Publikacja 3,5 miliona stron dokumentów z archiwum Jeffreya Epsteina jest bez wątpienia także wielkim eksperymentem społecznym. W czasach mediów społecznościowych, botów, rozproszenia uwagi i zacierania się granic między rzeczywistością a nierzeczywistością wpuszczanie czegoś takiego do infosfery wiąże się z wieloma ryzykami. Publikacji nie towarzyszy bowiem żadna syntetyczna, krytyczna analiza.
Żaden ekstrakt, w którym rozróżnieniu podlegałyby rzeczy poważne i mniej poważne, zweryfikowane i posiadające status spekulacji czy plotki.
Na rzetelną analizę tych dokumentów, na ustalenie, co w nich jest twardym dowodem, co poszlaką, a co ewidentną nieprawdą, będziemy musieli zapewne poczekać. Cała ta historia nie oddziaływałaby jednak na powszechną wyobraźnię tak intensywnie, gdyby to, co już w niej od dawna pewne i wiadome, nie padało na podatny grunt.
Co wiemy na pewno o Jeffreyu Epsteinie i jego działalności
A co jest w niej od dawna pewne i wiadome?
Że Epstein był seksualnym drapieżnikiem, działającym otwarcie i bez żadnego kamuflażu. Że wraz ze swoją partnerką Ghislaine Maxwell usidlał, zwodził i eksploatował młode, w tym nieletnie kobiety.
Że stręczył ofiary niektórym bogatym i wpływowym znajomym i przyjaciołom, a oni chętnie z tych „uciech” korzystali. Że w tym kręgu znajdowała się wierchuszka osób z pierwszych stron gazet – polityków, biznesmenów, aktorów, medialnych potentatów i intelektualistów. Że ludzie ci wiedzieli, z kim mają do czynienia.
Że Epstein funkcjonował wewnątrz międzynarodowego środowiska możnych i wpływowych, którym doradzał finansowo i robił z nimi interesy. Że występował jako mecenas sztuki i hojny sponsor. I że przez lata nikt nie uznawał go za persona non grata, lecz dokładnie na odwrót.
Ujawniony mail, w którym miliarder Richard Branson sugeruje Epsteinowi, w jaki sposób może poprawić swój publiczny wizerunek, skupia w sobie niemal wszystkie powyższe składniki.
Poproś Billa Gatesa, pisze Branson, żeby publicznie podkreślił, jakim byłeś świetnym doradcą i zaznaczył, że, owszem, popełniłeś kiedyś błąd i przespałeś się z siedemnastolatką, ale poniosłeś za to karę, zmądrzałeś, a teraz, jako człowiek samotny, szukasz po prostu kobiecego towarzystwa. I dodaje: „kiedy tylko będziesz w okolicy, z przyjemnością znowu się spotkam, o ile tylko przywieziesz swój harem”.
Tamten zaś odpisuje, że dziękuje za poradę i zaprasza z kolei do siebie, na swoją prywatną wyspę, na której przez tydzień będzie również przebywał Thorbjørn Jagland, były premier Norwegii, były sekretarz generalny Rady Europy i... ówczesny przewodniczący Komitetu Noblowskiego.
Dodajmy, że ta korespondencja odbywa się w 2013 r. A więc cztery lata po tym, jak Epstein opuścił więzienie po odsiedzeniu 13 miesięcy za nakłanianie i pozyskiwanie nieletnich do prostytucji, a także rok po publicznym wystąpieniu Virginii Giuffre, która była ofiarą Epsteina i eksksięcia Andrzeja.
Elity, władza i moralna ślepota – archetypiczna scena upadku
Istotnie, robi to wrażenie. Branson i Gates pomagający Epsteinowi przezwyciężyć „kryzys wizerunkowy”, dowcipy o „haremie”, a do tego wszystkiego jeszcze szef Komitetu Noblowskiego spędzający czas na owianej mroczną sławą wyspie.
Niezależnie od tego, kto jest dokładnie czemu winny, kto co zrobił, a czego nie zrobił oraz ile wiedział lub nie wiedział – widzimy tu klasyczną „scenę pierwotną” z greckich mitów, chrześcijańskich nauk o pokusach i grzechu, buddyjskich ostrzeżeń przed lgnięciem do toksycznych iluzji oraz filozoficznych i psychoanalitycznych rozważań o potędze instynktów i nieświadomości.
Jak widać – są one wciąż aktualne. Przemieszanie władzy, seksu, braku zahamowań moralnych, bezlitosnego eksploatowania biedniejszych i słabszych, poczucie bezkarności, zamykanie oczu na to, co jest pod samym nosem, a do tego wszystkiego – monstrualna hipokryzja. Działanie w ukryciu, które stoi w sprzeczności z wypowiadanymi publicznie słowami, deklaracjami, z całą dostępną na zewnątrz, wypracowaną na potrzeby tłumu mimikrą.
Donald Trump i pytania o przyszłość zachodniego establishmentu
I wcale nie trzeba tu wielkiej, oplatającej całą kulę ziemską konspiracji rodem z Pizzagate. Nie trzeba spisku reptilian. Prawda jest znacznie bardziej wstrząsająca i znacznie bardziej banalna niż fantazyjne teorie spiskowe, które jednak na jej nieobrobionym gruncie będą teraz rosnąć.
Jestem pewien, że dalekosiężne efekty ujawnienia tej sprawy będą odpowiednikiem krajobrazu po eksplozji jądrowej. Nie tylko z powodu tego, co w tych aktach faktycznie jest – a jest wystarczająco, żeby ostatecznie domknąć proces demontażu zachodniego, liberalnego projektu – lecz także z powodu tego, czego w nich nie ma, a co wywiedzie z nich puszczony na społecznościowo-wirtualny żywioł zbiorowy umysł.
Tu i tam umiejętnie pobudzany i kierunkowany przez speców od propagandy, którzy świetnie rozumieją, z jak potężną, sięgającą najgłębszych lęków i fantazji historią mamy tu do czynienia.
Czy przy okazji z planszy zostanie zmieciony także Donald Trump, którego obecność w kręgu Epsteina jest dobrze udokumentowana? A jeśli tak, kto przyjdzie po nim? I kto najbardziej skorzysta na tej wielkiej, dokonanej niestety na własne życzenie, kompromitacji zachodniego establishmentu? Są to oczywiście pytania otwarte, na które nie da się dziś odpowiedzieć, niemniej już teraz widać, że przed nami wyjątkowo ciekawy rok.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















