Kiedy w jednym z początkowych gemów finałowego spotkania Mirra Andriejewa podbiegła do siatki po dropszocie Chwalińskiej, z trudem przerzuciła piłkę na stronę Mai i piłka po delikatnym acz czujnym dotyku tejże wróciła wysokim łukiem za plecy Mirry, która w geście rozpaczliwym i z góry skazanym na klęskę próbowała ją dogonić, warto było pomyśleć, że bez względu na wynik spotkania i tak coś się spełniło.
Przeciwniczka, podobnie jak wszystkie dziewięć poprzednich, została ugodzona najbardziej jadowitym sztychem Mai, jej tenisową specialité de la maison. W przypadku Andriejewej, atletki o świetnych „greckich” proporcjach, tak zgrabnie, nienagannie poruszającej się po korcie, wyglądało to jeszcze celniej i bardziej widowiskowo. Na swój sposób okrutnie czy raczej ironicznie i prześmiewczo: oto gigant po drugiej stronie siatki, jakkolwiek jest gigantyczny i nie do pokonania, ujawnia przez chwilę swoją niezborność i bezradność.
Lecz to nie wszystko. Trudno było nie zauważyć, że w finale Andriejewa, pod względem taktyki świetnie przez swoją trenerkę Conchitę Martínez przygotowana, przyjęła w dużej mierze sposób gry Chwalińskiej: cierpliwość sępa, skróty, wysokie piłki bite ze słabą lub średnią mocą, prowokowanie przeciwniczki do silniejszych uderzeń; dopiero pod koniec wymiany, jeśli nadarzała się sposobność, atak już bezpardonowy, na całego.
Wcześniej, w półfinale, Chwalińską próbowała grać Sznajder; nic z tego nie wyszło. Podrobić Chwalińską jest sztuką niemal niemożliwą, choć podejrzewam, że wiele z jej stylu gry pozostało w głowach i będzie teraz na kortach odtwarzane z mniejszym lub większym powodzeniem. Uciekajcie gawrony, piłki będą szybowały wysoko, hej, wysoko.
Tenis Chwalińskiej jest bezszelestny i w dobrym guście
To był, myślało się przez te trzy tygodnie, dar od Mai. Niech sobie Andriejewa wygrywa, ma na to wszelkie papiery i super różowe ciuchy, lecz to Chwalińska swoim sposobem gry wstrząsnęła stolikiem z błyszczącym zalotnie pucharem Muszkieterów na blacie.
Jakby w seansie spirytystycznym przywołując duchy na kortach tak rzadko obecne, tenis vintage, jak sama określiła oldskulową grę Johna McEnroe, jej nowego wielbiciela. Wszyscy teraz powtarzamy do znudzenia, że jest to tenis antyspeedowy, strącający z piedestału bożka szybkości i siły, który miłościwie i nudno panuje od wielu lat także w tenisie kobiecym.
Uosabianego pars pro toto ongiś przez Serenę Williams, obecnie przez numer jeden na świecie, wielką w każdym sensie słowa Arynę Sabalenkę, która – choć jej gra ostatnio nieco wysubtelniała – tworzy wzór estetyczny trudny do oglądania i trudny do zniesienia. Także ze względu na ścieżkę dźwiękową, owo repetytywne, monotonne wycie przez cały mecz, przy każdym uderzeniu piłki. Z dodatkowym bonusem dla wielbicieli monstrualności, jakim są grymasy i dziwaczne wygibasy ciała po zepsutym zagraniu.
Tenis Chwalińskiej jest bezszelestny i w dobrym guście, pozbawiony dodatkowej ekspozycji własnego ja, ego-echa, owych wielkich gestów, uniesionych rąk po zwycięskich piłkach, teatralnej mimiki. Co najwyżej spojrzenie i chuchnięcie we własne dłonie po rozegranej wymianie; tak zapracowany drwal dziękuje swoim łapom za wykonaną robotę i szykuje się do nowego, sprytnego ciosu w sekwoję – czy w kolosa Narcyza – naprzeciw.
