Szczęśliwi luteranie

Klocki Lego i hygge, czyli duński styl życia, to znaki rozpoznawcze Danii. Rzadziej wspomina się o tamtejszej wersji religijności – państwowym Kościele, Folkekirken.

22.08.2022

Czyta się kilka minut

Trasa wyścigu kolarskiego Tour de France obok kościoła Fryderyka (Marmorkirken)  w Kopenhadze, 1 lipca 2022 r. / SERGEI GAPON / ANADOLU AGENCY / GETTY IMAGES
Trasa wyścigu kolarskiego Tour de France obok kościoła Fryderyka (Marmorkirken) w Kopenhadze, 1 lipca 2022 r. / SERGEI GAPON / ANADOLU AGENCY / GETTY IMAGES

Wyprawa z młodszym synem do Kopenhagi była nie tylko spełnieniem jego, ale i moich marzeń. Ojczyzna klocków Lego dostępnych za czasów mojego dzieciństwa wyłącznie za twardą walutę w Peweksach, miejsce, gdzie rozgrywa się akcja znakomitego netfliksowego serialu „Borgen”, przyciągało mnie od dawna. To jednak były tylko punkty zaczepienia, bowiem tak naprawdę chciałem zobaczyć miasto, w którym żył, pisał, przepuszczał fortunę swojego ojca, spotykał się, zaręczał i zrywał z narzeczoną jeden z najważniejszych dla mnie od czasów studenckich filozofów – Søren Kierkegaard. Doświadczenie tego miasta, miejsc dla niego ważnych, wejście do kościołów, w których się duchowo formował, modlił czy złościł na kaznodziejów miało więc dla mnie charakter pielgrzymki (w znaczeniu romantycznym), spotkania z religijnością, która mnie z jednej strony inspiruje, a z innej irytuje.

I nie chodzi tylko o osobistą (bardzo skomplikowaną i trudną do jednoznacznego sklasyfikowania) religijność duńskiego egzystencjalisty, ale także o konfesję, w której wyrósł, która go ukształtowała i na którą nieustannie miotał oskarżenia. „Precz z Kościołami państwowymi, z Kościołami ludowymi” – pisał w swoich „Dziennikach”. I ten sam Kościół ludowy, z którym nieustannie polemizował, którego biskupów potępiał, ustawił jego wzniosłą figurę na frontonie jednego z najważniejszych kopenhaskich budynków kościelnych Marmorkirken, obok tych, których – jak choćby biskupa Jacoba Petera Mynstera czy Nikolaia Frederika Severina Grundtviga – najostrzej i najbardziej brutalnie gromił. Już samo to jest „ironią” (pojęcie ważne dla Kierkegaarda), ale także doskonale pokazuje specyfikę duńskiego luteranizmu i szerzej – modelu życia hygge.

Teologia błogostanu

To duńskie słowo oznacza przecież nie tylko wygodę, ale także „błogostan”, „komfort bycia ze sobą i z innymi”, bycie razem przy domowym ognisku, a wreszcie prawdziwą duńskość. W takim świecie ostre spory nie są dobrze widziane, ważniejsze jest ucieranie, dogadywanie się, mieszczańskie temperowanie emocji, by lepiej być ze sobą. I to dlatego wokół wzniosłego, trochę barokowego, a trochę eklektycznego Marmorkirken (z kopułą, co ciekawe, wzorowaną na Bazylice św. Piotra), niemal obok siebie stoją figury zarówno Kierkegaarda, jak i tych, z którymi z pasją polemizował. I on, i oni mają otaczać gmach duńskiego luteranizmu, być jego symbolami.

