Taca w chorobie

Znaczne ograniczenie liczby uczestników mszy gwałtownie zmniejszyło wpływy z ofiar. Czy epidemia zmieni system finansowania Kościoła w Polsce?

13.04.2020

Czyta się kilka minut

Transmisja online modlitwy różańcowej, Rogalin, 17 marca 2020 r. /  / ROBERT WOŹNIAK / FORUM
Transmisja online modlitwy różańcowej, Rogalin, 17 marca 2020 r. / / ROBERT WOŹNIAK / FORUM

Pandemia to przede wszystkim trudny czas dla zwykłych ludzi – czas lęku przed chorobą i śmiercią oraz niepewności, co przyniesie przyszłość. Ale to także sprawdzian dla instytucji funkcjonujących w przestrzeni publicznej, obnażający ich słabości i wady. Kościół katolicki w Polsce nie jest z tej weryfikacji wyłączony. Dotyczy to także jego materialnego funkcjonowania.

Większość parafii przez kilka miesięcy będzie utrzymywać się z pieniędzy zgromadzonych podczas kolędy. Kryzys jednak już dotyka te biedniejsze, żyjące z miesiąca na miesiąc. Zapowiadają go też nerwowe działania niektórych biskupów.

Piąte przykazanie kościelne

W większości diecezji nie wprowadzono dotąd żadnych nadzwyczajnych regulacji w tym zakresie, a hierarchowie publikują ogłoszenia wzywające wiernych do wzajemnej troski w czasie epidemii, w tym zwłaszcza o osoby w trudnej sytuacji. Trzech hierarchów wydało jednak już specjalne zarządzenia odnoszące się wprost do diecezjalnych finansów.

Biskup świdnicki Ignacy Dec, obecnie już na emeryturze (papież przyjął jego dymisję związaną z osiągnięciem wieku 75 lat), zdążył jeszcze odroczyć parafiom płatności na rzecz utrzymania kurii, seminarium duchownego i domu księży emerytów. Jednocześnie w zarządzeniu z 19 marca zobowiązał księży wikariuszy uczących religii do wniesienia do parafialnej kasy opłaty w wysokości 25 proc. wynagrodzenia katechety bądź 1000 zł. Metropolita przemyski abp Adam Szal rozesłał z kolei do księży drogą mailową zarządzenie zlecające obowiązkową wpłatę połowy dochodów z marca na parafie diecezji, a z kwietnia na kurię metropolitalną. Także biskup legnicki Zbigniew Kiernikowski zapowiedział w zarządzeniu z 27 marca wydanie „dekretu dotyczącego finansowania parafii i zryczałtowanych opłat, które wpłacają one na rzecz Legnickiej Kurii Biskupiej”.

W biedniejszych parafiach proboszczowie już poprosili parafian o wsparcie. Ks. Romuald Zapadka, proboszcz parafii pw. bł. Franciszki Siedliskiej w Olsztynie, w liście do parafian przypomniał o piątym przykazaniu kościelnym: „Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła”.

– Jako proboszczowi zależało mi nie tyle na mnie i innych księżach – tłumaczy – ale przede wszystkim na zatrudnionych w parafii osobach świeckich: zakrystiance, organiście, gospodyni. Bo te osoby utrzymują się jedynie z pensji płaconej przez Kościół. Mimo obniżonych już w porozumieniu z nimi pensji oni chcą nadal służyć Kościołowi i pracować.

O ofiary na koszty prowadzenia parafii poprosił także ostatnio proboszcz parafii pw. św. Bartłomieja w Sępólnie, ks. Henryk Lesner. I koszty te podczas niedzielnej mszy świętej 29 marca dokładnie wymienił: pensje pracowników, ZUS, podatek, energia elektryczna, ogrzewanie.

Z prośbą o przekazywanie datków na konto parafialne zwrócił się również do wiernych ks. Jarosław Ciszek, proboszcz parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Jaworznie-Sobieskim.

Co kraj, to obyczaj

W systemie finansowania działalności Kościoła w Polsce głównym źródłem dochodów parafii są datki od wiernych. Ich wielkość zależy wprost od dominicantes, czyli liczby osób uczestniczących w niedzielnej Eucharystii. Z datków na niedzielną tacę pokrywane są koszty utrzymania parafii oraz opłacane są pensje pracowników parafii, poza duchownymi. Zwyczajowo kilka razy w roku niedzielne tace są zbierane na rzecz kurii, innych urzędów kościelnych i na cele charytatywne.

