszynian imam już tylko przyjeżdżał.

Tatarskich imamów w latach 80. było kilku. Jeśli kiedyś znali język arabski, to już dawno zdążyli go zapomnieć – umieli odczytać wersy Koranu, ale już ich nie rozumieli. Gdy nie byli pewni, jak przeprowadzić daną modlitwę, nie mieli kogo zapytać. Trzeba by pojechać za granicę, zaczerpnąć wiedzy u źródeł, na południu. W PRL-u zadanie równie niewykonalne, co pielgrzymka do Mekki.

Bronisława religii uczył jeszcze Tatar. Jego o dwadzieścia lat młodszego krewnego, Janusza Aleksandrowicza – już studenci z zagranicy, którzy przyjeżdżali do jego miasteczka na lekcje w weekend. W niewielkiej, może kilkunastoosobowej grupie były dzieci w różnym wieku, więc zadanie nie było łatwe, ale starali się. Na tyle klarownie, na ile pozwalała im ich polszczyzna, tłumaczyli tatarskim dzieciom podstawy ich wspólnej religii. To od nich Janusz dowiedział się, że należy się modlić pięć razy dziennie, wieprzowiny i alkoholu nie spożywać nie tylko podczas Ramadanu, tylko wcale, a w trakcie Ramadanu od świtu do zachodu słońca – nie jeść nic.

W wakacje organizowali kilkudniowe obozy. Chłopak pojechał z nimi w góry. Studenci grali z nastolatkami w piłkę, chodzili z nimi na spacery i opowiadali o Allahu, Mahomecie i Jezusie. Na tym obozie piętnastoletni Janusz Aleksandrowicz poczuł, że rzeczywiście jest muzułmaninem.

– Być może dlatego, że byliśmy w tym razem, wspólnie modliliśmy się pięć razy dziennie? – zastanawia się na głos. Po powrocie postanowił, że będzie podczas Ramadanu utrzymywać ścisły post i modlić się codziennie. Teraz weszło mu to w zwyczaj, choć na początku było ciężko. Kiedy koledzy jedli na przerwach kanapki, burczało mu w brzuchu. Często nie miał możliwości się pomodlić w wyznaczonym czasie i robił to dopiero wieczorem – czasem wszystkie pięć modlitw pod rząd. Wolał tak niż na widoku, na pokaz.

Gdy skończył liceum, dowiedział się od któregoś ze swoich nauczycieli religii, że pojawiła się możliwość wyjazdu do Francji, na studia prawa koranicznego. Wciąż jeszcze każdy z pięciu meczetów, w których spotykali się Tatarzy, miał swojego imama, ale byli to ludzie w wieku emerytalnym. Janusz Aleksandrowicz wiedział, że nie ma ich kto zastąpić. Uznał, że to będzie jego zadanie.

Żeby się utrzymać we Francji, pracował. Zachodnie zarobki robiły na nim wrażenie – za miesięczną, minimalną pensję mógł sobie kupić 10-letni samochód, na który w Polsce musiałby zbierać miesiącami, jeśli nie latami. Jak mówi – miał widoki na ślub z pewną Marokanką, francuski paszport i łatwiejsze niż w Polsce życie.

– Nie zapomniałem, kim jestem. Pojechałem z nastawieniem, żeby zdobyć jak najwięcej wiedzy i przekazać ją innym Tatarom – mówi.

Wrócił. Ożenił się z Tatarką.

Nasza religia

Tak jak planował, został nauczycielem religii muzułmańskiej, później pomocnikiem imama, a w końcu imamem dla mieszkańców Kruszynian – chociaż mieszka w Białymstoku. W ­międzyczasie stosunki pomiędzy środowiskami ­muzułmanów-Tatarów i muzułmanów-przyjezdnych zdążyły się nieco ochłodzić.

Studenci z krajów arabskich mieli własne organizacje – Stowarzyszenie Studentów Muzułmańskich i później Muzułmańskie Stowarzyszenie Kształtowania Kulturalnego, swój meczet w wynajmowanym domu w Białymstoku. Tatarzy skupiali się w założonym jeszcze przed wojną Muzułmańskim Związku Religijnym.

– Na początku lat dwutysięcznych prowadzono rozmowy dotyczące możliwości współpracy w ramach związku – opowiada Tomasz Miśkiewicz, przewodniczący.

Najwyraźniej ich nie znaleziono – w 2003 r. powstała Liga Muzułmańska. Obecnie liczy sobie ok. 35 tys. członków i skupia głównie muzułmanów pochodzenia arabskiego i tureckiego. Do MZR jest zapisanych ok. 500 członków, w większości Tatarów – chociaż działają w jego ramach Turkowie czy Arabowie, m.in. jako imamowie.

Tomasz Miśkiewicz tłumaczy, że powstanie drugiego związku religijnego wynikało z wielu powodów – administracyjnych, politycznych, dyplomatycznych, personalnych. Być może chodziło też o to, że czasem muzułmanom z różnych środowisk trudno znaleźć wspólny język.

– Nie izolujemy się od nich, ale nie pałamy wielkimi uczuciami... – mówi Bronisław Talkowski. Uważa, że religia przyjezdnych muzułmanów ma zabarwienie wynikające raczej z kultury niż z zasad ich wspólnej religii. Niektórzy z przyjezdnych muzułmanów sądzili, że to islam Tatarów ma „zabarwienie”. To rodziło napięcia.

