Reklama

Trzeci hejnał

Trzeci hejnał

08.07.2019
Czyta się kilka minut
Do Krakowa przyjeżdża 13 mln turystów rocznie. Większość z nich trafia na Rynek Główny. To miejsce jest dla nich. Mieszkańcy stąd uciekają.
GETTY IMAGES
P

Pełen obrót kamery trwa półtorej minuty. Po drodze kamera robi trzy przystanki – po 10 sekund każdy. Z pierwszego widać wylot ulicy Szewskiej i wieżę ratuszową. Wysoka na 70 metrów, nie mieści się w kadrze.

Kamera staje po raz drugi. Białe parasole ogródków, skrawek Sukiennic i płyta Rynku Głównego, największego średniowiecznego rynku Europy. Jest wieczór, przed chwilą padało i światła odbijają się na bruku długimi poświatami.

Trzeci przystanek to romański kościół św. Wojciecha, zabytkowe kamienice i dwie wieże bazyliki Mariackiej. Kamera obejmuje tylko tę niższą. Czeka 10 sekund i wraca do poprzednich przystanków. Jak wahadło. Obraz idzie na żywo w internecie, wyznaczając rytm życia centrum Krakowa.

Pory dnia

Można pisać godzina po godzinie:

Dziewiąta. Michał, student, którego spotykam na Rynku, mówi na to: „delivery o’clock” (godzina dostaw). Cały Rynek zamienia się w wielki parking. Dostawcy, kurierzy, listonosze, służby. Wyrzucą zapasy, beczki z piwem i skrzynki z warzywami i znikną. Przed dziesiątą nie będzie tu ani jednego samochodu dostawczego.

Dwunasta. Ktoś karmi gołębie, ktoś tylko przemyka, śpiesząc się na dworzec. Z wieży słychać hejnał. Tradycyjnie gra się cztery sygnały. Pierwszy – dla króla, drugi – dla burmistrza (obecnie: prezydenta), czwarty – dla kupców. Dziś najważniejszy jest sygnał trzeci, ten grany w stronę Barbakanu i dworca. On jest dla turystów.

Dwudziesta. Przelewająca się od kilku godzin rzeka turystów gęstnieje. Wzbiera, rozlewa się i zaczyna upijać. Przykrywa ogródki, restauracje i bary z tanią wódką. Pojawiają się naganiacze, grupy Brytyjczyków na stagach (wieczorach kawalerskich) i promotorki klubów go-go. Wszystkiego na rynku robi się więcej.

Ubywa tylko mieszkańców.

Więcej niż budżet

Rynek wraz z przyległościami to w Krakowie dzielnica I – Stare Miasto. W ciągu ostatniej dekady liczba zameldowanych tutaj osób spadła z 50 tys. do 34 tys. W obrębie Plant (ścisłe centrum miasta) mieszka zaledwie tysiąc osób. Dawnych mieszkańców wypierają hotele, hostele i mieszkania pod najem krótkoterminowy. Wygania ich ciągły hałas, tłum i zapach uryny na klatkach kamienic. „Obywateli Rynku” jest dziś naprawdę niewiele, w większości to ludzie, którzy na Stare Miasto przychodzą wyłącznie do pracy.

Iśka pracuje w kawiarni przy Małym Rynku. – Ja to nazywam „historyczną prostytucją” – mówi. – Bierzemy nasze zabytki, nasze kamienice, nasze dziedzictwo i sprzedajemy je światu. I pewnie dobrze robimy, bo to się opłaca. Ale czasami warto pamiętać, że coś po drodze tracimy.

Opłaca się. Co roku Kraków odwiedza 13 mln gości, w tym 3 mln z zagranicy. Według badań Małopolskiej Organizacji Turystycznej w minionym roku turyści zostawili w mieście 5,5 mld złotych (suma bez kosztów dojazdu i wcześniej opłaconego noclegu). To więcej niż budżet miasta.

Wyludnianie się najstarszych, zabytkowych dzielnic, podporządkowanie ich przyjezdnym jest nieuchronnym skutkiem turystyfikacji. To problem, z którym nie radzą sobie nawet metropolie. Amsterdam do zera zredukował budżet na promocję turystyki. W Wenecji mieszka dziś trzy razy mniej ludzi niż 60 lat temu. W Barcelonie wskutek ciągle rosnących czynszów z centralnych dzielnic eksmitowano 39 tys. osób, a na murach widać napisy „Tourists – go home!”. Barcelończycy założyli organizację ABTS (Assemblea de Barris per un Turisme Sostenible) – Rada Dzielnic na rzecz Odpowiedzialnej Turystyki. Bronią ludzi przed eksmisjami, rozmawiają z politykami, okupują hotele.

Joaquín Linares z ABTS mówi „Tygodnikowi”: – Nie walczymy przeciwko turystom, tylko przeciwko przemysłowi turystycznemu. Ten przemysł sprawił, że nasze miasto stało się miejscem, w którym nie da się żyć.

Czy tak może też wyglądać Kraków?