Tyle że z jego punktu widzenia to bzdura. On – nie tylko im, ale właśnie uosabianym przez nich wartościom, które leżą u podstaw laickiej wersji duńskiego luteranizmu, jakim jest hygge – wypowiedział wojnę. Dla niego wizja biskupa Mynstera oznaczała w istocie epikureizm, dążenie do szczęśliwego, spełnionego życia. „Cała jego powaga nie sięgała dalej niż do myśli o tym, by w dopuszczalny, ludzki i uczciwy sposób móc przejść przez życie szczęśliwie i dobrze” – pisał w „Chwili nr 6” Kierkegaard, a dalej przekonywał, że tego rodzaju myślenie jest w istocie zdradą chrześcijaństwa. „Tego rodzaju koncepcja życiowa zupełnie nie odpowiada wymogom chrześcijaństwa zawartym w Nowym Testamencie, nie jest koncepcją życiową pierwotnego chrześcijaństwa. Pierwotne chrześcijaństwo odnosi się tak bitnie do tego świata, że jego poglądem jest: nie chcieć prześlizgnąć się szczęśliwie i dobrze przez ten świat” – podkreślał duński filozof, a na koniec już zupełnie wprost gromił Mynstera: „Jest więc absolutna i niebios sięgająca różnica między Mynsterową koncepcją życia (która właściwie jest epikurejska, przynależy do tego świata, afirmuje rozkosze życiowe i chęć życia) i chrześcijańską, która entuzjazmuje się cierpieniem i śmiercią i dotyczy innego świata”. To zatem, co proponuje Mynster (ale także inny wielki myśliciel i biskup duńskiego Kościoła, z którym ­Kierkegaard toczył nieustanne polemiki – Hans Martensen) jest w istocie kultem mieszczańskiego, wygodnego, narodowego życia odzianym w szaty udające chrześcijaństwo. Z prawdziwym, ewangelicznym chrześcijaństwem nie można i nie da się go, zdaniem Kierkegaarda, pogodzić.

Tyle że w chrześcijaństwie rozumianym tak, jak chce tego Kierkegaard, w ogóle nie ma miejsca na dziedziczenie, na wspólnotę, na doktrynę, która „jest wygodą małpowania dla nauczającego”, „drogą do świeckiej władzy dla nauczyciela” („Dzienniki” NB 32:102). Kościół jako taki przestaje istnieć, zostaje zastąpiony przez wciąż na nowo zapoczątkowywany akt wiary, zaufania, samoustanowienia. Folkekirken (Kościół ludowy) ani żadna inna wspólnota wiary nie mogła więc przyjąć na poważnie tak głoszonej doktryny, bo oznaczałoby to w istocie samorozwiązanie. Świat chrześcijański, którego częścią są instytucje kościelne – zdaniem Kierkegaarda – „uczynił chrześcijaństwo zupełnym nonsensem”, a „ortodoksja chrześcijańska w istocie chrześcijaństwo zamieniła w pogaństwo” („Dzienniki” NB 15:59). Dlaczego? Bo ono z nieustannie podejmowanego mierzenia się z życiem Chrystusa stało się teorią o Nim, zamiast cierpieniem z Nim, stała się szukaniem spokoju i dostatku. „Kościół walczący stał się tryumfującym, czyli ustabilizowanym światem chrześcijańskim” – wskazuje duński egzystencjalista we „Wprawkach do chrześcijaństwa”.

Nie trudno więc zgadnąć, że Folkekirken poszedł raczej drogą Mynstera (a przynajmniej drogą, o jaką Kierke­gaard Mynstera oskarżał), i bliższy jest raczej chrześcijańskiej wersji hygge niż wizji Kościoła walczącego. Wyraźny spadek liczby zawieranych małżeństw kościelnych (w roku 2017 była to tylko jedna trzecia wszystkich zawartych w Danii małżeństw), który Kierkegaarda z jego narastającą z wiekiem fobią seksualności i niechęcią do rodzinnego stylu życia by raczej cieszył, doprowadził do ukształtowania nowej formy „liturgii małżeńskiej” w wersji light. W jednej z duńskich parafii pastorka Sophie Nordentoft zdecydowała się na zaproponowanie parom skróconej – do piętnastu, dwudziestu minut – wersji nabożeństwa małżeńskiego, tak by pary mogły uniknąć drogich przygotowań, wielkich imprez. W efekcie tylko jednego dnia w jednym kościele ślub wzięły 24 pary.

Skrócone obrządki, większa różnorodność udzielania sakramentów, zmiana języka – to także lekarstwo, jakie proponuje Folkekirken na nieustanny spadek liczby przyjmowanych chrztów. I, choć szału nie ma, metody te sprawdzają się, bowiem choć na niedzielne nabożeństwa uczęszcza nieco ponad 2 procent Duńczyków, to już do konfirmacji przystępuje 70 proc. ośmio-, dziewięciolatków (a chrzczonych jest jeszcze więcej). Kierkegaard, który już w XIX wieku ubolewał nad tym, że w jego własnym Kościele za mało jest naśladowania Chrystusa i żywej wiary w Niego, zwróciłby jednak uwagę na jeszcze inną wielkość statystyczną: tylko 20 proc. w większości należących do Kościoła ludowego Duńczyków wierzy, że Jezus był Synem Bożym, a tylko 17 proc. wyznaje, że jest On Zbawicielem Świata.

