W co się bawić

Najgorszy czas w 75-letniej historii „Tygodnika”? Nie, to nie było w okresie zamknięcia redakcji za odmowę druku pożegnania Stalina i nie wcześniej, w apogeum stalinizmu. To było za Gierka, kiedy...

Reklama

W co się bawić

W co się bawić

17.03.2020
Czyta się kilka minut
Najgorszy czas w 75-letniej historii „Tygodnika”? Nie, to nie było w okresie zamknięcia redakcji za odmowę druku pożegnania Stalina i nie wcześniej, w apogeum stalinizmu. To było za Gierka, kiedy dookoła bawiono się w najlepsze.
Krzysztof Kozłowski i Jerzy Turowicz w redakcji „TP”, lata 80. / ARCHIWUM „TYGODNIKA POWSZECHNEGO”
M

Musiało to być jakieś 15-20 lat temu, pod koniec któregoś z imieninowych ognisk, organizowanych przez Krzysztofa Kozłowskiego w ogrodzie na Woli Justowskiej. Wieloletni zastępca redaktora naczelnego „TP” znalazł podczas domowych porządków pewien maszynopis i, sam porządnie zaskoczony tym, co w nim wyczytał, postanowił opowiedzieć jego historię zgromadzonym. Po latach szczegóły się zatarły, ale to wspomnienie jest wyraźne. „Tygodnikowy” nestor, dla grupy zgromadzonych mistrz i mentor, w swoim stylu niespiesznie, robiąc pauzy i budując napięcie przed co bardziej nieoczekiwaną puentą, czyta i z powściągliwą ironią komentuje pojawiające się w tekście, niewolne od patosu frazy. Patos u tego akurat autora? Unikającego wielkich słów realisty?

Kilkustronicowy dokument był tekstem wystąpienia, jakie wygłosił sam Kozłowski w maju 1974 r. do grona kilkudziesięciu redaktorów i współpracowników „Tygodnika”, szykującego się powoli do własnego 30-lecia (pierwszy numer ukazał się 24 marca 1945 r.), a w bliższej perspektywie do 30-lecia PRL. „Dosyć to było przyjemne, poziom wysoki, atmosfera czysta. Wygłoszono trzy referaty: Stomma o polityce, Turowicz o Kościele, Kozłowski o „Tygodniku Powszechnym”. Stommy i Kozła bardzo dobre” – wspominał to spotkanie w swoich „Dziennikach” Stefan Kisielewski, który odczytał wówczas niedrukowalny z punktu widzenia redakcji (a pewnie bardziej: cenzury) felieton, i który wśród uczestników narady wymieniał także innych gości z Warszawy: Władysława Bartoszewskiego, Pawła Hertza, Henryka Krzeczkowskiego, Andrzeja Micewskiego i Andrzeja Wielowieyskiego.

Co ciekawe, sam Kozłowski wiele więcej szczegółów nie pamiętał, a może po prostu słuchacze jego opowieści, myślami będący już między wódką a zakąską, o te szczegóły nie dopytywali. Do samego referatu przywiązywał jednak na tyle dużą wagę, że kilka lat później przekonał Michała Komara – autora rozmowy rzeki „Historia z konsekwencjami” (ukazała się w 2009 r.) – do zamieszczenia jego tekstu w całości.


