Oczywiście pamiętam czasy, gdy internetu nie było. Do tej pory, kiedy zapisuję to słowo na komputerze, jest automatycznie podkreślane czerwonym wężykiem w moim edytorze tekstu, co chyba znaczy błąd albo coś w tym rodzaju, ale nic z tym nie robię, bo z samym słowem wszystko jest przecież w porządku. Dziś ten sposób komunikowania się (przez internet) jest zresztą tak powszechny, że uważa się go za naturalny.
A przecież nie tak dawno robiliśmy to inaczej. Pisaliśmy, ręcznie lub na maszynie, listy, i to zwykle sążniste. Teraz wysyłamy do siebie maile: częściej i zwykle krócej. Łatwość wysyłania wiadomości tą drogą – a przecież dochodzą do tego różne komunikatory w mediach społecznościowych – jest tak wielka, że oczywiście roi się w nich od przeróżnych komunikatów, informacji, reklam itp. Powoli są w tej materii formułowane prawa i zasady, co nie znaczy, że są wystarczające na wszelkie sytuacje, ani że są powszechnie przestrzegane.
Jak internet ułatwia życie
Weźmy choćby trudności w uchwyceniu nadawcy. Ktoś pisze nam coś, co wymaga prawnej reakcji – ale okazuje się to niemożliwe, bo autora nie da się znaleźć. Fakt: są coraz to nowe przepisy, określające odpowiedzialność za pisane słowo. Na szczęście, bo niektóre wpisy, komentarze czy wiadomości mogą doprowadzić człowieka do psychicznego załamania, a nawet targnięcia się na własne życie.
To jest efekt elektronicznej poczty, komunikatorów, mediów społecznościowych: straszny, lecz uboczny. Bo na ogół internet ułatwia życie. Komunikowanie się jest o wiele prostsze i szybsze niż kiedyś. Możemy z łatwością się porozumiewać w sprawach codziennych, ale też w pracy naukowej. Tak doskonały sposób komunikowania się stopniowo wypiera tradycyjne listy. Pocztą elektroniczną dostajemy książki lub inne teksty, do których dostęp dawniej bywał skomplikowany lub po prostu zbyt kosztowny. Ba, dostajemy ich teraz tak wiele, że z czasem mamy problemy z ich czytaniem (lub nieczytaniem).
Internet nie jest źródłem bezgranicznie wiarygodnym
Osobnym problemem jest jednak merytoryczna wartość tego, co wypływa z komputera. Łatwość wytworzenia, wysłania, opublikowania tekstu jest pokusą dla oszustów, propagandzistów i oczywiście służb sekretnych, by raczyć odbiorców treściami, po które nigdy by nie sięgnęli. Myślę, że podobnie jak w innych dziedzinach, i tu z czasem znajdą się sposoby na te oszukańcze metody. Masowość komunikacji za pomocą internetu jest zjawiskiem niedawnym i z pewnością będzie jeszcze udoskonalana.
Tymczasem w przyjmowaniu informacji musimy zachować ostrożność. Bo na pewno nie wszystko, co przychodzi z internetu, jest prawdziwe, a my mamy raczej kiepskie możliwości, by to skontrolować. Karanie kłamców czy autorów fałszywek nie jest proste. Bywają niedostępni, trudni do odnalezienia czy zidentyfikowania, a my sami potrafimy uwierzyć w niejedną bzdurę. Dlatego pamiętajmy: internet nie jest źródłem bezgranicznie wiarygodnym. Cieszmy się nim, cieszmy się możliwościami, jakie daje, ale bądźmy krytyczni. Oczywiście w sprawach ważnych. Co innego, jeśli chodzi o przepis na jajecznicę.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















