W 1950 r. Violette Leduc i Jean Genet, dwoje pisarzy, nakręcili kilkuminutowy filmik. Oto matka wyszła na spacer z dzieckiem w wózku. Genet jest bobasem opatulonym w organdynę; ma w ręku rózgę, którą biczuje matkę. Matka, czyli Leduc, w stroju z lat 20., chyli się przed ciosami i w pewnym momencie gubi blond perukę.
Simone de Beauvoir, kochanka Sartre’a, pisała przy tej okazji do Algrena, innego kochanka: „Podejrzana zabawa (…) Genet gra rolę odnalezionego dziecka. Brzydka odgrywa matkę: prowadzi po alejce wózek, a dziecko smaga ją rózgą. Jeśli przypomnieć sobie, że Genet nie miał matki i bardzo z tego powodu cierpi, a Brzydka nienawidzi swojej i rozkoszuje się tym, że Matka w postaci, której jej użycza, jest biczowana, ujrzymy w tej scenie spontanicznie odegraną psychodramę”.
Leduc i Genet poznali się pod koniec wojny. Ich przyjaźń cementowały nie tylko kwestie matek i podłego dzieciństwa; ona również zazna uroków – na krótko – więzienia, tyle że za lżejsze niż on paragrafy. Podczas wojny i przez pierwsze lata po jej zakończeniu Leduc handlowała z dużym sukcesem na czarnym rynku; wreszcie wpadła. Była dobrym specem od „rąbanki, kaszanki”, po trzydziestu pięciu latach biedy (urodziła się w roku 1907) dorobiła się po raz pierwszy jakichś pieniędzy.
Nie na długo; uznanie i nakłady przyjdą dopiero po roku 1964, w którym wyda swoją najgłośniejszą książkę, „Bastarde” („Bękartkę”); to był skok z tysiąca sprzedanych egzemplarzy poprzednich książek na sto trzydzieści tysięcy. Dzięki niej zdobędzie miejsce w historii dwudziestowiecznej literatury; miejsce szczególne, samotne, jak zamorskie terytorium formalnie należące do metropolii.
Genet, Beauvoir i literacka sława na bocznicy
Genetowi powiedziała od razu: „Jesteś największy”. Miała rację, we Francji powojennej trudno o lepszego – i zarazem bardziej skandalizującego – pisarza. W dodatku prozę Geneta i samą jego postać rozsławił najbardziej czytany wówczas intelektualista, czyli Jean-Paul Sartre. Poświęcił mu książkę, która należy do kanonu dwudziestowiecznej krytyki literackiej.
Genet, szeroko czytany za życia, nie musiał się też martwić o pośmiertną sławę. Nawet Mark Knopfler i Dire Straits będą go wspominali na debiutanckim albumie w piosence „Les Boys”.
A co z nieśmiertelnością Leduc? Violette była przez długi czas rewersem tej literackiej monety. I ona była seksualnym odmieńcem wobec heteroseksualnej normy, i ona oparła swoje pisanie niemal wyłącznie – i w jeszcze większym stopniu – na własnej biografii, i ona miała przewodnika i wtyczkę w paryski, czyli wówczas jeszcze uniwersalny, świat literatury: wspomnianą Simone de Beauvoir. W porównaniu z Genetem żadnych wszakże sukcesów.
Sytuacja nieco wyrównała się dopiero pod koniec jej życia, wraz z przekładami, nagłym wybuchem popularności w Ameryce, zamówieniami na teksty przychodzące od najważniejszych wówczas periodyków jak „Vogue”, od kuratorów wystaw, od scenarzystów filmowych.
O ile jednak Genet pozostaje pierwszym gejowskim literackim guru, tym, kto dał zielone światło gejowskiej intelektualnej subkulturze wyniesionej później do kultury ogólnej, o tyle Leduc w tradycji kultury lesbijskiej, ale też w dziejach literatury francuskiej świeci migotliwie, to bardziej, to mniej. Znana wybiórczo, nie całkiem zapomniana, lecz podziwiana we względnie wąskich kręgach czytelniczych. Jest sławą na bocznicy, nieco marginalną, podtrzymywaną przede wszystkim przez badaczki literatury feministycznej.