75-lecie „Tygodnika Powszechnego” – czytaj więcej w serwisie specjalnym >>>


Gdy możliwości wszystkie wyczerpiemy

W opowiadanej po wielekroć historii „Tygodnika” wskazanie najtrudniejszego momentu zawsze wydawało się proste: apogeum stalinizmu. Powołane do życia zaledwie kilka lat wcześniej pismo nie miało jeszcze późniejszej tradycji czy marki. Funkcjonujący na nieco podobnych zasadach „Tygodnik Warszawski” został już zamknięty, a jego redaktorów aresztowano i skazano na wieloletnie więzienie. Przedstawiciele Episkopatu podpisali narzucone przez władzę porozumienie między państwem a Kościołem, gdzie w zamian za (mocno teoretyczną, jak się miało okazać) swobodę pracy duszpasterskiej potępiali podziemie niepodległościowe i akceptowali kolektywizację wsi. Funkcjonowanie krakowskiej kurii, która formalnie była wówczas wydawcą „TP”, zostało poważnie utrudnione aresztowaniem (pod fałszywymi zarzutami) grupy pracowników, skazanych następnie w pokazowym procesie na najsurowsze kary. Do więzienia trafił wyznaczony przez zmarłego w 1951 r. kard. Sapiehę na administratora diecezji abp Eugeniusz Baziak.

Także wokół „Tygodnika” pętla zaciskała się coraz mocniej: cenzura wstrzymywała całe numery lub zatrzymywała poszczególne artykuły, a redakcja – nie mogąc w żaden sposób zaznaczyć tych ingerencji – komunikowała się z czytelnikami, stawiając na ostentacyjną ponadczasowość zamieszczanych tekstów. W 1952 r. cały numer poświęcono tematyce Tatr i Podhala. Pytanie brzmiało jednak: jak daleko można się cofnąć?


Krzysztof Kozłowski i Jerzy Turowicz w redakcji "TP", lata 80.

Po zakończeniu procesu krakowskiej kurii przez Polskę przetoczyła się kampania nienawiści. Do wydawania oświadczeń „odcinających się” zmuszono wiele środowisk (pod listem krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich pojawiły się czołowe później nazwiska polskiej kultury), a także instytucje kościelne. Niepodpisane oświadczenie „Po procesie krakowskim” – po kilkutygodniowej ­przerwie w ­ukazywaniu się pisma (redakcja negocjowała z władzami każdą linijkę) – w 1953 r. zamieścił również „Tygodnik”. Stwierdzano w nim, że niektórzy duchowni z diecezji brali udział „w antypaństwowej działalności konspiracyjnej, a także współpracowali z wrogimi dla interesów polskich ośrodkami wywiadu amerykańskiego” i że te „działania przestępcze, szkodliwe dla interesów państwa, wyrządziły niezmierne szkody Kościołowi”.

„Dzisiaj tekst brzmi horrendalnie, wtedy wydawał się kompromisowy, ale znośny” – wspominał jeden ze współautorów, Stanisław Stomma. Niemniej redakcja przez lata żałowała tamtej publikacji, zwłaszcza że kilka tygodni później umarł Stalin i kolejnego ustępstwa już nie było. Za odmowę druku artykułu żałobnego „Tygodnik” – po wielu tygodniach rozmów z władzami, kiedy cenzura zwracała kolejne numery przekreślone w całości – został zamknięty, a jego lokal na Wiślnej 12 – opieczętowany. Wkrótce wydawanie pisma wznowiono, pod niezmienionym tytułem, ale ze zmienioną redakcją, zorganizowaną przez ściśle współpracujące z komunistami stowarzyszenie PAX. Czytelnicy nie dali się jednak nabrać.

Przez kolejne trzy lata ojcowie założyciele „TP”, zwłaszcza Jerzy Turowicz i Stanisław Stomma, nie mogli znaleźć pracy i, jak pisał w „Dzienniku 1954” współpracujący z pierwszym „Tygodnikiem” Leopold Tyrmand, „szlifowali bruki” (pomagali im niekiedy zaprzyjaźnieni duchowni, np. Ferdynand Machay czy publikujący w „TP” od 1948 r. Karol Wojtyła, a także – z Paryża – Jerzy Giedroyc). Władze internowały w Komańczy prymasa Wyszyńskiego. UB rozpoczęła operację „Pióro”, w celu rozpracowywania rozwiązanego zespołu „TP”. Szansa na powrót pisma do prawowitej redakcji pojawiła się dopiero w 1956 r., na fali gomułkowskiej odwilży: pierwszy „Tygodnik” ukazał się na Boże Narodzenie, z numeracją nawiązującą do ostatniego wydania sprzed śmierci Stalina.