Zachwycając się grą Mai, jej kontrą wobec tenisa siłowego, łatwo zapomnieć o tym, że jej szkoła stylu wytwarzała się przez bardzo długi czas i że od samego początku Maja była świadoma własnej odrębności. W wiralowych obecnie, wygrzebanych z czeluści internetu filmikach sprzed dwunastu lat mówi ona wprost, że nie chce uprawiać tenisa w typie, cytuję wiernie: „bum bum”. Co wtedy jeszcze pozostawało do udowodnienia – i po latach udowodnione zostało.
Bardzo bawi mnie wywiad z czternastoletnimi dziewczynkami Igą i Mają, w którym mowa jest o planach letnich wyjazdów. Maja zwraca się do Igi z żartobliwą pretensją: „Czemu mówisz «w lato»”, miało być «latem»”. Dziewięć osób na dziesięć powie, że „w lato” albo „na lato” wybiera się tu i tu, jedna tylko rzeknie, że pojedzie dokądś „latem”. Tą jedną jest Maja; kwestia stylu.
Jak gra Maja Chwalińska
Zapewne naciągam tę różnicę jak gumę w ekspanderze. Ale możliwość przesadnego gadania o stylu to kolejny prezent od Chwalińskiej; zachwyt w stanach średnich niewiele jest wart i się nie opłaca. Na fajerwerki odpowiada się, na ile się da, fajerwerkami; ogień wznieca ogień. Moja mała brać tenisowa przeniosła się przez ostatnie trzy tygodnie w inny nurt czasu; wkroczyła w trwanie mityczne.
Hop siup na kanapie, Kostucha nas nie złapie. Złego nie ma, raz jeszcze zaczynamy żyć! Na kanapie, w fotelach czy raczej podczas transmisji stojąc, dreptając, łażąc nerwowo w kółko, podskakując, lewitując jak młode bociany w nowej szkole latania.
Wymianom Chwalińskiej z rywalkami towarzyszyły inne, niewiele mniej intensywne wymiany: SMS-ów i okrzyków na WhatsAppach. Kumpel (dobry serw i backhand, gorszy wolej) przysłał mi zdjęcie starego znaczka pocztowego przedstawiającego pierwszy polski lot balonem w roku 1790. A dokładniej polsko-francuski: 14 maja Jan Potocki, autor „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, w towarzystwie francuskiego aeronauty Pierre’a Blancharda (ten parę miesięcy wcześniej sam wzniósł się w powietrze z ogrodów na Foksal), tureckiego służącego oraz białego pudla poszli w górę i polatali sobie przez pół godziny. Teraz latały w górę, spadając tuż przed końcową linią kortu, piłki-montgolfiery Chwalińskiej, a wraz z nimi (de imitatione Maja) fruwaliśmy i my.
Z euforycznej wysokości tych paru metrów szukamy równie odlotowych słów, by wyrazić szczególność gry Chwalińskiej. Chętnie porównuję rozmontowywanie kolejnych przeciwniczek Mai w paryskim turnieju do rozbiórki luksusowych mercedesów w dziupli; wyjmujemy kolejne części i do widzenia, sprawna limuzyno. Bardzo dobry do porównań jest również dzielny wojak Szwejk, cwany gapa, który jednym słowem czy gestem podważa zapięty na ostatni guzik, zmilitaryzowany porządek.
Tenisowa dekonstrukcja
Lecz przede wszystkim lubię myśleć o słynnym tytule filmu Woody’ego Allena „Deconstructing Harry”. „Deconstructing Qinwen Zeng”, „Deconstructing Elise Mertens”, „Deconstructing Maria Sakkari”, „Deconstructing Diane Parry”, „Deconstructing Anna Kalinska”, „Deconstructing Diana Sznajder”. Stąd łakomy kąsek dla niedzielnych choćby filozofów: nazwać Maję Chwalińską córką Derridy, filozofa, który nadał dekonstrukcji głębię i szlachectwo. Ujrzeć w niej intuicyjną derridianistkę uprawiającą zdekonstruowany, derridiański tenis. Czyli grę, gdzie podważa się zastałe schematy, neguje ich zasadność, wskazując, że ich prawa są ustanowione na fałszywych fundamentach.