Pisarka osobna, nie tylko feministyczna ikona
Umieszcza się ją często w szerszym kontekście feminizmu. Na wyrost, ogólnie rzecz biorąc była samoswoja, zainteresowana zdarzeniami, a nie poglądami i hasłami. Nieustanną grą, jaką są relacje międzyludzkie. Materialnymi okolicznościami, a nie ich wymową polityczną. Patriotyzm, demokracja, komunizm, lewica, prawica – nie posługiwała się takimi pojęciami. Wojna, dzięki której zaczęła zarabiać, to nie była dla niej agresja niemiecka, to był tylko nowy układ codzienności.
Nie interesowały jej też kwestie, z których wyrośnie wkrótce pojęcie patriarchatu, lubiła opisywać męską seksualność, której mechanikę podziwiała i którą nieraz swą zręczną dłonią – przedstawi to z niezwykłą literacką inwencją – rozjarzała. Dopiero gdy jej nazwisko wyszło z kąta, a ona dobijała sześćdziesiątki, w kilku wywiadach mówiła o koniecznej odwadze kobiecej literatury, dotychczas zbyt często tłumionej; stawała w jednym rzędzie z Beauvoir, z Nathalie Sarraute i innymi pisarkami walczącymi o bardziej eksponowane miejsce w literaturze.
Po dłuższych namowach podpisze później, w roku 1971, na rok przed śmiercią, słynny, opublikowany w lewicowym „Le Nouvel Observateur” list-manifest 343 kobiet, w którym przyznawały się do dokonania aborcji i upominały się o jej legalizację; w ten sposób Violette jedyny raz w życiu zajęła polityczne stanowisko.
To były dopiero początki walki; czasy, gdy jej książka zbyt jeszcze gorszyła jury nagrody Femina, złożone z samych kobiet. Wystarczy na przykład przypomnieć, że dopiero w roku 1966 Francuzki zamężne otrzymały prawo otwierania konta bankowego na własne nazwisko i podpisywania umowy o pracę bez zgody męża. Albo drobniejszy, bo literacki przykład: oto wielki Louis Aragon pisze w roku 1966 powieść, której bohaterka Marie-Noire zdolna jest rozpoznać aluzje literackie, gdyż – proszę sobie wyobrazić, sam narrator się dziwi – poszła na studia i się naczytała.
Cenzura, pożądanie i odwaga pisania o ciele
Aborcji Violette dokonała raz. Wiązała się z kobietami i z gejami; les boys i faceci o zmiennych orientacjach seksualnych stanowili większość jej męskich przyjaciół. Za jednego z nich wyszła za mąż; Maurice Sachs, pisarz żydowskiego pochodzenia, prawdopodobnie kolaborant podczas wojny, był tym niedoszłym ojcem; w jej książkach jego sylwetka pojawia się wielokrotnie. Stronice erotyczne szokowały ówczesnych wydawców; wiele fragmentów jej prozy nie weszło do druku, pozostały w ineditach; jeszcze w połowie lat 60. działała we Francji cenzura obyczajowa.
Dopiero w roku 2024 Gallimard opublikował pełną, nieocenzurowaną wersję jej powieści „Ravages” („Spustoszenia”) wydaną w wersji okaleczonej siedemdziesiąt lat wcześniej. Sto stron więcej bardzo dobrych literacko, radykalnie odważnych opisów miłości lesbijskiej, na których druk w wielu krajach zwących się demokratycznymi nie byłoby dzisiaj moralnego przyzwolenia. Nikt tak nie pisał wcześniej o erotyczności kobiet, o ich cielesności, i na podobnym poziomie również – podejrzewam – później.
Paradoksem jest, że wiele opisów z tej i z innych książek Leduc zostało pokiereszowanych już w fazie wstępnej przez jej dobrego i złego ducha, Simone de Beauvoir. Wspomagała ona Violettę wraz z Sartre’em, także finansowo; ułatwiała kontakty z wydawcami. Jednak jako czytelniczka wszystkich – przez długie lata – rękopisów była ich faktycznym cenzorem.
