Nie pamiętam już, od kogo usłyszałem tę historyjkę... Pewna pobożna kobieta przyszła do swojego spowiednika z poważnym, w jej ocenie, problemem.
– Weszłam już na dwunasty, ostatni stopień pokory, o którym pisał św. Benedykt, i nie wiem, co dalej...
– To rzeczywiście klops – odparł mnich – ja też nie wiem, co ci doradzić... – A po chwili niezręcznej ciszy dodał: – I po coś tam wlazła?
Skłonność do bezruchu
Ważne, by nie zatrzymać się na ironicznej wymowie problemu bohaterki powyższej historii. Kto bowiem rozumie jej morał, rozpozna w pobożnej kobiecie samego siebie – niezależnie od tego, jaką wyznaje wiarę (i czy w ogóle uważa się za człowieka religijnego). Zobaczy, że przyjął wizję właściwego (a może i doskonałego) życia i miewa momenty, w których wydaje mu się, że spełnił już wszystkie kryteria poprawności (a może i doskonałości).
Ale nie warto się za to biczować. To naturalne, że większość z nas ma jakieś poglądy na temat fundamentalnej natury rzeczywistości, ostatecznego sensu życia, kryteriów dobra i zła, wyznaczników ludzkiego rozwoju. I jeśli traktujemy owe przekonania poważnie – a znaczy to, że wedle nich kształtujemy swe życie – działa równie naturalna tendencja, by traktować własne poglądy jako właściwe: w końcu na nich opieramy najważniejsze decyzje.
Niektórzy z nas uważają się za samodzielnych twórców swojego światopoglądu. Inni w mniej lub bardziej świadomy sposób włączają się w którąś z religijno-duchowych tradycji ludzkości. W jednym i drugim przypadku poszukujemy pewności i działa w nas tendencja do wyznaczania granicy między prawdziwym (czyli naszym) i błędnym (czyli z naszym niezgodnym). I nie chodzi tu tylko o teorię na temat świata, lecz także wizję właściwego sposobu życia. Wszystkim nam grozi niebezpieczeństwo utknięcia na najwyższym stopniu duchowej klatki schodowej, w którą wleźliśmy gnani naturalną potrzebą bezpieczeństwa w sprawach ostatecznych.
Tendencja powyższa dotyczy całych wspólnot. W większości tradycji duchowych ludzkości możemy znaleźć nurty przekonane o posiadaniu pełni prawdy o tym, co boskie lub ostateczne. Również w większości tych tradycji możemy jednak znaleźć mniej lub bardziej wyraźne ślady świadomości, która równoważy tamto przekonanie – intuicji, iż ostateczna rzeczywistość (i ostateczna prawda o człowieku) przekracza możliwości skończonego, dyskursywnego ujęcia.
Rozpoznanie konieczności ruchu
Jestem chrześcijaninem, piszę ten tekst do katolickiego tygodnika opinii, zacznę więc od tego, jak to jest w chrześcijaństwie. Dobrze znam tę jego stronę, która ceni sobie gmach dogmatyczny i jest przekonana, że w nim bezpiecznie złożono Całą Prawdę. Znam też jednak postacie, które były świadome, że Prawda cała jest wszędzie, choć nie mieści się nigdzie.
Na przykład święty Grzegorz z Nyssy (co ciekawe, to jeden z twórców dogmatu o Trójcy) dowodził, że Bóstwo „przekracza wszelkie poznanie, otoczone ze wszystkich stron niemożnością zrozumienia jak ciemnym obłokiem”. Nawet termin „Bóg” – rozpoznał Grzegorz – nie jest tu właściwie użyty, gdyż „to, co boskie, jest ponad wszelkim imieniem, »Bóstwo« jest zaś jednym z imion”. Niemożliwe jest zatem sformułowanie jakiejkolwiek trwałej koncepcji ostatecznej rzeczywistości; przeciwnie – „jeden jest tylko sposób postrzegania przewyższającej wszelki umysł mocy, to znaczy nieskupianie się na tym, co już zostało zrozumiane, ale nieustanne szukanie czegoś więcej od tego, co się rozumie, i niezatrzymywanie się nigdy”.