Bo też odwołania do dawnego tenisa sprzed dekad jako wzoru dla Chwalińskiej nie do końca są trafne i nie całkiem wyczerpują stylistyczną osobność Mai. Jej istota leży w głębokim uwewnętrznieniu własnej inności i nie tylko w dekonstrukcji gry rywalek, rozwaleniu ich systemu, lecz także w przenicowaniu siebie samej w chwili śmiertelnego zagrożenia, by stanąć bezwarunkowo po stronie życia – bo nie na niszczeniu, a na afirmacji polega dekonstrukcja.
Analogia ta nie jest całkiem czcza i tylko dla zabawy. Chwalińska otwarcie opowiada o fatalnym okresie sprzed paru lat, kiedy przeżywała najcięższą depresję, graniczącą dosłownie ze śmiercią za życia. Przeżywała i przeżyła.
„Przeżywanie jest życiem poza życiem – mówił Derrida w jednym z ostatnich wywiadów – bardziej życiem niż życie, i dyskurs, który podejmuję, nie jest strupieszały, a wręcz przeciwnie, jest afirmacją żyjącego, który woli żyć. A więc przeżyć śmierć, gdyż przeżycie nie jest po prostu tym, co pozostaje, przeciwnie, jest życiem możliwie najintensywniejszym” (przeł. P. Sadzik).
Majomania i pułapka zachwytu
W „Tygodniku Powszechnym” o tenisie Mai Chwalińskiej była już mowa cztery lata temu po turnieju wimbledońskim. Choć nie odniosła tam sukcesów, nazywano go poetyckim, hipnotycznym, magicznym i wyznawano nieograniczoną do niego, najwyższą w tenisie miłość. To były skromne, tęskliwe estetyczne westchnięcia na boku; teraz w rozmowę o Chwalińskiej wkroczyć musi socjologia.
Tak, socjologowie i psycholodzy społeczni mają pełne ręce roboty. Zapewne to akompaniament społeczny paryskich występów Chwalińskiej jest najciekawszy do zinterpretowania. Ze wszech stron ruszyła wielka machina zbiorowej obróbki wydarzeń na Roland Garros, zwłaszcza od półfinału. Do boju rzuciła się chmara tweetowców, by pod własnym nazwiskiem powiedzieć to, co każdy dobrze wie i czuje na własny użytek. Z mocno głupawymi tweetami pośpieszył pan premier, który niestety jak Pan Jowialski uznaje każdy swój dowcip za tynfa wart. Chcelebryci (jak to pięknie określa Wojciech Śmieja) już pielgrzymują w stronę Mai po fotkę, na razie przedarli się przez pierwsze okopy do jej rodziców.
Komunały z girlandami wykrzykników wypełzły na pierwsze strony portali i na łona facebooków, sprowadzając Maję a to do pszczółki i innych maleństw, a to do Kopciuszka, upupiając ją, ile wlezie, odmieniając słowa „bajka”, „baśń” i „sen” (w sobotą 6 czerwca „przerwany”) i wpisując ją w słynny, lecz pusty jak purchawka i zbanalizowany do granic etos „bycia sobą”.
Czujna polska szajba kibicowska dostała długo wyczekiwanego paliwa, Okęcie tradycyjnie pękało w szwach, pieśni i skandowania znalazły wreszcie ujście, wiele lat po Małyszu i sporo czasu po pierwszych szlemach Igi Świątek. Maja, niezmiennie urocza i wdzięczna, pod względem wizerunku, który przykleja się do jej osoby, idealnie pasuje do nowego kultu. Majomania startuje równie mocno co małyszomania i mocniej niż igomania. No i teraz pół Polski już wie, czym jest dropszot.
Dlaczego Chwalińska porusza
Ale nie czas na kpiny i złośliwości. Nie tylko dlatego, że Maja zasłużyła na bukiety kwiatów czekające na lotnisku, skandowanie jej imienia i długie brawa, lecz dlatego, że dzięki niej doszło do zdarzenia społecznie wyjątkowego i to nie tylko w naszej polskiej skali. Wystarczy choćby spojrzeć na filmik, nagrany przez anonimowego kibica na trybunach Roland Garros w chwilę po półfinałowej piłce meczowej.