Pot zimny zrasza zaraz czoło

W referacie Kozłowskiego z 1974 r. mowa także o tamtych czasach. O tym, że II wojna światowa skończyła się dla większości Polaków poczuciem przegranej. Że zarysowały się wówczas trzy modele zachowań: trwanie w konspiracji, oparte na nadziei na szybki konflikt mocarstw i interwencję Zachodu; przeczekanie i nieangażowanie się w sprawy publiczne, wręcz schodzenie na pozycje emigracji wewnętrznej, niechętnej wszystkiemu, co niesie nowa rzeczywistość; i wreszcie postawa trzecia, reprezentowana m.in. przez twórców „TP”, którzy „wbrew wszystkiemu, niezależnie od obcej, a często i wrogiej im sytuacji politycznej, postanawiają robić to, co się da zrobić”. Że to pismo stworzono „na zasadzie legalności, lojalności wobec nowych władz, stając równocześnie w ostrej opozycji wobec urzędowej ideologii”; że była to instytucja „obca politycznie komunizmowi, ale jednocześnie od początku zaangażowana w odbudowę kraju, we wszystko, co pozytywne w nowej rzeczywistości”.

W stalinizmie ta strategia musiała się wyczerpać: „Tygodnik” znalazł się w defensywie. „To już nie poszerzanie działalności, lecz przeciwnie, coraz bardziej rozpaczliwa obrona i zawężona z konieczności tematyka. Już nie polemiki, lecz obrona przed narzucanym kłamstwem – przypominał na spotkaniu współpracowników Kozłowski. – Wyjałowiony tematycznie »TP« cieszy się wszakże uznaniem społecznym jako pismo, które nie kłamie i nie sprzeniewierza się temu, co głosiło. Tylko tyle i aż tyle reprezentował »TP« w przededniu zamknięcia”.


Czytaj także: Michał Okoński: Historia pewnego kłamstwa - o liście Jana Pawła II do Jerzego Turowicza na 50-lecie "Tygodnika Powszechnego"


 Później przyszedł październik ’56: nadzieje, ale i pułapki, związane z uwikłaniem w oficjalne formy działania – w tym przez reprezentację w fasadowym Sejmie PRL. Przez kilka lat łudzono się, że demokratyzacja będzie postępować; w tym czasie – jak wspominał pracujący już wtedy na Wiślnej Kozłowski – „bieżące sprawy polityczne zajmowały – może nie tyle na łamach pisma, co w naszym myśleniu – poczesne miejsce”. Co prowadziło mówcę do sformułowania memento, brzmiącego aktualnie w kontekście każdej kolejnej próby włączenia „Tygodnika” w doraźną politykę: „Próby naprawiania Rzeczypospolitej groziły jednak coraz bardziej pośrednim uwikłaniem »TP« w frakcyjną walkę wewnątrzpartyjną. Bowiem jak zawsze – szczególnie w Polsce – pewne zamierzenia programowe przekształcają się szybko w określone układy personalne”.

Później przyszły Marzec ’68 i Grudzień ’70: na fali anty­semickiej kampanii władze wygnały z kraju tysiące ludzi, a do zdławienia robotniczego protestu użyły czołgów. W konsekwencji doszło wprawdzie do partyjnego przesilenia: Władysław Gomułka stracił stanowisko, a I sekretarzem KC PZPR został Edward Gierek, ale nie przyniosło to – wbrew sloganom o „socjalizmie z ludzką twarzą” – nadziei na demokratyzację. U progu 30-lecia pisma Kozłowski diagnozował jego sytuację następująco: „Skończyły się możliwości manewru politycznego, rośnie liczba zakazów i barier politycznych. Przeszliśmy więc od paru lat do defensywy polegającej na chęci utrzymania stanu posiadania, co też się nie bardzo udaje”.