Po czerwonym dywanie

Kamera online pokazuje Rynek z okolic drugiego piętra. Z tej samej wysokości ogląda go Marcin Wesołowski, autor podróżniczego bloga „Wojażer”. Przez osiem lat prowadził tu hotel.

– Mieszkaliśmy z żoną bezpośrednio przy Rynku. To życie przestało być znośne w 2014 r. Ostatni opuściliśmy kamienicę, w której wcześniej mieszkali bardzo fajni ludzie. Ostatni zgasiliśmy światło.

– Dlaczego?

– Zaczęło się niepozornie. Najpierw w naszej kamienicy jedno z mieszkań przeznaczono na wynajem dla turystów. Codziennie pojawiali się obcy ludzie. Tkanka kamienicy została naruszona – zamiast tych samych, dobrze znanych twarzy sąsiadów i przyjaciół, pojawili się nieznajomi. Wraz z nimi chaos: hałas, brud, pijaństwo, wrzaski. Do tej pory pamiętam parę Brytyjczyków uprawiającą seks przez dwie godziny. Drzwi mieli otwarte na oścież. Po pierwszym mieszkaniu poszły kolejne – całe pierwsze piętro. Powstał tam klub go-go. Na początku było śmiesznie. Do domu wchodziliśmy po czerwonym dywanie, a przy wejściu witali nas ochroniarze. Gorzej, gdy zaczęli się zmieniać, i za każdym razem musiałem się tłumaczyć, że tu mieszkam, że nie jestem klientem. Z czasem znikła ekskluzywność lokalu – naganiani byli wszyscy, jak leci. Klub w końcu padł, za to pojawiły się grupy Brytyjczyków wbijające do kamienicy, żeby załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. W jednym przypadku nie odpuściłem – śledziłem ich aż do przyjazdu policji i do przykładnego ukarania całej grupy. Wisienką na torcie było otwarcie pijalni wódki na wprost kamienicy. W tym momencie skończyła się względna cisza, a zaczął Mordor, którego hałas sięgał piątego piętra. Poddaliśmy się.

– Znasz kogoś, kto został?

– Tylko jedną rodzinę. Reszta mieszkań to muzea, biura, apartamenty na wynajem, hotele. Wystarczy przejść się wieczorem i zobaczyć, gdzie pali się światło.

– Za drogo?

– Tu nawet nie chodzi o czynsze – całkiem znośne ceny na rynku zdarzały się jeszcze trzy lata temu. Chodzi o brak sąsiadów, brak żywej tkanki, wieczny hałas, logistykę wjazdu pod dom. Ci, których znałem, od dawna cieszą się, że mieszkają gdzie indziej.

Rozgrzesz się sam

Dziś Marcin Wesołowski już nie prowadzi hotelu, ale nadal ogląda Sukiennice z okna swojego biura.

– Zmiana pracy to kolejny życiowy psikus – opowiada. – Okazało się, że firma, do której przeszedłem, ma biuro... w Pałacu pod Baranami. W dniu mojej dużej, zawodowej zmiany przeszedłem z jednej strony Rynku na drugą.

I dodaje: – Szczerze cenię sobie przywilej pracy tutaj. Moja relacja z tym miejscem to klasyczna „love-hate relationship”. Tak się do wszystkiego przyzwyczaiłem, że nowy lokal potrafię zauważyć dopiero po dwóch latach. Teraz najczęściej widzę go z drugiego piętra – patrzę na turystów i zgiełk miasta, ale gdy schodzę na dół, od razu idę na Franciszkańską, odpalam skuter i znikam. Jeśli zostanę dłużej, zaraz zaczynają się moje przygody z naganiaczami czy promotorkami klubów ze striptizem. Na to nie ma sposobu. Gdy chciałem jedną spławić i odezwałem się po włosku, ta odpowiedziała płynną włoszczyzną. Innej powiedziałem, że jestem księdzem. Usłyszałem, że przecież mogę się sam rozgrzeszyć.

Protest mieszkanców kamienic, Rynek Główny, czerwiec 2012 r. / FOT. TOMASZ WĘGRZYŃSKI / AGENCJA GAZETA
Protest mieszkanców kamienic, Rynek Główny, czerwiec 2012 r. / FOT. TOMASZ WĘGRZYŃSKI / AGENCJA GAZETA

Za daleko od morza

Iśka: – Pracuję tutaj. Panie powożące bryczkami widzę częściej niż własną mamę. I doceniam to, że Rynek nadal pełni rolę targowiska. Że sprzedaje się rękodzieło, są targi z jedzeniem. Że kwiaciarki dalej stoją pod dawno nieaktualnym logo RMF FM. Dla mnie to jest wartość, to jest wpisane w krajobraz. A turysta nigdy tego wpisania nie dostrzeże.

15 maja w kawiarni, w której pracuje Iśka, odbywają się warsztaty „Kraków i turystyfikacja”. Prowadzi je Joaquín Linares z ABTS. Przysłuchuję się temu, jak krakowianie podchodzą do rosnącej liczby turystów.