Wykreślała drastyczne w jej mniemaniu opisy miłości lesbijskiej czy innych erotycznych wyczynów Violetty. Poza tym tępiła poetyckie ekscesy, ujarzmiała styl. Sama pisała bezobrazowo, sucho; jej interwencje we fragmenty erotyczne zdają się jednak pozostałością smaku mieszczańskiego, złogami pruderii, których Simone z siebie nie wyrugowała.
Leduc uwzględniała jej interwencje, zaczęła buntować się bardzo późno. Prozy Beauvoir nie lubiła; trudno nie przyznać jej racji, uznając za jedyne jej istotne dzieło publicystyczną „Drugą płeć”, a resztę traktując wyłącznie jako bardzo ciekawy dokument socjologiczny tamtych czasów. Tyle że Violette przez wiele lat kochała się w Simone, była w jej cieniu i jej cieniem, stawała się niemalże jej – a także innych osób, które obdarzyła uczuciem – stalkerem.
Tej niespełnionej miłości poświęciła oddzielną książkę, lecz Simone wciąż wraca w innych. Można aż za łatwo domniemywać, że Leduc, śmiertelnie zraniona w dzieciństwie, niczego tak się nie obawiała jak porzucenia i zarazem tę sytuację bycia porzuconą wciąż odgrywała.
Promenowała swoje zranione ego po wszelkich granicach, za którymi zaczyna się odjazd; przez jakiś czas leczyła się psychiatrycznie. Jej skąpstwo zamieniło się w manię, zapraszała uroczyście na kawę, za którą samemu trzeba było płacić; padała chwilami ofiarą ostrej histerii prześladowczej, poczucia krzywdy wyrządzanej jej przez cały świat.
Któregoś dnia, po przeczytaniu eseju Sartre’a o malarstwie Tintoretta, w którym pojawiło się słowo „brzydota”, stała godzinami przed jego drzwiami w stanie skrajnego wyczerpania. Albowiem słowo odniosła wprost do siebie i poczuła się wystawiona na jarmarczny – patrzcie, co za monstrum! – pokaz.
Owszem, jej brzydota (nos Pinokia albo Cyrano de Bergeraca) była w środowisku wręcz przysłowiowa. Beauvoir od początku do końca w swojej korespondencji do różnych osób nazywała ją „la femme laide”; to nawet nie jest nasze miękkie Brzydula, trzeba to przekładać ostrzej. Violette umiała nabrać dystansu, zrobiła operację plastyczną, lecz od początku życia – jako dziecko z nieprawego łoża, pozbawiona w ówczesnej Francji praw przysługujących dzieciom „legalnym” – ugrzęzła w kompleksie inności.
Skąd wzięło się poczucie odrzucenia
Tego kompleksu nie dawało się ujarzmić. Cioran pisał: „plemnik ze mną zwał się Nieszczęście”, ona pisała, że przyszła na świat jako Błąd. Później znane stały się jej słowa: „Jestem pustynią, która gada”. Ich inna wersja: „jestem modliszką, która zżera siebie samą”. Miała nos (!) do nieszczęścia i krzywdy jak pies do trufli; padła ich ofiarą, lecz także wywoływała je, wręcz do siebie przyciągała. By szukać źródeł tego przekleństwa, poczucia samotności, odrzucenia, odmienności, należałoby pootwierać psychoanalityczne szuflady. Ale już gołe fakty wskazują na przyczyny.
Coś z drugorzędnej powieści dziewiętnastowiecznej: była dzieckiem przypadku, plemnik Błąd wepchany przez bogatego pana zetknął się z młodym jajeczkiem służącej. Służąca wyjechała, pana nie było, pojawił się raz czy drugi, zresztą szybko umarł. Violette nienawidziła go i kochała zarazem fantazmatycznie.
Podobnie było z matką, żywiła dla niej dwa sprzeczne uczucia, z oczywistym wskazaniem na nienawiść, zwłaszcza od chwili, gdy matka wyszła za mąż za bogatego sklepikarza. Oddana do szkolnego pensjonatu i tam prześladowana ze względu na lesbijski romans, Violette czuła się osaczona ze wszystkich stron i kosmicznie samotna.