Owszem, „Tygodnik” tamtych czasów to wielka ofensywa soborowa; wierne towarzyszenie przemianom związanym z otwarciem Kościoła na świat. Tu jednak również natrafiano na trudności, i to nie tylko związane z oporem tradycyjnie myślącej części Episkopatu (czy nawet niektórych współpracowników, np. wspomnianego już Stefana Kisielewskiego). Ofensywa utknęła także dlatego, że – jak mówił Kozłowski – „mimo wszystko dużo osiągnęliśmy”. Innym problemem było to, że „zostaliśmy zdystansowani przez szybkie i dalej idące reformy w Kościele zachodnim; co więcej – w pewnych wypadkach nawet my musimy się bronić przed ekstremizmem katolickiej awangardy zachodniej”.

Inteligencja już nie bawi się w Kopciuszka

No dobrze, nie było łatwo. Ale łatwo w „Tygodniku Powszechnym” nie było przecież nigdy. Skąd przekonanie, któremu Krzysztof Kozłowski dawał po latach tak dobitne świadectwo, że czas tamtego referatu był najgorszy w dziejach „Tygodnika”? Przeglądane prawie pół wieku później stare roczniki nie uprawniają do mówienia o kryzysie pisma.

To właśnie wtedy Jerzy Turowicz rozmawia z Dom Hélderem Câmarą, słynnym brazylijskim biskupem i obrońcą ubogich, i pisze – po długiej rozmowie w Rzymie – pierwszą w Polsce tak obszerną sylwetkę Matki Teresy. To wtedy w artykule „Boskie i cesarskie” formułuje zasady rozdziału Kościoła od państwa w oparciu o ścisłą neutralność światopoglądową, które brzmią aktualnie także w 2020 r. „Kościół dziś bardziej niż kiedykolwiek rozumie swoją misję w historii jako przekształcanie świata – pisze wtedy wieloletni naczelny „TP”. – Lecz realizacja tej misji bynajmniej nie musi naruszać autonomii życia politycznego, bo drogą do tej realizacji jest nie bezpośrednia ingerencja w życie polityczne, lecz głoszenie Ewangelii, wychowywanie w ludziach poczucia odpowiedzialności, urabianie wrażliwości na indywidualny i zbiorowy los bliźniego, współpraca ze wszystkimi ludźmi dobrej woli, wreszcie przypominanie fundamentalnych zasad moralnych i apelowanie do opinii publicznej świata”.

Na łamy „TP” po trzyletniej przerwie wracają felietony Kisiela, którego po wzmiance o „dyktaturze ciemniaków” u progu Marca ’68 na warszawskiej ulicy biją tzw. nieznani sprawcy i któremu władze blokują możliwość pisania (redakcja płaci za felietony przez cały czas, próbując przemycić inne teksty Kisielewskiego, podpisywane żeńskim pseudonimem). Zbigniew Herbert przysyła do druku „Przesłanie Pana Cogito”, cenzura puszcza także (w tzw. numerze polonijnym) tekst Marka Skwarnickiego o poezji Czesława Miłosza. Redakcję na Wiślnej odwiedza zaprzyjaźniony już wówczas z Naczelnym Brat Roger z Taizé, ks. Józef Tischner polemizuje z Turowiczem na temat stosunku chrześcijaństwa do filozofii współczesnej, Zbigniew Podgórzec startuje z cyklem wywiadów z niezależnymi pisarzami rosyjskimi.

Redakcję wzmacniają też młode, świetne (i konserwatywne wówczas) pióra z Warszawy: Marcin Król i Wojciech Karpiński, autorzy drukowanych na łamach „TP” „Sylwetek politycznych XIX wieku”. Prawdziwym przełomem jest jednak pojawienie się Antoniego Słonimskiego. Jak wspominał Jerzy Turowicz w rozmowach z Jackiem Żakowskim, był to „największy i najbardziej spektakularny objaw przełamania niechęci, jaką liberalna inteligencja twórcza tradycyjnie żywiła do nas, jako środowiska związanego z Kościołem”. Swoje teksty nadsyłają już wówczas Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki (i trwa przyjaźń dwojga poetów z Jerzym Turowiczem), Jerzy Andrzejewski czy Wiktor Woroszylski; w roku 30-lecia pisma publikują także Stanisław Barańczak, Ryszard Krynicki, Jan Józef Lipski i Michał Głowiński.