Jeśli ostateczna prawda o rzeczywistości, o naszym w niej miejscu i naszej drodze ku pełni istnienia wymyka się każdemu konkretnemu sformułowaniu, to droga duchowa (wiara, religijne zaangażowanie) jest bardziej poszukiwaniem niż znalezieniem. Jak pisał Grzegorz z Nyssy, „na tym polega prawdziwa doskonałość, aby nigdy nie zatrzymywać się we wzrastaniu ku temu, co lepsze, i nie wyznaczać doskonałości jakiejś granicy”. Jeśli zaś nie wyznaczymy doskonałości żadnej granicy, to nie próbujemy zamknąć jej w żadnej tradycji, a sobie nie ograniczamy miejsc, w których chcemy się uczyć.
Wielość dróg umysłu pytającego
Owszem, sam Grzegorz nie zajmował się kwestią, na ile boska rzeczywistość dostępna jest ludziom poza chrześcijaństwem. W historii chrześcijaństwa można jednak spotkać myślicieli, którzy świadomie łączyli rozpoznanie, że – jak mówi Pismo – „On zupełnie wszystko napełnia” (Ef 1, 22), ze świadomością, iż jednocześnie całkowicie przekracza wszelkie możliwości ujęcia. Należał do nich np. Mistrz Eckhart, który w swoich kazaniach z równym przekonaniem powoływał się nie tylko na teksty biblijne czy na Ojców Kościoła, ale także na niechrześcijańskich nauczycieli duchowych.
Trzeba jednak przyznać, że w chrześcijaństwie wyraźna świadomość związku pomiędzy rozpoznaniem, że ostateczna Rzeczywistość nie może być ujęta w żadnym religijnym systemie, a otwartością na inspiracje spoza własnej tradycji stała się powszechna dopiero w XX wieku, wraz ze wzrostem znaczenia twórczości takich postaci jak Simone Weil, Thomas Merton czy Rajmondo Panikkar.
Panikkar na przykład intensywnie czerpał z tradycji Indii. Jest tu ona o tyle ważna, że świadomość nieuchwytności Absolutu i powiązanej z tym otwartości na pluralizm dróg duchowych jest w niej bardzo wyraźna. Jak przekazuje jedna z najbardziej popularnych sentencji pochodzących z Rygwedy (jednej z najstarszych świętych ksiąg tej tradycji): „Jeden BYT wieszcze wielorako zowią”.
W tej samej księdze znajduje się inny hymn, który ma wielką wartość dla szkicowanej tu perspektywy. Ma on bowiem formę nie tyle wykładu doktryny, co serii pytań dotyczących tego, co ostateczne: „Któż jest Bóg ten, któremu mamy składać ofiary? Który daje to życie i siłę, i wolę, którego wszyscy bogowie czczą jaśni, którego cieniem to, co nieśmiertelne i co śmiertelne – któż jest Bóg ten, któremu mamy składać ofiary? (…) Którego ogromem lśnią śnieżne te góry, morza szumiące i dalekie rzeki, którego ręce dwie – dwie strony świata – któż jest Bóg ten, któremu mamy składać ofiary?”.
Zamiana dominującej formy naszego myślenia – z twierdzeń na pytania – jest kluczowym elementem drogi duchowej, do której tutaj zapraszam. Nie jesteśmy w stanie pozbyć się pomysłów na temat natury świata, tego, kim jesteśmy i w jakim kierunku mamy podążać. Nie da się funkcjonować pośród codziennych spraw w stanie całkowitej ciszy umysłu, zawieszenia wszelkich poglądów na to, co ważne. Można jednak uczyć się stawiać znak zapytania przy każdym przekonaniu, rozluźniać przywiązanie do swojej wizji świata, kierować swoje myślenie coraz bardziej ku pytaniom, uczyć umysł otwartej postawy: Jak to jest? Czy na pewno? Czy jest możliwa inna interpretacja?