Debiut, który zaczyna się od rany
Dotychczas na polski przełożono w roku 1974 jej krótką, późniejszą i mniej znaną opowieść, „Dama z liskiem” (bohaterką jest stara żebraczka); względnie mało jak na jej twórczość autobiograficzną. Teraz ukazuje się jej debiutancka książka „Duszność” (1947), chłodno przyjęta w chwili jej publikacji.
Jak każda kolejna, nie jest to powieść; Francuzi mówią na tę formę récit, czyli coś między opowieścią a opisem faktów. Zaczyna się od słów, które stały się obiegowym cytatem. Wkrótce po słynnym incipicie „Obcego” Camusa, „Wczoraj umarła mama. Albo dzisiaj, nie wiem”, usłyszano: „Moja matka nigdy nie podała mi ręki”. Po raz pierwszy w literaturze francuskiej ktoś desakralizował matkę na taką skalę.
Do Camusa, który był wówczas również dyrektorem oficyny Gallimarda, rękopis dotarł za pośrednictwem Beauvoir. Spodobał mu się, szybko wydał i napisał (na 99 proc. to on) kilka zdań na obwolutę. Cytuję niemal w całości, skoro jest to jego nieznany tekst:
„Czy należy mówić tu (…) o wspomnieniach z dzieciństwa? Tak – pod warunkiem, że usuniemy z tego określenia całą jego mdłość, konwencjonalność, obłudę i uznamy, że dzieciństwo jest fazą życia jak inne i że jak inne nurza się w rzeczywistości najbardziej konkretnej i tragicznej. Jeśli o tym zapomnimy, niczego nie zyskamy, poza w najlepszym przypadku kilkoma próżnymi czułostkami; albo doznaniem pustki, jaką znają »dorośli«, gdy powracają do swojego dzieciństwa. Violettę Leduc taka pustka przeraża; zapełnia ją znojnie i skutecznie – jak czynią ci, których dzieciństwo nigdy nie opuści. »Duszność« to jest trudny tytuł. Pojmą go ci, którzy umieją jeszcze oddychać – gdyż u podstawy ich dzieciństwa tkwiła poezja”.
Życie przerobione na język
Przytaczam Camusa z innej jeszcze, ważniejszej przyczyny: w kilku słowach ujął sedno tego pisarstwa. U Violetty Leduc doznanie biograficzne będzie zarazem doznaniem poetyckim. Mówiąc wprost: żadnych ckliwości, nostalgii, wspomnień dla wspomnień, ale też żadnego bezpośredniego użalania się, resentymentów wywalonych kawa na ławę; jeśli krzywdy i nieszczęścia, to w przeważającej mierze przepracowane literacko.
Jak większość dzisiejszych autorów i autorek prozy autobiograficznej zapewniała na wszelki wypadek: „to jest literatura”. Tyle że w jej przypadku nie było to gołosłowne. Goło-słowne, czyli takie pisanie, w którym górę bierze sprawozdawczość faktograficzna i słowa, zmuszone do striptizu, odarte są z literackiej inwencji; co najwyżej nieudolnie ją naśladują.
U Leduc wyobraźnia działa żywiołowo, jest jej naturalnym środowiskiem. Leduc ma uchwyt na zdania. Jej zdania dyszą, są krótkie, szybkie, mocne i mają często, nawet te mniej udane, „to coś”. Dziwią, wymagają wysiłku, dogadania, domyślania się; tkwi w nich poetycka siła. Z tego powodu wydaje mi się pisarką wyraźnie lepszą niż noblistka Annie Ernaux. Osobną, osobliwą. Ale zapewne mniej istotną – zwłaszcza gdy szukać w literaturze diagnoz socjologicznych, scen życia na prowincji, źródeł resentymentów, analiz wykluczenia i dyskryminacji.
Oczywiście w prozie Leduc również kryje się – jakby pod spodem, bez komentarza – obraz Francji nawet nie drugo-, lecz trzeciorzędnej. Zamieszkałej przez kobiety dyskryminowane na każdym kroku; i ogólnie przez ludzi zranionych, ubogich, świadomych, by wypowiedzieć to słowami Juliana z powieści Stendhala, „nikczemności swojego losu” i nieprzynależności „do waszej, Panowie, sfery”.