To ważna zmiana w porównaniu z początkiem lat 60., kiedy redaktorzy „TP” inicjowali spotkania z rozczarowanymi zamrożeniem popaździernikowej odwilży tzw. rewizjonistami, proponując współpracę. Wówczas odpowiedzią było – jak streszczał po latach Kozłowski – „że »Tygodnik« powinien mówić ich głosem – nie oni w »Tygodniku«, ale »Tygodnik« jakby za nich”, z obawy przed zamknięciem w jakimś „katolickim getcie”. Teraz podobnych wątpliwości już nie było. Wedle wspomnień Turowicza: „»Tygodnik« stawał się uznaną częścią polskiego kulturalnego establishmentu i jednym z głównych wyrazicieli niezależnej myśli”.

Grom i zabawom końca nie ma

Z perspektywy zwykłego obywatela sprawy kraju też wydawały się iść w – relatywnie, rzecz jasna – dobrym kierunku. Na tle przaśnego Gomułki nowy I sekretarz ze swoim „Pomożecie?” wyglądał na niemal Europejczyka. Władze PRL zaciągały zagraniczne kredyty, Warszawę odwiedzali przywódcy państw zachodnich, m.in. prezydent USA Gerald Ford i prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing. Z więzień wyszli nie tylko Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, ale też skazani w procesie „Ruchu”, którzy w 1970 r. próbowali zniszczyć muzeum Lenina w Poroninie.

Społeczeństwo zaczęło konsumować, również w czasie wprowadzanych stopniowo wolnych sobót. Przeprowadzono reformę administracyjną kraju: z 17 województw powstało 49, co na Wiślnej uznawano za sukces Gierka. „Z jednej strony pozbył się potężnych, autonomicznych rywali, owych możnych sekretarzy wojewódzkich, z drugiej dał masie działaczy powiatowych możliwości awansu, zaskarbił sobie ich względy i wdzięczność – komentował Kisielewski w „Dziennikach”. – Buduje na tępakach, ale buduje”.

W roku 30-lecia „TP” w fabryce w Tychach rozpoczęła się produkcja Fiata 126 p – słynnego „malucha”. W telewizji ruszyły seriale: „Czterdziestolatek” i adresowany do młodzieży „Karino”. Ryszard Szurkowski wygrał Wyścig Pokoju. Piłkarze – którzy rok wcześniej na mundialu w RFN zajęli trzecie miejsce – rozgromili w Chorzowie Holandię (wygrana 4:1 z wicemistrzami świata, z Krolem, Neeskensem i Cruyffem w składzie, pozostaje do dziś najlepszym meczem w dziejach polskiego futbolu). Krystian Zimerman zwyciężył w Konkursie Chopinowskim. Na ekrany kin weszła „Ziemia obiecana” Wajdy, na deski teatru – „Umarła klasa” Kantora, w humanistyce rozpoczęła się dyskusja wokół „Gorączki romantycznej” Janion.

Jeśli mierzyć optymizm Polaków liczbą zawieranych małżeństw, w 1975 r. padł powojenny rekord, zresztą są i bardziej dobitne dowody wyśmienitych nastrojów. Z dokonanego przez TNS Polska zestawienia sondaży, w których Ośrodek Badania Opinii Publicznej (poprzednik TNS) prosił Polaków o odpowiedź na pytanie, jaki był mijający rok z perspektywy osobistych wydarzeń, kraju i świata, wynika, że w ciągu półwiecza 1963–2013 Polacy najlepiej ocenili właśnie rok 1975.