Obecny system finansowania Kościoła reguluje „Instrukcja KEP w sprawie zarządzania dobrami doczesnymi Kościoła” z 2015 r. – swoisty podręcznik dla biskupów, jak zarządzać kościelnym majątkiem i finansami. Jest w niej mowa m.in. o tym, że sakramenty i sakramentalia powinny być sprawowane bez uzależnienia od ofiary; że we wszystkich instytucjach kościelnych powinna panować przejrzystość finansowa, oparta na publikowaniu szczegółowych sprawozdań; że zbieranie datków, ich liczenie i prowadzenie ksiąg finansowych nie powinno być funkcją duszpasterzy; że podstawę systemu wynagradzania (renumeratio) polskich duchownych stanowią dobrowolne datki, zwłaszcza ofiary mszalne i iura stolae (chrzty, śluby i pogrzeby) oraz częściowo wpływy z kolędy bądź wynagrodzenia za szkolną katechezę.

Tyle teoria. Praktyka pokazuje bowiem, że zalecenia zawarte w instrukcji KEP pozostają często pobożnymi życzeniami.

– W kościelnych finansach w Polsce panuje wyjątkowy chaos – mówi ks. Arkadiusz Lechowski, wikariusz z parafii pw. św. Anny w Łodzi. – Owszem, niby istnieją ogólne standardy, ale tak naprawdę co kraj, to obyczaj. Właściwie w każdej diecezji obowiązują inne reguły, spisane w ich statutach. Na przykład zasada, że księża dostają pieniądze z sakramentów, jest realizowana na ­bardzo różne sposoby. Powszechne są w tym obszarze dość skomplikowane formy rozliczeń. W niektórych diecezjach ofiary za sakramenty są brane do tak zwanego ­cumulum, które następnie podlega ­podziałowi między kapłanów pracujących w parafii. Są diecezje, gdzie jedna część z tych pieniędzy jest przeznaczona dla wikariusza, dwie części dla proboszcza. Pieniądze z katechezy czasami wchodzą do cumulum, czasami nie.


Czytaj także: Ducha nie gaśmy - rozmowa z abp. Grzegorzem Rysiem


Ks. Lechowski przyznaje: – W czasie mojej prawie dwudziestoletniej posługi kapłańskiej nigdy nie poznałem finansów żadnej z parafii, w której posługiwałem. To zawsze była tajemnica. Proboszcz brał tacę i czuł się za nią jednoosobowo odpowiedzialny. A przecież zasada jest taka, że taca nie należy do niego, tylko do parafian. Kodeks prawa kanonicznego mówi bardzo wyraźnie, że w każdej parafii obok rady parafialnej powinna być rada ekonomiczna, zajmująca się finansami. Bo trzeba pamiętać o pierwszym grzechu Judasza. A było nim to, że zaczął podbierać z trzosa oddanego mu pod opiekę przez Jezusa (J 12, 6). Od tego zaczęła się jego zdrada.

Co więcej, uzależnienie dochodów księży od pieniędzy z iura stolae rodzi pokusę, uważa duchowny, żeby ustalać stawki za sakramenty. – Gdy papież Franciszek zwracał się do włoskich księży, żeby nie brali ofiar za sakramenty, to mało kto tę wypowiedź u nas rozumiał. Bo dla tamtejszych księży, którzy mają stałe pensje, pieniądze te są czymś w rodzaju napiwku. A księża w naszym kraju właśnie z takich „napiwków” się utrzymują.

Worek ziemniaków

Jak radzą sobie teraz?

Sporo zależy od wielkości parafii czy od średniej wieku parafian. Nie bez znaczenia jest też fakt, czy chodzi o parafię miejską czy wiejską.

– Dla mnie obecna sytuacja niewiele zmienia – mówi ks. Maciej Pliszka, proboszcz parafii pw. św. Stanisława Kostki w Korytowie w powiecie choszczeńskim, w diecezji szczecińsko-kamieńskiej (według raportu KAI „Finanse Kościoła katolickiego w Polsce” z 2012 r. była to najbiedniejsza parafia w Polsce). – Korytowo to typowa wieś, której mieszkańcy żyli niegdyś z pracy w miejscowym PGR-ze. Po jego zamknięciu zapanował tu głód.

Gdy ks. Pliszka został proboszczem Korytowa, od razu założył spółdzielnię produkcyjną (pierogi, krokiety). Obecnie spółdzielnia zatrudnia 30 kobiet; proboszcz codziennie o 5 rano rozwozi wytworzone produkty do miejscowych sklepów. Część uzyskiwanych z tej działalności przychodów jest przeznaczana na utrzymanie parafii.

