Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Szczęśliwy gawron

Szczęśliwy gawron

19.12.2017
Czyta się kilka minut
W wieku 79 lat zmarł Leszek Aleksander Moczulski, poeta z pokolenia Nowej Fali, autor tekstów piosenek Skaldów, Marka Grechuty i Grzegorza Turnaua, którego wspomnienie publikujemy.
Leszek Aleksander Moczulski / Fot. Danuta Węgiel
Leszek Aleksander Moczulski / Fot. Danuta Węgiel
B

Blok przy ulicy Meissnera 6 (dawniej: Lotnicza 72) znałem od dzieciństwa – przeprowadziliśmy się z rodzicami do sąsiedniego budynku, pod numer 4, w 1977 r., kiedy wokół była jeszcze zupełna pustynia. O tym, że w swoim „eremie” z widokiem na Tatry mieszka tu wielki poeta, którego twórczość silnie wpłynie na większość mojego dorosłego życia, miałem dowiedzieć się nieco później.

      Pewnego dnia, wychodząc do szkoły, a był to pewnie wiosenny, ciepły poranek, zobaczyłem, że wokół naszego bloku krąży wysoki mężczyzna w białym fraku. Był bardzo podobny do kogoś, kogo widziałem wcześniej w telewizji. Miałem wrażenie, że szuka właściwej klatki, a być może pomylił bloki. Po latach utrwaliłem w pamięci ten epizod jako moje pierwsze spotkanie z Markiem Grechutą. W czasach „Szalonej lokomotywy” lubił on poruszać się po mieście w scenicznym kostiumie i tak też go zapamiętałem – Belzebub we fraku, chodzący po wykopach wokół monstrualnych budynków z wielkiej płyty, szukający właściwej klatki, przez którą dostanie się na dziesiąte piętro do pustelni swojego przyjaciela – Poety.

      Tak się złożyło, że kilka lat później byłem już w zespole „Piwnicy pod Baranami” i napisałem pierwsze kompozycje do wierszy Leszka Aleksandra Moczulskiego: „Ofelia”, „Listeczek” (dla Ewy Wnukowej) i „Odjeżdżamy” (dla siebie). Próby (z udziałem Ewy i trębacza Andrzeja Marchewki) odbywały się – ku utrapieniu sąsiadów – w mieszkanku na Meissnera, przy pianinie. Nadal nie zdawałem sobie wtedy sprawy z bliskości siedziby autora tych tekstów. Żyłem jak każdy nastolatek – nie myślałem, nie sprawdzałem, tylko działałem.

      Leszka i jego żonę Krystynę, a także syna Mateusza (o którym był „Listeczek”), poznałem tak naprawdę dopiero dzięki „Nieszporom Ludźmierskim” – wspólnemu dziełu Leszka i Jana Kantego Pawluśkiewicza. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, jak nieistotna bywa geografia dla ciekawych połączeń. Może byśmy się w osiedlowym sklepie nie zaprzyjaźnili?

      Jeśli można o kimś – bez patosu – powiedzieć, że był filozofem, to właśnie o Leszku. Oczywiście nie aspirował do bycia twórcą systemu filozoficznego w sensie naukowym, jednak jego poezja i jego piosenki zasługują – moim zdaniem – na poważną analizę i filozoficzną, i teologiczną. Był – zwłaszcza w ostatnich latach – niesłychanie oszczędny w formie. Od lat stawał się – jak sam o sobie napisał – „szczęśliwym gawronem”.

      Jego pracowitość i skromność. Jego urok, czułość, uwaga. Jego czytanie nowych tekstów przez telefon. I mój straszny wstyd, teraz, że idąc ulicą nie dosłyszałem wszystkich słów. Że czasem nie oddzwoniłem.

      Wśród wielu naszych wspólnych utworów, był jeden najbardziej znaczący: „Soplicowo”. Poprosiłem Leszka o napisanie tekstu, który mógłby być kanwą piosenki promującej „Pana Tadeusza” Andrzeja Wajdy. Urodzony w Suwałkach Poeta przysłał mi kilka godzin później arcydzieło, zaczynające się od słów: „O, te jeziora, co wokół rozlane / borów i lasów, i ciszy potęga / to, co się kocha, na zawsze zostaje / otwarta przed nami do czytania księga”…

      Bloki na Meissnera. Takie to były czasy. W jednym pan Moczulski, w drugim pan Harasymowicz. W jednym pan Balcerzak, w drugim pan Klimczak. A gdzieś tam ja, klecący swoje pierwsze piosenki. Co poradzić na to, że musimy mówić o sobie, kiedy umierają przyjaciele. Jak by to powiedział Leszek:

„I jest nadzieja, bo jej to jest pieśń,

a życie takie jest, jakie jest –

egzystencjalny to jest nasz taniec –

całuję rękę na pożegnanie –

choć różnie bywa – prawda i blaga –

tango nadziei

tańca wymaga”.

 

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Z Nim sie da wczoraj,dzis a potem jutro w poezji spiewanej marzyc,tanczyc i kochac i az s zkoda ze prawdziwych poetow tak malo juz nam zostalo,wiec rowniez za poeta tez juz z tamtej strony...,"SPIESZMY SIE KOCHAC..."
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]