Jednak nie nierówności interesują Violettę Leduc, a same przejawy życia. Jak to życie wygląda, gesty, sposoby mówienia, patrzenia, reakcji. Pisała: „Nie lubię ludzi śpiących”. Potrzebowała wrzenia wokół; zapewne przykrywało otchłań. Nawet jeśli, jak w przypadku Beauvoir czy Ernaux, jej pisanie było sposobem odegrania się na zastanym porządku obyczajowym, na przełamywaniu klisz, przyzwyczajeń i nakazów usztywniających życie do niemożliwości, to Leduc szła dalej: mogła istnieć tylko i wyłącznie pisząc.
Prawdopodobnie gdyby nie pisała i nie umiała tego robić, żyłaby o wiele krócej. Odnoszę wrażenie, że dosłownie wżerała się w materię słów, by w ten sposób wżerać się we własne istnienie, podsycać ogień.
Nie odbyła żadnej poważnej edukacji, lecz dużo czytała. Lubiła Prousta. Nie tylko to, że podobnie jak u niego babka – co opisuje w „Duszności” – była ważniejsza od matki, gdyż kontaktowała ją z życiem na ciepło. Dlatego przede wszystkim, że miała pokrewną skłonność do oglądu. Umiejętność dostrzegania szczegółu.
Oto – drobny przykład – w kolejnej autobiografii znajduje się w kawiarni z Beauvoir, Sarraute i Colette Audry. Rozmowa dotyczy Faulknera. Towarzyszki mają coś do powiedzenia, wygłaszają opinię. Leduc nie bardzo wie, co sądzić, czeka, za to bacznie obserwuje mimikę twarzy swoich rozmówczyń. Teatr ciała, wstęp do ludzkiej komedii, bardzo to proustowskie.
Sarraute zaciska wargi, w jej tonie czuć znużenie, ciężar i gdy mówi, robi długie przerwy, „porusza się, szczędząc kroków, po ruinach i gruzach”. Ale żadnej u Leduc proustowskiej naiwności czy, jak kto woli, artystycznego pomysłu na odnajdywanie czasu. W pierwszym akapicie „Bękartki” pisze: „Przeszłość nie żywi. Odejdę tak, jak przyszłam. Nietknięta, pod ciężarem moich wad, które rozdzierają mnie do bólu. Chciałam urodzić się jako pomnik, jestem ślimakiem w kupie gnoju”.
Od początku do końca była materią swoich książek. Nieznużenie kręciła swój pisarski młynek z „ja” w środku. To mogło, zwłaszcza w późniejszych książkach, stawać się nużące, opatulała się poetyzmami, metaforami, trochę się ze sobą pieściła, trochę histeryzowała. Była kronikarką siebie, literacką nadzorczynią własnej codzienności; teatralizowała rzeczywistość. Po drodze, podczepiona pod kulturalny, „kultowy” świat Bulwaru Saint-Germain, opisywała jego fizjologię, jego przemarsz ciał (zatrudnionych mozolnie do ekspresji ducha) i idei (jakich, to nie miało dla niej znaczenia) przez kawiarnie i wydawnictwa.
To pozostaje ciekawe dla historyków i romanistów, tyle znanych nazwisk. Jednak dla literatury i historii obyczajów – oraz dla pisarek szukających patronek, które uczą odwagi i bezkompromisowości – ważniejsze są jej książki dotyczące dzieciństwa (jak „Duszność”), młodości i jej trudnych, prześladowanych miłości, seksualności, będącej niekiedy narzędziem opresji wobec słabszych i bezbronnych, lecz przede wszystkim nieprawdopodobnie intensywnym żywiołem, którego najgłębsze moce, jak pokazuje Violette Leduc, opisać może tylko kobieta.
Violette Leduc, DUSZNOŚĆ, tłum. Jacek Giszczak, Karakter, Kraków 2026

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