Kamerka patrzy na zebranych ludzi: stoją, krzyczą, unoszą triumfalnie ręce, niektórzy wycierają oczy. Francuzi. Tak, płaczą. Płaczą ludzie przed telewizorami, ci, co tenis oglądają często i ci, którzy nie umieją odróżnić forehandu od backhandu i nie wiedzą, co to znaczy, gdy sędzia mówi „deuce” albo „równowaga”. Świadectw wzruszenia przychodzi zewsząd co niemiara. Sam, do licha, sięgnąłem po chusteczkę. Tak, Stasiu Tarkowski, spociły mi się oczy.
Skąd to uniesienie, te łzy, ta zbawienna histeria? Zbawienna, gdyż przyniosła na chwilę smak – ważę słowa – powszechnego dobra. A więc ono istnieje? Doprawdy? Coś się i w polskim, i również międzynarodowym mikroświecie tych, co Chwalińską oglądali, wydarzyło. Doszło do niekontrolowanej eksplozji. Do czegoś, czego nie dało się utrzymać pod racjonalnym dozorem, w średnich stanach emocjonalnych; nagle nasze życie zagęściło się i wywołało najwyższe doznania.
Najprościej i chyba najlepiej wyraził to prowadzący amerykańskie studio tenisowe na Roland Garros Adam Lofkoe. W rozmowie kilku osób, wśród nich niegdyś długowłosego, a teraz łysego jak kolano i serdecznego jak brat łata Andre Agassiego, z Mają Chwalińską (bardzo dobrze mówiła), stwierdził na zakończenie: „Kiedy ludzie patrzą na Twoją grę, stają się lepsi”.
Nawet spokojnie rzecz biorąc, jest to zdanie fenomenalne. Nie tylko dlatego, że wyraża niewiarygodnie entuzjastyczną opinię. Również dlatego, że dostrzega w grze Mai fenomen, zjawisko, które wykracza daleko poza przestrzeń kortu i dotyka sedna „naszych ludzkich spraw”. I dlatego, że patrzenie estetyczne przekuwa w spojrzenie etyczne.
Oczywiście nasze emocje ułatwiają sobie drogę, otaczając swoją życzliwą gorączką Dawidów walczących z Goliatami, dziewczynki z zapałkami (z rakietkami) wędrujące boso ulicami miasta. Serca miękną, te tak długo niesprzedane zapałki, te rakietki tak długo walące w piłkę na nieznaczących, prowincjonalnych turniejach.
Lecz spod choćby łatwych emocji wydobywa się na jaw tyleż dziecinna, co bezwzględna potrzeba wspólnoty, naturalnej niewinności i sprawiedliwości – zapewne w dzisiejszych, plemiennych i wojennych czasach, czasach kolejnego wzmożonego kryzysu człowieczeństwa, tym bardziej wyrazista.
Kort i piękno oczywiste
Tak działa dzieło sztuki. Tyle że obrazy Vermeera, Van Gogha czy Rothko czynią nas „lepszymi” w samotności; wspólnota zakochanych w „Dziewczynie z perłami” jest rozproszona i w miejscu, i w czasie. Sport niekiedy zagęszcza je do granic, pozwala wielu na wspólne przeżycie epifanii.
W słynnym, fundamentalnym dla mówienia o sporcie tekście „Roger Federer jako doświadczenie religijne” David Foster Wallace wspominał właśnie o możliwości epifanicznego, wręcz mistycznego przeżywania tenisowych (czy ogólnie: sportowych) zmagań. Trudno o lepszy komentarz post factum do wyczynu Mai Chwalińskiej. Co ważniejsze, Wallace łączył owo doświadczenie z doznaniem piękna, które gra Federera wywoływała.
„Piękno nie jest celem sportów wyczynowych, lecz sporty na wysokim poziomie tworzą najlepszą przestrzeń, w której wyraża się ludzkie piękno. Zależność ta jest z grubsza taka, jaka między odwagą a wojną. Ludzkie piękno, o którym mowa, jest pięknem szczególnym: można je nazwać pięknem kinetycznym. Jego siła i jego zew są uniwersalne. Nie ma ono nic wspólnego z seksem czy z kulturowymi normami. Ma natomiast wiele wspólnego z czymś innym, mianowicie z pogodzeniem się człowieka z faktem, że ma ciało”.