Redakcja "TP", lata 60. Od lewej: ks. Andrzej Bardecki, Tadeusz Żychiewicz, Bronisław Mamoń, Marek Skwarnicki, Stefan Wilkanowicz, Jacek Woźniakowski, Józefa Hennerlowa i Krzysztof Kozłowski

„Mieni się wkoło śmiech perlisty / Grom i zabawom końca nie ma” – piosenka Wojciecha Młynarskiego „W co się bawić” jest wprawdzie starsza o kilka lat, ale wydaje się trafnie opisywać tamten moment, łącznie z przeczuciem, co się stanie, „gdy możliwości wszystkie wyczerpiemy ciurkiem”. Sam Kozłowski mówi na zebraniu autorów i współpracowników „TP”, że „sukcesy gospodarcze, a nawet socjalne idą w parze z nienaruszalnym monopolem władzy politycznej” – wzmocnionej także sytuacją na arenie międzynarodowej (choćby po traktacie ZSRR–RFN, wizycie kanclerza Brandta w Warszawie oraz akceptacji przez Niemcy Zachodnie granicy na Odrze i Nysie) i poczuciem pełnej kontroli nad niemal nieistniejącymi wówczas środowiskami opozycyjnymi (drugi obieg to wciąż pieśń przyszłości).

Ale nie na tym jeszcze polega sedno problemu.

Więc chociaż wszyscy są szczęśliwi

Wicenaczelny „Tygodnika” zdawał sobie wówczas sprawę, że pismu nic nie zagraża: chodzi „nie tyle o obronę siebie, co o obronę najbardziej elementarnych wartości społecznych przemielonych w totalitarnym młynie epoki stalinowskiej i wykoślawionych w latach późniejszych”. Jego diagnoza świata, w którym tylu dokoła zdaje się zastanawiać, „w co się bawić”, była dramatyczna: chodzi o obronę tego, co w ludziach zostało jeszcze niezapomniane, niezdemoralizowane i niewypaczone.

„Totalizm daje w efekcie miazgę społeczną – mówił Kozłowski, świadom powierzchowności gierkowskiej prosperity. – Żyjemy wśród ludzi, którzy są stale i z wszystkiego niezadowoleni, którzy źle się czują w rodzinie, w szkole, w zakładzie pracy i poza pracą, w Kościele, w kraju. Wśród ludzi szukających ucieczki i namiastki życia w dorabianiu się, w alkoholizmie i w kombinowaniu, by jak najmniejszym wysiłkiem uzyskać możliwie dużą ilość pieniędzy”. Nowe pokolenie Polaków, kontynuuje wiceszef, przestało widzieć „relację pomiędzy własnym wkładem pracy a tym, co się należy od państwa, społeczeństwa, najbliższej grupy społecznej, przy równoczesnym manifestowanym wręcz nieidentyfikowaniu się z jakąkolwiek społecznością i przy wyraźnym zaniku społecznego sposobu myślenia i reagowania”.

Na marginesie warto zauważyć zgodność tego opisu z dziennikowymi zapiskami Kisielewskiego. „Wyrasta pokolenie, które nie widzi nic anormalnego w sytuacji, że ktoś za nich myśli, decyduje, ustala, a oni nic, tylko chodzą w zakreślonym im »magicznym kręgu« spraw” – pisze 14 kwietnia 1973 r. felietonista „TP”, jakby oglądał nasze facebookowe bańki. „Gierek stara się jak może, żeby Polskę zsowietyzować – dodaje 6 sierpnia 1974 r. – Z jednej strony daje »atrakcje«, samochody, urlopy, bary, niezdarne okropnie, ale zawsze atrakcje – z drugiej cenzura trwa jak mur”.

