W polskiej wersji zabrakło tego tłumaczenia i zatraca się absolutna pointa filmu: prawdziwa sztuka jest święta i ona jedna przetrwa, ona jedna liczy się w zestawieniu z małostkowością, egocentryzmem i ambicyjkami bohaterów paryskiego Olimpu. Ona sprawia, że nieszczęsna, tęga Lolita staje się piękna, gdy śpiewa słynny “Lament Nimfy" Monteverdiego. Lub kiedy w pustym romańskim kościołku próbują swoich głosów obie - ona i jej nauczycielka muzyki, grana przez Agnés Jaoui, która nim zajęła się filmem, ukończyła konserwatorium w klasie śpiewu. Dotyczy to nawet Cassarda - okropnego, samolubnego ojca Lolity, który przecież opuścił jej wspaniały występ nie z powodu nieczułości, ale pod presją przypływu inwencji twórczej (jest wybitnym pisarzem). To ona nagle kazała mu szukać samotności, by łapczywie spisywać słowa cisnące się pod pióro. Film jest nieco feministyczny: Lolita i Agnés-Sylvie lepiej słyszą “muzykę sfer", nie są tak próżne - nie powoduje nimi taka miłość własna i mimo damsko-ludzkich słabostek robią wrażenie istot ulepionych z lepszej gliny. Sylvie patrzy na otaczających ją panów z ironicznym, choć nie pozbawionym dobrych uczuć dystansem, i w końcu odchodzi od nieprzytomnego na punkcie swojej kariery męża.
Agnés Jaoui ma szczególny dar podpatrywania bliźnich z paryskich elit artystycznych i potrafi go wspaniale spożytkować. W poprzednim jej filmie (“Gusta i guściki") ten dar rzucał się w oczy przede wszystkim. W obecnym słyszy się też i chłonie oddech Du holde Kunst.
Marek Rapacki (Warszawa)
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