– Bo przy całej ofiarności mieszkańców pieniądze z niedzielnej tacy, jakieś 400 złotych, nigdy nie wystarczały na pełne pokrycie kosztów – tłumaczy duchowny. – Nigdy w związku z tym nie widziałem potrzeby publikowania sprawo­zdań finansowych. Tym bardziej teraz, gdy koszyk stoi przed ołtarzem i ludzie sami wrzucają datki; parę groszy dosłownie, w sumie może jakieś trzydzieści złotych.

Parafia pw. św. Faustyny Apostołki Bożego Miłosierdzia w Rogozinie pod Płockiem. Liczba parafian: ok. 2000 osób. – Na razie wykorzystuję rezerwy, głównie z kolędy – mówi proboszcz ks. Janusz Wiśniewski.

Wystarczy na opłacenie bieżących rachunków. Msze na Facebooku? Ksiądz proboszcz rozmawiał z wiernymi i radą parafialną i zapadła decyzja, że na razie tego nie będą robić. Zbiórki do koszyka? Pieniądze są dalej zbierane, ale od pewnego czasu robią to sami parafianie. Przed epidemią niedzielna taca wynosiła około 1000 zł, teraz jest to jakieś 200–300 zł. Sprawozdania finansowe? Tak, w parafialnej gazetce jest publikowana informacja o finansach – może nie do końca regularnie, ale jednak.

Parafia pw. Matki Boskiej Bolesnej w Mierzynie koło Szczecina. Tutejszy proboszcz w obliczu obostrzeń związanych z epidemią wpadł na niecodzienny pomysł: w Niedzielę Palmową postanowił odprawić 46 mszy. Co godzinę jedną, w różnych miejscach: w kościele, w dwóch namiotach przy kościele, a także w biurze parafialnym.

Parafia pw. św. Augustyna i św. Anny w Babiaku w archidiecezji warmińskiej. Choć właściwie to dwie parafie, bo tutejszy proboszcz, ks. Sławomir Wiśniewski, ma pod swoją opieką również kościół św. Apostołów Szymona i Judy Tadeusza w sąsiednim Runowie. – W obu parafiach są teraz 933 osoby – mówi ks. Wiśniewski. – W każdą niedzielę w związku z epidemią odprawia się cztery msze, w tym dwie dodatkowe po południu. Na porannych nabożeństwach zbiera się składki. Przed epidemią wpływy z niedzielnej tacy wynosiły jakieś 500 zł, teraz około 70 zł.

– Na razie nie zamierzam tego w żaden sposób wymuszać. Bo jeśli ktoś ma, to się podzieli. A jak nie ma, to ofiaruje może przynajmniej swoją modlitwę.

Msze w internecie? Też na razie nie – on sam niezbyt dobrze się na tym zna, a poza tym to wiejska parafia, większość wiernych to osoby starsze, z siecią internetową nieobeznane. Ks. Wiśniewski jednak się nie martwi. – Jesteśmy tu wszyscy jedną wspólnotą, jedną rodziną. Więc jeśli zabraknie na jedzenie, to trzeba będzie zapytać parafian, czy ktoś ma może worek ziemniaków.

„Jesteście wielcy!”

A parafie w większych miastach? Okazuje się, że tu też regułą jest pokrywanie bieżących rachunków z oszczędności. Powszechną praktyką są też msze transmitowane w internecie.

Parafia pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Suchym Lesie k. Poznania (jedna z najbogatszych w Polsce). Według proboszcza ks. Andrzeja Niwczyka wobec dopuszczalnej liczby pięciu osób w kościele nie ma żadnej różnicy w aktualnych przychodach między parafiami bogatymi i biednymi. Czy starcza mu na parafialne rachunki? Cóż, sięga do oszczędności, więc na razie nie zwraca się do wiernych o dodatkowe wsparcie. Msze w internecie? Tak, wszystkie nabożeństwa odbywają się według dawnego porządku i są transmitowane na Facebooku.

Parafia pw. Matki Bożej Fatimskiej w Łodzi. – Przed epidemią zbieraliśmy w niedzielę około 1400 zł, teraz może 50, 100 zł – mówi proboszcz ks. Jan Czekalski.

Ostatnio na konto parafii wpłynęły trzy ofiary po sto złotych, mimo iż do tej pory, przyznaje kapłan, nie prosił parafian o wsparcie. – Jak sobie radzimy? Bieżące rachunki opłacamy z funduszu z kolędy, który był przeznaczony na remont kościoła. Na szczęście nie ma już mrozu, więc mogłem wyłączyć ogrzewanie w kościele. Wszystkie nasze msze transmitujemy w internecie, ale oglądają je głównie osoby spoza parafii, bo większość naszych parafian to osoby starsze.