Pastor ateista

Dane te nie powinny Polaków szokować, bo i u nas, choć jest lepiej, dalece nie wszyscy katolicy wierzą w zmartwychwstanie. Z badania przeprowadzonego przez TNS na zlecenie „Gazety Wyborczej” w 2013 r. na 96 proc. Polaków deklarujących się jako katolicy tylko 81 proc. uznaje istnienie Boga, a odpowiednio 48 i 47 proc. wierzy w śmierć Chrystusa na krzyżu i Jego Zmartwychwstanie. Jeszcze gorzej jest z wiarą w niebo (38 proc.), piekło (31), czyściec (30) czy istnienie diabła (28). Ściśle katolicki dogmat, jakim jest Niepokalane poczęcie, wyznaje 38 proc., a w sąd po śmierci wierzy 39 proc.

Wracając do Danii, nie ma tam nawet konieczności, by w istnienie Boga wierzył ksiądz. Kilkanaście lat temu krajem wstrząsnął skandal, który zdaniem konserwatywnych luteranów, a tych także w Kościele nie brakuje, przyspieszył zrywanie więzi z luteranizmem: ks. Thorkild Grosbøll w roku 2002 publicznie ogłosił, że jest ateistą. „Bóg należy do przeszłości. W rzeczywistości jest tak staromodnym starszym panem, że jestem zdumiony współczesnymi ludźmi wierzącymi w jego istnienie. Mam dosyć pustych słów o cudach i życiu wiecznym” – mówił. Reakcja jego przełożonej biskupki (kobiety są ordynowane na pastorki od roku 1948, a pierwsza z nich została biskupką w 1995 r.) była błyskawiczna – Lise-Lotte Rebel zawiesiła pastora w pełnieniu obowiązków proboszcza w parafii Taarbæk. Powody? Zanegowanie wyznania wiary Kościoła ludowego, podważenie zaufania do posługi pastorskiej, ignorowanie złożonych przyrzeczeń i wreszcie wywołanie zamieszania wokół wiary Kościoła.

Jej decyzja nie zakończyła jednak sprawy, bowiem to nie ona zatrudnia pastora, tylko ministerstwo ds. kościelnych, a ono odmówiło podjęcia takiej decyzji, sugerując, że nie wolno dyskryminować urzędnika państwowego (a tym jest pastor w Danii) ze względu na światopogląd. Pastor ateista został – i to był dalszy ciąg sprawy – wyjęty z jurysdykcji swojej biskupki i oddany w jurysdykcję biskupa Jana Lindhardta, który jasno deklarował, że uważa, iż w Folkekirken jest także miejsce dla pastorów ateistów. Grosbøll wrócił więc do posługi i był proboszczem aż do wcześniejszej emerytury w roku 2008.

Religia po duńsku

Ta historia wskazuje na jeden z kluczowych problemów Kościoła ludowego, a mianowicie na jego państwową strukturę. Od kilkunastu już lat coraz więcej Duńczyków (w tym pewna część biskupów) wskazuje, że ich wspólnota powinna przestać być Kościołem państwowym, ale wciąż do tego nie doszło. Jakie są efekty? Ministerstwo finansów wtrąca się w kasę kościelną, minister ds. kościelnych reguluje, czy ateista może być pastorem, a państwo – niekiedy zgodnie z opiniami większości praktykujących luteranów, a niekiedy wbrew nim – ustala istotne elementy doktryny. Tak było z wprowadzeniem do rytuału kościelnego (wspieranych przez nieznaczną większość, ale dalece nie wszystkich duchownych i świeckich luteranów) „małżeństw osób tej samej płci”, którego dokonano także na podstawie kolejnych decyzji ministra ds. kościelnych.

I właśnie na takie zagrożenie przesadnej interwencji państwa w życie Kościoła zwracają uwagę zwolennicy konserwatywnego teologicznie ruchu grundtvigianów, których zdaniem konieczne są nowe rozwiązania. „Potrzebujemy Kościoła w nowych szatach. W miejsce małżeństwa z państwem potrzebujemy nowych, eksperymentalnych relacji, które dadzą Kościołowi ludowemu wolną rękę i uświadomią, że to jest właśnie najlepsze rozwiązanie” – mówił już dziesięć lat temu w rozmowie z „Christian ­Daily” ks. Finn Riber Jensen, jeden z liderów tego zasłużonego dla Danii i Kościoła ludowego ruchu. Odpowiedź państwa na tamte sugestie była zdecydowana, i co ciekawe: odwoływała się do założyciela ruchu grundtvigianów ks. Nikolaia Frederika Severina Grundtviga. „Kościół i państwo zostaną od siebie oddzielone, kiedy mniej niż połowa populacji będzie jego członkami. Grundtvig tak powiedział i ja to popieram” – mówił w 2007 r. minister ds. kościelnych Bertel Haarder. Do tego jednak jeszcze daleka droga, bowiem – choć z Kościoła ludowego co roku odchodzą kolejni wierni – to rok temu 73,8 proc. populacji Danii była jego członkami.