Wrócić, by wyjść
Świadomość nieuchwytności celu religijnego dążenia mogłaby zniechęcać do duchowego zaangażowania. Ono musi wiązać się z żywym, osobistym doświadczeniem. Gdzie takowego szukać? Tu znów inspiracją może być Grzegorz z Nyssy. Zauważa on, że Mistrz chrześcijaństwa, Jezus „nie twierdzi, że szczęście polega na dowiedzeniu się czegoś o Bogu, ale na posiadaniu Boga w sobie”. Nawet jeśli Bóg jest niepoznawalny i nie wiemy, dokąd dążymy, mamy bezpośredni kontakt z punktem początkowym naszej drogi. Jak niemal tysiąc lat po Grzegorzu z Nyssy uczył bizantyjski mnich, Nicefor Pustelnik, jeden ze spadkobierców tradycji zapoczątkowanej przez Nysseńczyka, początkiem duchowej drogi jest „powrót do samych siebie”, ponieważ (to już słowa Grzegorza) „ten, kto oczyścił serce z grzesznych skłonności, widzi we własnej piękności obraz Bożej natury. (...) Kto więc wpatruje się w siebie, widzi w sobie to, czego pragnie”. Na chrześcijańskim Zachodzie podobnie nauczał Mistrz Eckhart: „Wielu wyobraża sobie, że powinni patrzeć na Boga, jakby On był tam, oni zaś tutaj. Tak nie jest”.
Jeśli jednak droga duchowa zaczyna się od powrotu do siebie i jest – w pewnym, fundamentalnym sensie – drogą „przez” siebie, to tym bardziej warto czerpać inspiracje z wszelkich mądrościowych tradycji ludzkości. Czyż bowiem nie dzielimy tego samego człowieczeństwa? A jeśli tak, to wszelkie tradycje, które zajmowały się powrotem do siebie i badaniem rozmaitych wymiarów ludzkiej egzystencji, mogą mieć każdej i każdemu z nas wiele do powiedzenia.
Owszem, skoro chodzi o drogę umysłu pytającego, również rozmaite pomysły na temat ludzkiego życia nie muszą (nie powinny?) być traktowane jako nieomylne i ostateczne. Także wobec siebie samego warto przyjąć postawę, praktykowaną w niektórych szkołach buddyzmu zen, w których podstawową medytacyjną mantrą jest dwuczłonowa fraza, powtarzana w rytm wdechu i wydechu: „Kim jestem? Nie wiem...”.

Uwaga
Bardzo ciekawe, że w buddyjskiej tradycji owo „nie wiem” łączy się harmonijnie z rozwijaniem samoświadomości we wszelkim możliwym aspekcie: ciała, emocji, impulsów, myśli. Wedle zapisanego nauczania Buddy właśnie ta pełna świadomość jest „bezpośrednią ścieżką do oczyszczenia i nirwany”. Na ścieżce tej „chodząc, mnich jest świadomy, że chodzi; stojąc, jest świadomy, że stoi; siedząc, jest świadomy, że siedzi; leżąc, jest świadomy, że leży; jakkolwiek jego ciało nie byłoby ułożone, mnich jest tego świadomy”.
Uważna świadomość pozbawia złudzeń i ukazuje prawdziwy stan ducha: „Gdy umysł doznaje niechęci, obserwuje, że doznaje niechęci. Gdy nie doznaje niechęci, obserwuje, że nie doznaje niechęci. Gdy umysł doznaje ułudy, obserwuje, że doznaje ułudy. Gdy nie doznaje ułudy, obserwuje, że nie doznaje ułudy. Gdy doznaje pożądań, obserwuje, że doznaje pożądań. Gdy doznaje rozwoju, obserwuje, że doznaje rozwoju. Gdy doznaje koncentracji, obserwuje, że doznaje koncentracji. Gdy doznaje rozproszenia, obserwuje, że doznaje rozproszenia”.
