Od początku widać, że nie jesteśmy w zwyczajnym brytyjskim poprawczaku z połowy lat dziewięćdziesiątych. Ciało pedagogiczne jest tu szczerze zatroskane o swoich bardzo „kolczastych” podopiecznych, ci ostatni mają sporo swobody, a siedzibą zakładu jest zabytkowy wiktoriański budynek w otoczeniu zieleni. Kiedy więc gruchnie wieść, że ma on zostać sprzedany, dla kierującego placówką Steve’a, nie mówiąc o nastoletnich wychowankach, będzie to prawdziwa katastrofa. Bo we wzajemnej zażyłości i pozornym chaosie, jaki zdaje się rozsadzać ten ośrodek resocjalizacji, jest metoda. Również dla tytułowego bohatera, który odbywa tutaj własną resocjalizację, pokutę albo i karę.
Praca organiczna – nie tylko dla ucznia
Na początku filmu „Steve” rzeczywiście można się poczuć niczym na „składowisku społecznych odpadów”. W Stanton Wood przebywają nastoletni chłopcy z kryminalną kartoteką, nierzadko też, jak ciemnoskóry „Shy” (Jay Lycurgo), odrzuceni przez własne rodziny. Nabuzowani hormonami i silnym gniewem tworzą wespół istną beczkę prochu, co dobrze oddaje rozedrgana kamera. Na to wszystko nakładają się jeszcze inne ujęcia, kręcone przez ekipę telewizyjną, która niby chce sfilmować wyjątkowość tego miejsca, a tak naprawdę poszukuje sensacji, patrzy na chłopaków jak na dzikie zwierzęta w zoo i notorycznie łamie zasady ich prywatności.
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Jesteśmy więc w czasach sprzed obecnej „ekranozy”, ale niewolnych od manipulacji obrazem. Nic dziwnego, że młodzi „wykolejeńcy” próbują zepsuć te ujęcia. Mógłby je popsuć także Steve, gdyby telewizyjna kamera zobaczyła to, co my widzimy: człowieka niezwykle oddanego swojej pracy, lecz po cichu mocującego się ze swoją traumą i uzależnieniem. Na wieść o sprzedaży budynku, a de facto o likwidacji placówki bohater wpada w szał i niespecjalnie licuje to z jego ojcowskim ciepłem czy spokojem.
Jeśli dołożyć do tego narastające problemy ze wspomnianym „Shy’em” i powracający koszmar związany z przeszłością Steve’a, nie ma się co dziwić, że dotychczasowy sens, jakim była praca organiczna z tak zwaną trudną młodzieżą, ulega zachwianiu. Bo czy da się cokolwiek ratować, skoro nie można uratować samego siebie? Zresztą scenarzysta Max Porter, adaptując na ekran własną nowelę pod tytułem „Shy” z 2023 roku, teraz ewidentnie przesunął akcenty, czyniąc głównym bohaterem nie problematycznego nastolatka, ale właśnie problematycznego wychowawcę.
Cillian Murphy kradnie show
Gra go Cillian Murphy, nagrodzony Oscarem za „Oppenheimera”, aczkolwiek belgijski reżyser Tim Mielants współpracuje z nim od lat, począwszy od serialu „Peaky Blinders” (rok temu połączył ich film „Drobiazgi takie jak te”, o mrocznych kartach z historii irlandzkiego Kościoła katolickiego). I choć w filmie „Steve” odtwórcy ról chłopięcych wypadają bardzo autentycznie, w role pedagogów zaś wcielają się także znakomite aktorki – Tracey Ullman, Emily Watson czy raperka Simbi Ajikawo – to właściwie film Murphy’ego.
Tocząca się w ciągu jednej doby historia jest ciasno kadrowana, a udręczona, ciekawie starzejąca się twarz irlandzkiego aktora z zapisaną w niej burzliwą historią pozostaje w pamięci na długo. Najzabawniejsza w filmie scena ma miejsce wtedy, gdy Stanton Wood odwiedza jakiś wpływowy lord i chłopcy doskonale wyczuwają, że ich los w gruncie rzeczy mało go obchodzi. Że ów „sir” wręcz pogardza nimi i zależy mu jedynie na ich głosach w kolejnych wyborach parlamentarnych. Dlatego zgotują mu przyjęcie mało parlamentarne, czemu dorosła załoga, rozgoryczona decyzją zarządu powierniczego, nieoficjalnie przyklaśnie.
Psychologiczny realizm resocjalizacji
Ten silny społeczno-ekonomiczny kontekst (cięcia budżetowe w resocjalizacji to w istocie samobój dla społeczeństwa) plus fatalistyczna aura, którą „Steve” kreuje i zarazem próbuje przewalczyć, pogłębiają kameralną opowieść. Widzieliśmy już pewnie wiele podobnych, ale Mielants szuka dla niej świeżego wyrazu. Na przykład łącząc społeczny czy psychologiczny realizm z bardziej ekspresjonistycznym językiem opowiadania. Nie zawsze takie połączenia mu się udają, czasem trącą nutą zbyt sentymentalną, spróbujmy jednak wziąć je w cudzysłów, włącznie z krzepiącym zakończeniem, a będzie to troszeczkę inny film.
„STEVE” – reż. Tim Mielants. Prod. Irlandia/Wielka Brytania 2025. Netflix.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