Przy okazji tej dyskusji toczonej przy pomocy cytatów z Grundtviga trudno nie wrócić do tej postaci, także niezwykle ważnej – głównie polemicznie – dla Kierkegaarda. Dlaczego? Bowiem rzeczywiście obie strony sporu mogą się do niego odwoływać. Z jednej bowiem strony Grundtvig jasno wskazywał, że luteranizm i chrześcijaństwo są rozstrzygające dla tożsamości duńskiej, co oczywiście oznaczało, że powinny być wspierane przez państwo, ale z drugiej – już wtedy sprzeciwiał się zbyt dużej ingerencji państwa w sprawy ściśle religijne. Niezależnie jednak od tych sporów, to właśnie on i jego ruch, a także założone przez niego folkehøjskolen (ludowe szkoły istniejące do tej pory) umocniły duńską tożsamość i sprawiły, że „mądrość ludu”, wspólnoty została uznana za prawdziwe źródła duńskości.

„Demokratyzm pastora Grundtviga zbudowany był na przekonaniu, że lud lepiej wyraża Ducha Świętego niż wąska elita władzy, nie mówiąc już o królu – władcy absolutnym” – wskazywał w książce „Czepiam się Kierkegaarda” Bronisław Świderski. Nie oznaczało to jednak, że Grundtvig uważał, iż między ludem a władcą możliwy jest jakiś spór. „Grundtvig nie sądził bowiem, aby między tymi dwiema instancjami politycznymi mógł kiedykolwiek powstać antagonizm i walka, skoro obie były duńskie. Narodowy kolektyw posługujący się tym samym językiem był, jego zdaniem, trwalszy od haseł wzywających do walki klas. Współcześni mu ideolodzy nacjonalizmu utrzymywali, że jedność narodowa jest tym silniejsza, im bardziej jednostki przypominają siebie. Także Grundtvig był tego zdania: wszak wszyscy mieszkańcy Danii powinni być Duńczykami!” – uzupełniał Świderski. Być Duńczykiem oznaczało zaś czytać Pismo Święte i „Mały Katechizm” Marcina Lutra w języku duńskim, co w istocie oznaczało być luteraninem. Zlaicyzowane społeczeństwo odwróciło do pewnego stopnia kolejność i uznaje, że być luteraninem oznacza – do pewnego stopnia – bycie Duńczykiem. Z całym dobrodziejstwem, ale i problematycznością inwentarza.

Obecność

Wszystkie te spory, analizy nie powinny jednak przyćmiewać piękna luterańskiej religijności. Kopenhaskie kościoły, z jednej strony skromnie urządzone, z pięknymi obrazami, z drugiej – niekiedy wielkie i wyniosłe (w duchu narodowej gigantomanii), ukierunkowują wzrok na Chrystusa. I piszę to także o tych budowlach, które otwarte były głównie dla turystów, bowiem także tam, często nieco z boku, były wydzielone miejsca modlitwy, zazwyczaj ze świecznikiem w środku, z krzyżem na ścianie. Pierwszą emocją katolika było oczywiście zwrócenie uwagi na brak Najświętszego Sakramentu, który jest formą najlepiej dostrzegalnej Obecności w świątyniach katolickich. Z tej perspektywy w kościołach Folkekirken można było odnieść wrażenie pustki. Ale to pustka dająca przestrzeń na Słowo, na spotkanie, na Uobecnienie Tego, który jest niepoznawalny, niewyrażalny w słowach, nieogarnięty. Pustka, która ma moc stania się Obecnością.

Lektura Kierkegaarda w takich warunkach, wejście w jego myślenie, w jego radykalnie ujęte chrześcijaństwo są o wiele prostsze – szczególnie, gdy do takiego miejsca modlitwy wchodzi się z barwnego tłumu napełniającego Park Rozrywki Tivoli. Park, którego nie znosił już Søren Kierkegaard. I akurat w tej sprawie zgadzam się z nim całkowicie. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 35/2022