O funkcjonowaniu tej ostatniej wypadałoby właściwie napisać osobny tekst: co robiło z człowiekiem poczucie, że nie może się wypowiedzieć w pełni swobodnie. Drobny przykład z 1975 r. daje w swoim „Dzienniku” Jan Józef Szczepański, piszący dla „TP” relację z wrześniowego Festiwalu Polskich Filmów w Gdyni. Redakcja wzywa go nagle w związku z zakwestionowanymi przez cenzora krytycznymi uwagami o funkcjonowaniu ministerstwa kultury, co zostaje uznane za „podważanie podstaw ustroju”. „Cenzor tłumaczył Kozłowskiemu, że krytykować można jedynie realizatorów i scenarzystów. To oni mają być winni brakowi współczesnego ­tematu w kinie” – pisze Szczepański, dodając, że tekst przeredagował i że „Staszek Lem snuje marzenia, jak to kiedyś będzie wieszał cenzorów”, on sam zaś chciałby tylko „mieć okazję powiedzieć takiemu fagasowi, czym jest jego działalność”.

W obliczu „miazgi społecznej” nie chodzi już o strategię polityczną, rozumianą przez wybór, czy powinno się być bardziej na prawo (jak chciał Kisiel), czy na lewo (na co wskazywała obecność na łamach Słonimskiego). Pojawia się problem tożsamości narodowej i niechęci do angażowania się w sprawy własnego kraju. Dramatem jest nie tylko fala emigracji – pomarcowe wypędzenie Żydów, ale też umożliwione dzięki układowi z RFN wyjazdy z ziem zachodnich (Mazurzy jako grupa etniczna przestają właściwie istnieć), a do tego liczne ucieczki i emigracja motywowana ekonomicznie. Dramatem jest także druga skrajność, o której mówi Kozłowski: z kompleksów zrodzony nacjonalizm.

Gdy takie serio mierzi cię i odpycha

Nie sposób dziś, czytając tamten tekst, nie myśleć o podobieństwach diagnozy społecznej. Nie sposób nie myśleć o analogii między postawami pierwszego pokolenia urodzonego w PRL a np. milenialsami. Co z tego miałoby jednak wynikać dla „Tygodnika”?

W głosie Kozłowskiego, odczytującego po latach tamto wystąpienie, naprawdę było słychać zdziwienie: „Do naczelnych zadań pisma należy zmuszanie do myślenia w kategoriach wspólnoty narodowej, ratowanie wszelkich więzi pomiędzy sfrustrowanymi jednostkami, uczenie szacunku dla wspólnej skomplikowanej przeszłości, likwidowanie bezsensownych, urazowych podziałów dnia wczorajszego, uczenie kultury współżycia bez względu na różnice, wskazywanie na możliwości nadal tkwiące w społeczeństwie. Problem nie polega na tym, że większość z mówiących po polsku nie uważa się za Polaków, lecz na tym, że w gruncie rzeczy ogromny procent obywateli polskich nie identyfikuje się w pełni z własną rodzimą społecznością, nie poczuwa się wewnętrznie do moralnej współodpowiedzialności za resztę współobywateli, nawet za tych, z którymi przychodzi razem żyć i pracować”.

„Jesteśmy dość osamotnieni w pragmatycznej i agresywnie społecznej Polsce – diagnozował Kozłowski, odwołując się wprost do rozumienia towarzyszącego „Tygodnikowi” od chwili powstania przymiotnika „katolicki”. – Ale ta właśnie nasza inność, jeśli tylko jej nie zatracimy, stanowi naszą autentyczną siłę”. „Nie chodzi przecież o to – kontynuował – by wszyscy nasi czytelnicy zgadzali się z nami światopoglądowo, lecz by razem z nami dostrzegali problemy wybiegające poza płaski pragmatyzm codziennego życia. Ale na to trzeba w piśmie stawiać pytania po swojemu, we własnym, a nie zapożyczonym języku, doszukiwać się nie doraźnych recept, lecz sensu dokonujących się procesów. Jeżeli oczekuje się czegoś od nas, to chyba tego, czego zawsze oczekiwano od chrześcijaństwa: niekoniunkturalnych ocen i ukazywania sensu losu człowieka. I w tym właśnie nikt nas nie wyręczy”.