Wspomniałem wyżej o występie Mai Chwalińskiej na Wimbledonie w roku 2022. Już wówczas wywarła ona ogromne wrażenie na paru komentatorach angielskich, choć nieistotne w świetle wielkich meczów wielkich gwiazd na korcie centralnym. Podczas obecnego turnieju paryskiego otrzymałem SMS od kumpla, świetnego, co tutaj istotne, literaturoznawcy i filozofa, tenisem kompletnie niezainteresowanego: „Jeśli nawet ja, a więc absolutny tenisowy laik, zobaczyłem tam piękno, to cóż, jest to piękno oczywiste”.
W tym rzecz. Ta lekcja tenisowego kunsztu sięga dalej niż wysoki balon na koniec kortu; promieniuje uniwersalnie. Doświadczenie paryskie każe wracać do odwiecznej refleksji nad naturą piękna. O gustach się nie dyskutuje? Bynajmniej. Jeśli uznamy, że istnieje „piękno oczywiste”, możliwe do powszechnego rozpoznania, jeśli przyjmiemy, że istnieje minimalny, podstawowy poziom zachwyconego doznania, dostępny dla wszystkich i bez względu na dziedzinę życia, w której go dostrzeżemy, bylibyśmy zbawieni. Moglibyśmy być zbawieni, gdyby na nim fundować świat. Nie będziemy, lecz dobrze jest pamiętać o możliwości takiej możliwości.
Ile poezji zostaje w tenisie
Czas znowu zaczął płynąć. Turbokapitalizm będzie nadal kręcił swoje lody, także wokół Mai. Chciałoby się, żeby wycisnęła z niego jak najwięcej grosza, jak najmniej udzielając siebie Rolexom, biżuteriom, kremom na buzię czy czemu tam jeszcze. I niekoniecznie pokazywała fotki tego, co zjadła dzisiaj na śniadanie, albo informowała urbi et orbi o tym, co napisał do niej Lewandowski albo jak się wabi jej pies, jeśli ma psa.
Wygląda na to, że da sobie radę. Zresztą należy się jej wszystko. Należy się jej menadżerowi, który włożył w jej karierę wiarę, własną odwagę i kasę. Łatwo zrozumieć, że chciał skakać ze szczęścia do Sekwany i gotów jest skoczyć do Tamizy. Polecamy jeszcze ocean obok Flushing Meadow (Wielki Szlem sierpniowy, US Open) i ocean w Melbourne (Wielki Szlem styczniowy, Australia Open). Jeśli jest rzeczywiście wielbicielem kąpieli, pozostaje też prysznic. Choćby i zimny.
Innymi słowy, jeszcze będzie wspaniale, jeszcze będzie przepięknie, ale nie zawsze, będzie też gorzej i średnio ślicznie. Maja Chwalińska sama o tym mówi; wie, że schody prowadzą to w górę, to w dół. W górę, w dół, wszystko dobrze. Kiedy miała czternaście lat, o tenisie Rogera Federera mówiła, że to „poezja”. Powtórzyła to dosłownie podczas jednej z konferencji prasowych w Paryżu.
W roku 2024 Roger Federer otrzymał tytuł honorowego doktora nauk humanistycznych od Dartmouth College (w stanie New Hampshire). Z tej okazji wygłosił – z głowy, nie z kartki – fantastyczne, głęboko humanistyczne, przemówienie do ówczesnych absolwentów uczelni. „Rozegrałem ponad 1500 meczów – powiedział w pewnej chwili – wygrałem z nich ponad 80 proc. Czy wiecie, jaki był procent wygranych przeze mnie piłek? – 54 proc.”.
Wielki Roger Federer: 54 proc. wygranych piłek, ledwie 4 proc. więcej niż wygrali przeciwnicy! On i reszta, prawie łeb w łeb. No ale „poezja”. Niech Maja Chwalińska wygrywa dalej, ile się da, ale jeśli się nie da, to choćby 40 proc. piłek, choćby 30, nieważne. To mało – 30 czy 40 proc. poezji w naszym stuprocentowym życiu?
Piotrowi Mucharskiemu, który namówił mnie do pisania w „Tygodniku” o sporcie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










