Twórcy „Armanda” znajdują niebanalne środki wyrazu, by opowiedzieć o załamaniu nerwowym i jego źródłach

Opowieść o dziecku, które mogło skrzywdzić inne dziecko, to opowieść o naszym skrzywionym spojrzeniu na przemoc. Dostrzeganą zazwyczaj tam, gdzie najwygodniej byłoby ją umiejscowić.
Czyta się kilka minut
Renate Reinsve w filmie „Armand”, reż. Halfdan Ullmann Tøndel, 2024 r. // Materiały prasowe Best Film
Renate Reinsve w filmie „Armand”, reż. Halfdan Ullmann Tøndel, 2024 r. // Materiały prasowe Best Film

Choćby cię smażono w smole… – to znane, upiorne skądinąd powiedzonko, mówiące o tym, że szkolne brudy najlepiej prać wiadomo gdzie, zdaje się inspirować filmowców bardziej niż kiedykolwiek. Dzisiejsza szkoła jako laboratorium społeczne, testujące granice demokracji, tolerancji czy cywilnej odwagi, pojawiła się niedawno w japońskim „Monsterze” Hirokazu Koreedy, niemieckim „Pokoju nauczycielskim” Ilkera Çataka czy francuskim „Dobrym nauczycielu” Teddy’ego Lussi-Modeste’a. Inaczej jest w filmie „Armand”. 

Jego twórca, Halfdan Ullmann Tøndel, zamyka nas w murach norweskiej podstawówki, by w postępowej instytucji i bezpiecznej na pozór przestrzeni obudzić prawdziwe upiory. Po horrorach nauczycielskich i uczniowskich przyszła pora na dreszczowiec rodzicielski, gdzie incydent z udziałem dzieciaków otwiera nie szkolne, a domowe szafy. I wytrząsa z nich szkielety, poupychane tam dla rzekomego dobra podstawowej komórki społecznej. 

Sam schemat fabularny też wydaje się znajomy. Dotychczas zatroskani rodzice spotykali się, ażeby wspólnie rozwiązać uczniowski konflikt (kłania się „Rzeź” Romana Polańskiego z 2011 r. według sztuki Yasminy Rezy „Bóg mordu”) albo znaleźć porozumienie po tragicznym incydencie sprzed lat z udziałem ich pociech (patrz: niedawne „Odkupienie” Frana Kranza). Za każdym razem punktem zapalnym była chłopięca przemoc, dzieci znajdowały się jednak poza kadrem.

W filmie Ullmanna Tøndela jest podobnie – rodzice zostają wezwani po lekcjach w związku z „zachowaniem dewiacyjnym o podłożu seksualnym”, jakiego sześcioletni Armand dopuścił się rzekomo wobec swego rówieśnika Jona. Podczas gdy wychowawczyni czy dyrekcja próbują wyjaśnić incydent odwołując się do standardów dyplomacji i poprawności, między Sarah i Andersem, czyli matką i ojcem ofiary, a Elisabeth, rodzicielką domniemanego sprawcy, coraz bardziej iskrzy. Oliwy do ognia dolewa fakt, iż cała piątka stanowi bliską rodzinę (nieżyjący mąż Elisabeth był bratem Sarah). Z czasem dylemat spod znaku „co się zdarzyło naprawdę?” zatacza szersze kręgi i schodzi coraz głębiej do rodzinnych piwnic.

Młody reżyser nie idzie pod tym względem na łatwiznę. Najpierw z drobiazgów buduje klaustrofobiczny nastrój – opustoszała szkoła straszy pustymi korytarzami i przeskalowanymi dźwiękami, skandynawskie lato daje wycisk (stąd pot na czołach i krew z nosa wicedyrektorki), a dziecięce ubranko na wieszaku wygląda z daleka niczym powieszone ciało.

Na dodatek szwankuje alarm przeciwpożarowy, włączając się bez potrzeby, toteż z czasem nikt już nie zwraca na niego uwagi (co będzie, jak odezwie się kiedyś w krytycznym momencie?). Tykającą bombą jest w tym wszystkim Elisabeth, broniąca niewinności swego dziecka i swojej podmiotowości, ponieważ od samego początku jej kompetencje rodzicielskie są kwestionowane. W ten sposób „Armand” staje się również opowieścią o samodzielnym macierzyństwie pod pręgierzem. Nawet widz do pewnego momentu będzie bardziej skłonny zaufać spokojnej, powściągliwej Sarah (Ellen Dorrit Petersen) aniżeli rozedrganej Elisabeth. Gra ją na pełnej skali swoich możliwości Renate Reinsve („Najgorszy człowiek na świecie”, „Nieumarli”, „Another End”) i jest to największa petarda w tym kameralnym, z początku mocno wytłumionym filmie. 