Większość latem unika ścisłego centrum i Kazimierza. Żałują, bo to naprawdę ładne miejsce. Padają uwagi o zaśmieceniu, o zakłócaniu ciszy nocnej, o Brytyjczykach i ich wieczorach kawalerskich. Widzą, że Stare Miasto staje się skansenem. Cała infrastruktura podporządkowana jest gościom – mieszkańcy muszą szukać miejsca gdzie indziej. W obrębie Plant nie ma np. przedszkola. Place zabaw są dwa – od niedawna. Głównie jednak się cieszą. Wiedzą, ile ruch turystyczny daje miastu. Że generuje ponad 10 proc. krakowskich miejsc pracy. Pamietają też Rynek Główny wieczorami sprzed kilkunastu lat – pusty, wymarły, cichy. Nie tęsknią za takim Krakowem.

Joaquín Linares opowiada o tym, jak ten proces przebiegł w Barcelonie. Tego uczestnicy warsztatów też nie chcą. Ale jeszcze za daleko nie jesteśmy – uznają. Dominuje zresztą opinia, że nigdy nie będziemy. Że Kraków nie ma takiego potencjału turystycznego. Że jest za słaby, za zimny i za daleko od morza na bycie drugą Barceloną.

Marcin Wesołowski: – Czy Kraków podzieli los takich miast jak Barcelona czy Wenecja? Jeśli chodzi o centrum, to już podzielił. Ale według badań dosłownie promil mieszkańców oczekuje jakichkolwiek działań, które miałyby ograniczyć ruch turystyczny. Większość trzyma kciuki za jeszcze większy wzrost. To miasto, poza biznesem, innowacjami, outsourcingiem i edukacją, stoi na turystyce i bardzo lubi pieniądze, które wraz z nią przybywają do miasta.

Problemem modelu barcelońskiego, jak tłumaczy Joaquín Linares, stało się to, że olbrzymie zyski z turystyki nie trafiają z powrotem do kasy miasta.

Międzynarodowe korporacje wyprowadzają je poza Katalonię, najczęściej do któregoś z rajów podatkowych. Tymczasem infrastrukturę turystyczną finansuje miasto. Linares nazywa to „biznesem pasożytniczym”. Na razie Krakowowi taka sytuacja nie grozi.

– W dodatku sukces miasta przekłada się na sukces regionu – dodaje Marcin. – Wielu turystów odwiedza też Tatry, Wieliczkę, Tarnów itp. Dlatego typowy krakowianin trochę ponarzeka w towarzystwie, ale tak naprawdę akceptuje to, jak jest. Trudno sobie wyobrazić, że wkrótce zaczniemy wypisywać na murach „Turyści do domu!”.

Rynek się stroi

Zapytałem mieszkańców, czy w Rynku dostrzegają jeszcze jakąś wartość. Czy dostrzegają coś, czego raczej nie zobaczy turysta?

Michał, student: – Mówi się, że to skansen. Ale ostatnio szedłem przez Rynek i widzę pożar u Wierzynka. Od razu zrobiło mi się smutno, to przecież kawał historii. Późnej patrzę, a o pożarze piszą wszystkie media. Czyli jednak nie tylko skansen. To są też dla nas symbole miasta.

Iśka: – Ja uwielbiam rynek rano. Te wszystkie ogródki kawiarniane, zanim się porządnie rozstawią. Kelnerki, jeszcze bez makijażu, za to z kawą w ręce. Plotkują, nosząc krzesła. Wtedy cały Rynek się pucuje, stroi na resztę dnia. Turysta, który trzy godziny później wejdzie do eleganckiej knajpy, nie będzie wiedział, że warzywa, które dostanie na obiad, przywiózł chwilę temu pan Rysiek w szarym polarze i z fajką w ustach.

Kamila: – Ja więcej widzę w budynkach. Tu studiowałam, tu szłam na randkę, a tutaj był kiedyś pyszny kebab. Wydaje mi się, że turysta po prostu wchodzi do klubu. A ja pamiętam, że w tym klubie kupowałam kiedyś nielegalnie piwo. Pamiętam, że miałam 16 lat i strasznie się bałam. Pamiętam, jaki miałam na sobie sweterek.

Marcin: – Spotykam ciągle te same osoby: tego samego listonosza, tych samych kurierów, wpadam na kawę do tych samych miejsc. Pani w kiosku dokładnie wie, po co przychodzę. Na największy Rynek w Europie wychodzę w przerwie na papierosa. I czasem znad tego papierosa poprawiam przewodników, bo słyszę, że robią błędy. ©

Galeria zdjęć
  • Protest mieszkanców kamienic, Rynek Główny, czerwiec 2012 r. / FOT. TOMASZ WĘGRZYŃSKI / AGENCJA GAZETA

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Dziękuję za ten artykuł. Mam swoje piękne wspomnienia związane z Krakowem, choć mieszkam na stałe we Wrocławiu. Tu też mamy wielu turystów lecz nie są to ilości niszczące tkankę miejską. Mimo wad turystyki powinniśmy być zadowoleni, że Polska dołączyła do miejsc które chce się odwiedzać, że nasze miasta pięknieją. Polacy mocno na to pracowali i pracują, jest jeszcze dużo do zrobienia, ale te widoczne efekty cieszą.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]