Parafia pw. bł. Franciszki Siedliskiej w Olsztynie. – Dzięki Bogu jest pozytywna reakcja ze strony wiernych – mówi ks. Romuald Zapadka. – Jedni przelewają mniejsze datki, drudzy większe. Oczywiście nie można tego porównać do sytuacji sprzed epidemii, trzeba jednak pamiętać, że nasi parafianie to głównie osoby w podeszłym wieku i nie wszystkie potrafią wykonać przelew internetowy.

Są parafie, dla których obecna sytuacja nie stanowi większego wyzwania. Przykładem parafia pw. św. Maksymiliana w Tychach, w której w ostatnią niedzielę kościelna zbiórka na tacę wyniosła 110 zł, wpłaty internetowe zaś aż 5 tys. zł (przed epidemią podczas niedzielnych nabożeństw na tacę trafiało około 4 tys. zł).

Klucz do sukcesu? Wystarczy wejść na Facebooka, żeby zobaczyć, jak żywą wspólnotę można stworzyć w wirtualnym świecie. Parafialny profil tyskiej parafii jest wprost przeładowany postami samych parafian oraz wpisami proboszcza, ks. Grzegorza Strzelczyka. Proboszcz zaczyna facebookową aktywność od porannego powitania wiernych, a w ciągu dnia licznymi wpisami dodaje im otuchy, wzywa do sąsiedzkiej pomocy albo do zatroszczenia się o pomoc dla miejscowego szpitala. Po każdej niedzielnej kolekcie skrupulatnie też informuje parafian o sumie zebranych pieniędzy, kwitując wpisy słowami „Jesteście wielcy!”.

Grzech Judasza

Trzydzieści lat temu w okres transformacji ustrojowej Kościół wszedł z systemem finansowym wypracowanym w czasach zmagania z wrogo nastawioną władzą komunistyczną. Jego specyficzne cechy – nieformalność, nieprzejrzystość, brak jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli i przede wszystkim klerykalizm – wtedy Kościół chroniły. Dziś są anachronizmem. Obecny kryzys zaczyna to obnażać.

Według ks. Lechowskiego przykład tyskiej parafii pokazuje, że gdy ludzie mają poczucie, iż są w parafii poważnie traktowani, wówczas biorą za nią odpowiedzialność. Jednak tylko nieliczni proboszczowie dbają o pełną transparentność finansów.

– Wszyscy specjaliści są zgodni, że do gruntownej zmiany jakiejś instytucji potrzebna jest przede wszystkim wola jej szefa, który jest gotów podzielić się władzą i zaufać współpracownikom. W firmie piłka jest zawsze po stronie prezesa – zauważa ks. Lechowski.

Potrzeba reformy finansów Kościoła w Polsce od lat regularnie pojawia się w debacie publicznej. Wystarczy wspomnieć kwestię likwidacji finansowanego przez państwo Funduszu Kościelnego (przeznaczonego głównie na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne księży, członków zakonów kontemplacyjnych i misjonarzy), podnoszoną co jakiś czas głównie przez lewicowych polityków. Konieczność uporządkowania finansów widzą też polscy duchowni.

Ks. Janusz Wiśniewski (doktor ekonomii): – Dyskusja na ten temat, na przykład o jakiejś formie daniny na Kościół, jest oczywiście potrzebna. Do tego trzeba jednak przygotować przede wszystkim wiernych, uświadamiając im, że oni również są za Kościół odpowiedzialni, także w wymiarze finansowym. Bez tego znowu będzie tylko krzyk, że to kolejne żądanie Kościoła.

Przed epidemią polscy biskupi o podatku kościelnym nie chcieli słyszeć. Po epidemii być może będą go musieli rozważyć jako opcję. Kościół nadal będzie utrzymywany przez wiernych, ale zapewne biskupi będą musieli bardziej liczyć się z ich zdaniem.

Ks. Arkadiusz Lechowski: – Zmiana powinna nadejść. Podatek czy inna forma daniny byłyby rozwiązaniem uczciwym i logicznym. Teraz polski Kościół poprzez panujący w nim bałagan finansowy, brak przejrzystości w finansach i świeckiej kontroli nad nimi ma w pewnym sensie „judaszowe pieniądze”. I zdradza w ten sposób Chrystusa. ©℗

Współpraca: ARTUR SPORNIAK

CZYTAJ WIĘCEJ:

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz oraz tłumacz z języka niemieckiego i angielskiego. Absolwent Filologii Germańskiej na UAM w Poznaniu. Studiował również dziennikarstwo na UJ. Z Tygodnikiem Powszechnym związany od 2007 roku. Swoje teksty publikował ponadto w "Newsweeku" oraz "… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2020