Daleka pora na pytanie to czy bliska

Kolejne tygodnie, miesiące i lata przyniosły kolejne wstrząsy. Nie chodzi tylko o podpisanie 1 sierpnia 1975 r. w Helsinkach tzw. aktu końcowego KBWE i coraz wyraźniejsze oparcie się powstających wówczas opozycyjnych ruchów w Europie Środkowej na języku praw człowieka. I nie tylko o podpisany w grudniu przez 59 intelektualistów protest przeciwko projektowanym zmianom w konstytucji PRL (jego sygnatariusze – w tym ludzie z kręgu „TP” – domagali się m.in. zagwarantowania w niej wolności sumienia i praktyk religijnych, wolności pracy i niezależnych związków zawodowych, prawa do strajku, respektowania wolności słowa, nauki i zniesienia cenzury, zamiast dopisywania do tekstu przewodniej roli PZPR i przyjaźni z ZSRR) albo o gest ostatniego reprezentanta środowiska „TP” w Sejmie, Stanisława Stommy, który jako jedyny nie poparł tychże zmian podczas głosowania.

Latem 1976 r. doszło do protestów w Ursusie i Radomiu, we wrześniu powstał Komitet Obrony Robotników, w 1978 r. patron „Tygodnika” został wybrany na papieża, a dwa lata później zaczął się karnawał Solidarności, o którym mówiło się z kolei, że w dziejach „Tygodnika” był okresem najlepszym. Dalej przyszedł stan wojenny, kolejne zawieszenie pisma i jego powrót w wielkim stylu, z kolejnym pokoleniem autorów reprezentujących różne nurty antykomunistycznej opozycji. W końcu był upadek komunizmu i kolejne zaangażowania w oficjalne formy działania (Jerzy Turowicz przemawiał przy Okrągłym Stole, Krzysztof Kozłowski został senatorem i pierwszym niekomunistycznym ministrem spraw wewnętrznych) oraz pytania, czy w nowej rzeczywistości misja „TP” nie została aby wypełniona. Prawdę powiedziawszy, pamiętam też inną kolację z udziałem autora tamtego wystąpienia – z jesieni 1991 r., gdy dopiero zaczynałem pracę w „Tygodniku” – podczas której zastanawiał się, czy pisma nie powinno się rozwiązać, bo nie ma nic śmieszniejszego niż bokser podskakujący nadal w ringu i wykonujący wyimaginowane ciosy, kiedy przeciwnik leży dawno znokautowany.

Tyle że – z dzisiejszej perspektywy widać to jakże wyraźnie – tamto wystąpienie Krzysztofa Kozłowskiego brzmi jak program nieograniczający się tylko do kolejnych tygodni, miesięcy i lat funkcjonowania pisma w peerelowskiej rzeczywistości. Dlatego nawet tę odrobinę patosu, od której tak się wówczas dystansował, możemy z okazji jubileuszu zmieścić na łamach. ©℗

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

W czasach tej zarazy i starości zwykło się życzyć zdrowia, choć obiektywne trudności i braki, świadczą, że nie starczy dla każdego pakiet sanacji taki. Niech więc dla wszystkich będzie bez limitu i poza kolejnością to, co jest empatią, oddechem ulgi i prawdy wolnością. 75 lat to w sam raz tyle, żeby płomień w nas jeszcze raz zmienił proch w motyle.

Autor już nie pierwszy raz przybliż nam w sposób szczery i wiarygodny zdarzenia i zmagania "Tygodnika Powszechnego", Tym razem szkicuje całą jego historię w sposób dla mnie mistrzowski. Wprowadza w klimat i realia zdarzeń i działań pisma, układa je w socjologicznie logiczna całość i historyczna scenerie nie zapominając o "human factor", tem najistotniejszym elemencie składanki. Cieszę się, że znalazłam czas na ten tekst dopiero dzisia,j w dniu 75 lecie pisma!
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]