Norweska aktorka wręcz rozsadza ekran swoją obecnością. Gdy jej bohaterka wybucha nagle kilkuminutowym, trudnym do zaklasyfikowania śmiechem albo wykonuje dziwaczną choreografię w szkolnym holu, zakłopotane mogą być nie tylko filmowe postacie. Zachowania Elisabeth wskazują na jej psychiczną niestabilność, lecz równocześnie kojarzą się z performansem. Jest przecież zawodową aktorką, co stereotypowo pozycjonuje ją w oczach rodziny i szkoły jako chorobliwą atencjuszkę i królową dram. W takich chwilach wydaje się, że kobieta jedynie prowokuje, błaznuje, wchodzi w jakąś rolę, okazuje się jednak, że jest dokładnie na odwrót. Matka małego Armanda wyraża całym swoim ciałem skrywaną bezradność i rozpacz, zaklajstrowane przez lata. 

Opowieść o dziecku, które mogło skrzywdzić inne dziecko, to historia o międzypokoleniowym skażeniu przemocą. Ale również o naszym skrzywionym spojrzeniu na przemoc, dostrzeganą zazwyczaj tam, gdzie najwygodniej byłoby ją umiejscowić. Ciekawe, że szkoła nie jawi się tutaj jako typowe miejsce opresji, wręcz przeciwne. Ciało pedagogiczne i dyrektor próbują spokojnie rozwiązać problem, wysłuchawszy obu stron, jakkolwiek dopuszczają się zaniechań czy uników i film subtelnie je wychwytuje. 

Thea Lambrechts Vaulen doskonale odtwarza zaangażowanie i zakłopotanie nauczycielki oddelegowanej do przeprowadzenia rodzicielskiej konfrontacji. Tyle że placówka, do której uczęszczali kiedyś także główni bohaterowie filmu, okazuje się w szerszym wymiarze dysfunkcyjna, ignorująca uzasadnione alarmy i prześlepiająca w kieracie procedur „historię przemocy”. 

Ullmann Tøndel, wnuk znanej aktorki, a jednocześnie były nauczyciel w szkole podstawowej, w scenariuszu posiłkuje się obserwacjami z życia. Imponuje psychologiczna gęstość i zarazem nieprzewidywalność, z jaką prowadzi swoją opowieść, stopniowo odsłaniając jej zatrutą grzybnię. Z drugiej strony ten skupiony, minimalistyczny film chwilami „odjeżdża” w stronę stylistycznego ekscesu, czym ambitny debiutant zbliża się chcąc nie chcąc do twórczości swojego sławnego dziadka. Zwłaszcza w ekstremalnych kreacjach obu aktorek, w wystudiowanej rezerwie Petersen i w brawurowej nadekspresji Reinsve, widać dziedzictwo bergmanowskie, nie mówiąc o scenach wizyjnych niczym z psychologizującego kina grozy.

Reżyser szuka jednak swojego języka. Podążając za skradającą się kamerą Påla Ulvika Roksetha próbuje uciec od teatralności, nieuchronnej w tego rodzaju kinie, gadanym, zamkniętym we wnętrzach, opartym w dużej mierze na wyrazistym aktorstwie. Oryginalność „Armanda” bierze się i stąd, że w dyskretny sposób mierzy się z problemem dziecięcej seksualności, często u nas mylonym z seksualizacją maluczkich. Znajduje też niebanalne środki wyrazu, by opowiedzieć o załamaniu nerwowym i jego źródłach. A chociaż wszyscy mają tutaj jak najlepsze intencje wobec dzieci, gorzki paradoks polega na tym, że najwięcej wypruwa z siebie ta, która najbardziej potrzebuje pomocy. Oczywiście, na pierwszy rzut oka, bo choroba toczy po cichu cały rodzinno-społeczny organizm.

ARMAND – reż. Halfdan Ullmann Tøndel. Prod. Norwegia/Holandia/Niemcy/Szwecja 2024. Dystryb. Best Film. W kinach. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Fałszywy alarm