– My po prostu jesteśmy troszkę inni – podsumowuje Talkowski, chociaż nie kwestionuje zasług studentów w kształceniu tatarskiej młodzieży.

– Tak, Arabowie uczyli tatarskiego na religii – przyznaje siwa Stefania. Ma na myśli arabski – jej przodkowie ­rzeczywiście posługiwali się własnym językiem, ale zapomnieli go tak dawno temu, że nawet jej prababka nie mogła go słyszeć.

– Ale po swojemu tatarskiego uczyli! – dorzuca jej syn.

– Oni wymawiają inaczej – tłumaczy kobieta. Teraz, kiedy imam się modli, to co najwyżej końcówki złapie. Modli się po swojemu, jak umie.

Nie chodzi zresztą tylko o obcokrajowców. – Teraz ci nowocześni imamowie, uczeni, to robią jakby nie naszą religię – tłumaczą. Podają przykład – pogrzeby. Kiedyś ludzie stali w rzędzie, od północnej strony. Dalej imam i od południowej strony składano ciało – a teraz wszyscy w kółeczku stoją!

– To ludzi irytowało i irytuje – przyznają.

Jak było, będzie

Dawno temu, jeszcze przed wojną, kiedy Stefania była dziewczynką, Jakub Szynkiewicz, religijny przywódca polskich Tatarów, zwołał zebranie imamów. Szynkiewicz miał ciemną karnację, skośne oczy i nosił podkręcanego, czarnego wąsa. Był doktorem filozofii, znał doskonale arabski i kilka innych języków bliskowschodnich, przełożył na polski fragmenty Koranu. Jeździł na Bliski Wschód, uczestniczył w obradach światowego kongresu muzułmańskiego w Egipcie.

Wyłożył tatarskim imamom powód ich zjazdu. Mówił niewątpliwie bardzo uczenie, być może z pamięci przywołując wersety z uczonych ksiąg – w każdej gminie zwyczaje pogrzebowe wyglądają inaczej. Należy to usystematyzować, zadbać o to, żeby było zgodnie z muzułmańskim prawem – oznajmił.

– Mufti, nie będziesz nas pouczał. Jak było od dawna, tak będzie dalej – powiedział jeden z przybyłych, gdy Szynkiewicz skończył przemawiać.

Za czasów Szynkiewicza Tatarów w Polsce mieszkało około 3 tys. W spisie powszechnym z 2011 r. przynależność do tej grupy etnicznej zadeklarowało niespełna 2 tys. osób. W latach 90., poza Januszem Aleksandrowiczem wyjechało kilka osób, by studiować prawo szariatu. Trójka z nich została imamami. Od tego czasu żaden z Tatarów nie poszedł w ich ślady.

Aleksandrowicz pamięta pierwsze lata, kiedy sprawował swoją funkcję. Zdarzało mu się udzielać i dwóch tatarskich ślubów miesięcznie. Ostatnia ceremonia zaślubin, której przewodniczył, odbyła się chyba trzy lat temu – sam już nawet nie pamięta. Pogrzebów za to przybywa – ma ich kilka, kilkanaście w roku.

– Może jeszcze parę lat i przyjdą dzieci osób, którym wtedy udzielałem ślubów? – mówi z nadzieją Aleksandrowicz. Przyznaje, że „czysto” tatarskich ślubów jest coraz mniej. Ich grupa za bardzo się skurczyła, powiązania rodzinne psują matrymonialne plany. Żadne bale tego nie zmienią.

Kruszyniany się jednak nie wyludniają. Domki kupują, budują Tatarzy z miast – przyjeżdżają na weekendy, na stałe. Do Kruszynian wrócił też Bronisław Talkowski. Postawił dom na kawałku ziemi nadanej kiedyś jego rodzinie przez króla i tak jak jego ojciec został wybrany przewodniczącym tutejszej muzułmańskiej gminy wyznaniowej.

Działa tu Centrum Edukacji i Kultury Muzułmańskiej Tatarów Polskich, które powstało między innymi dzięki jego wysiłkom. Od kilku lat organizuje się Sabantuj, tatarskie święto plonów, występuje istniejący od ponad 20 lat tatarski zespół wokalno-taneczny Buńczuk.

Dla Stefanii to nowinki. Dla niej bycie Tatarem nie jest o tym. Jej rodzina dwa razy podarowała na Kurban Bajram barana ofiarnego. Zwyczaj nakazywał siedmiokrotnie wziąć udział w rytualnym obmyciu ciała przed pogrzebem – ona obmywała dwanaście razy. Wychowała swoje dzieci na muzułmanów, chociaż na święta Bożego Narodzenia stawiała im choinkę, by nie czuły się gorsze. Jej prawnuk jest katolikiem – nie ma o to żalu. Chociaż ona swojej wiary by nie zmieniła.

– No więc co to jest ta tatarskość, pani zdaniem?

Patrzy na mnie oczami o intensywnej barwie.

– To jest to, co wbite do głowy – mówi.©

Korzystałem ze „Słownika biograficznego Tatarów polskich w XX wieku” pod red. Aleksandra Miśkiewicza (2016).

Imiona niektórych rozmówców zostały zmienione.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 36/2022