Fundamentalne znaczenie uwagi jest nieobce i chrześcijaństwu. Wspomniany już Nicefor Pustelnik przekonywał, że to o nią właśnie chodzi wielu świętym, nawet jeśli posługują się innymi pojęciami: „Niektórzy ojcowie nazywają uwagę strażą umysłu, inni strzeżeniem serca, inni czujnością, inni duchowym wyciszeniem, a jeszcze inni w odmienny sposób. Wszystkie te określenia oznaczają to samo”. Dlatego w XIII wieku nauczał, że „uwaga to początek kontemplacji, albo raczej jej podstawa”. Kilkaset lat później mistyczka Simone Weil rozpoznała: „Uwaga absolutnie bez domieszki jest modlitwą”. Gdziekolwiek więc znajdujemy nauczycieli uwagi – w buddyzmie, na ścieżce klasycznej jogi Patandżalego czy nawet w świeckich nurtach mindfulness – spotykamy przewodników po tych samych ścieżkach, po których chodzimy praktykując chrześcijańską modlitwę kontemplacyjną.
Uważne badanie samego siebie ma aspekt psychologiczny, który może się przyczynić do lepszego funkcjonowania wśród codziennych spraw, a także pełnić istotną rolę w ewentualnej psychoterapii (wiele nurtów terapeutycznych wykorzystuje niekonfesyjne aspekty uważności/mindfulness inspirowanych tradycjami duchowymi, zwłaszcza buddyzmem). Aspekt ten jest jednak otwarty na wymiar, który można nazwać „duchowym”, tj. który jest ściśle związany z ostatecznym sensem życia i doświadczeniem fundamentalnego poziomu rzeczywistości.
Egzystencjalne eksperymentowanie
W różnych tradycjach rozmaicie opisywano i wyjaśniano ludzkie emocje, impulsy, umysłowe mechanizmy. Jeśli czerpiemy inspirację z wielu źródeł, czeka nas wysiłek ich integracji. Ta jednak dokonuje się raczej na poziomie egzystencjalnym, a nie konceptualnym. Dlatego powiązana jest z jednoczesnym ćwiczeniem rozmaitych praktyk – oddechowych, medytacyjnych, ascetycznych.
Nie sposób w jednym tekście wymienić, jakie to mogą być praktyki. Duchowe tradycje ludzkości są bardzo bogate i różnorodne. Ale, na przykład, warto zauważyć, że „powrót do siebie”, od którego wedle Nicefora trzeba zaczynać duchową drogę, jest w przypadku człowieka także powrotem do ciała. W pewnym sensie zawsze w nim jesteśmy, ale często nie do końca świadomie, nie słuchając, co ciało nam mówi, nie integrując z nim swego myślenia i odczuwania. Tu, paradoksalnie, chrześcijaństwo, ponoć religia wcielenia, może wiele nauczyć się od innych tradycji.
Tak czy inaczej, bogactwo praktyk duchowych bierze się też stąd, że każda i każdy z nas jest inny, ma nieco inne potrzeby, okoliczności życia, egzystencjalną drogę. Otwarte inspirowanie się wieloma tradycjami, do którego zapraszam, jest swego rodzaju eksperymentowaniem z własnym życiem. Właśnie tak warto podchodzić do różnych praktyk, do których będę zapraszał w podkaście „Tygodnika Powszechnego”. Ćwicząc je, warto sprawdzać, co komu pasuje, jakie przynosi rezultaty w życiu, uważnie słuchając swojego ciała, uczuć, myśli – ale także zważając na reakcje innych ludzi, zwłaszcza nam najbliższych.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















