Spokojnie, to tylko teatr

Awinion ma teraz nie tylko artystów stowarzyszonych, którzy współdecydują o programie, ale także temat główny. Pokazuje się tu około czterdziestu przedstawień, więc to zaprogramowanie trochę jest naciągane. A jednak tegoroczny temat - inny - okazał się prawdziwym bohaterem festiwalu.

01.08.2006

Czyta się kilka minut

Scena z "Tour de La Defense" /
Scena z "Tour de La Defense" /

O jakich innych mówimy? O Cyganach, Arabach, homoseksualistach, emigrantach, wykluczonych, o tych wszystkich, którzy stanowią zagrożenie dla świętego spokoju i porządku, przynajmniej w opinii tych, którzy mówią i myślą o nich "inni". Przy takim założeniu już tylko krok do festiwalu politycznej poprawności - a jednak udało się tego uniknąć. Myślę, że głównie dzięki dyskursywnej formie, jaką przybrały najlepsze przedstawienia, pozostające w silnym kontakcie z publicznością, która zresztą w Awinionie lubi być traktowana jak partner w rozmowie.

Po festiwalu niemieckim współprogramowanym przez Thomasa Ostermeiera, po edycji zaproponowanej przez Jana Fabre'a i skupionej na poszukiwaniu nowego języka w teatrze poszerzonym o taniec i performance (skończyła się we Francji wielkim skandalem i dyskusją o granicach eksperymentu prowadzonego za pieniądze podatnika), w tym roku "artystą stowarzyszonym" był Joseph Nadj. Pochodzący z byłej Jugosławii, od ponad dwudziestu lat mieszkający we Francji Nadj tworzy teatr tańca. Próbuje w nim opisać wrażliwość obywatela Europy Wschodniej: emocjonalną, nieracjonalną, kształtowaną w poczuciu zagrożenia, zderzaną z mentalnością Zachodu.

Taką wędrówkę do źródeł wrażliwości wschodnioeuropejskiej zaproponował w przedstawieniu "Asobu" (po japońsku to słowo oznacza grę), gdzie podjął próbę dotarcia do niej przez taniec butoh. Manieryczny spektakl utonął w wielkiej przestrzeni świętego festiwalowego dziedzińca. Ale w małej formie "Paso doble" - spektaklu, który można nazwać glinianym performansem - Nadj tryumfował. Razem z majorkańskim rzeźbiarzem Miquelem Barcelo stworzył godzinne dzieło, w którym dwaj artyści stawali się częścią glinianego krajobrazu. Wtapiając się w niewypalone, miękkie gliniane dzbany i ściany, tworzyli pejzaż pustynny, pełen dziwnych szczątków i niepokojących pozostałości. Fizyczność ich działania nie pozwalała traktować tego, co oglądamy, jak teatru. To wchodziło przez skórę.

***

Ale nie Nadj był głównym bohaterem festiwalu. Gdybym miał zarekomendować trzy spektakle do obejrzenia, a najlepiej zaproszenia do Polski, na pewno na pierwszym miejscu znalazłby się Jan Lauwers i jego Need Company z Brukseli. Od kilku lat odwiedza on Awinion ze spektaklami, które konsekwentnie, postdramatycznie dekonstruują zasadę spektaklu polegającą na odgrywaniu i inscenizowaniu jakichś historii. Lauwers unika jakichkolwiek działań tworzących teatralną iluzję. Przeprowadza opowieść przez aktorów, którzy poza tym, że mówią, wszyscy tańczą i śpiewają. W rezultacie powstaje otwarte widowisko, niezwykle poetyckie i wzruszające, które uzyskuje zupełnie odrębną dynamikę.

W tym roku Lauwers przywiózł przedstawienie zatytułowane "Le Bazard du Homard" (tak może nazywać się restauracja), według własnego tekstu. To historia dziejąca się w zamożnej belgijskiej rodzinie, która przeżywa głęboki kryzys. W dodatku ojciec przez swoją nonszalancję dopuszcza do śmierci syna. Sam jest zaś genetykiem odpowiedzialnym za sklonowanie niedźwiedzia i człowieka. Historia złożona z nieprawdopodobnych przypadków, które jednak łączą się w nieuniknione wyroki losu, zagarnia także kontekst społeczny. Urządzane przez bohaterów barbecue staje się początkiem wielkiego pożaru ogarniającego przedmieścia. W sumie tę metaforyczną historię o rozpadzie zachodniej cywilizacji można porównać z pisarstwem Houellebecqa, tyle że Lauwers pozostawia swoim widzom mnóstwo nadziei i pozytywnej energii. Jej największym źródłem jest teatr, który tworzy. To źródło niezachwianej wiary w miłość, która jako jedyna jest w stanie uratować ludzkość przed zagładą. O czym wie także Houellebecq, który jednak nie wierzy w cuda.

Poetycka możliwość cudu ratowała też bohaterów przedstawienia według tekstu Copiego wyreżyserowanego przez Marciala di Fonzo Bo. To przykład dziwnego związku dwóch Argentyńczyków osiadłych we Francji, tyle że di Fonzo Bo zjawił się w niej wtedy, kiedy Copi kończył swoje życie. Obaj artyści ofiarowali francuskiemu teatrowi południowoamerykańską swobodę rozmawiania o seksie i genialne wyczucie campu.

Powstały w latach 70. dramat "La Tour de La Defense" to historia pewnego Sylwestra dziejącego się w luksusowym apartamencie futurystycznej wówczas dzielnicy La Defense. Zamieszkuje go gejowska para przeżywająca kryzys - od dziewięciu miesięcy nie uprawiają seksu. Odwiedza ich starzejący się transwestyta z młodym żigolakiem i sąsiadka, będąca pod wpływem narkotyków. Tekst jest czarną komedią, mnożącą nie tylko zdarzenia mrożące krew w żyłach, jak zabicie córki przez znarkotyzowaną kobietę czy roztrzaskanie się helikoptera o fasadę wieżowca, ale także zdarzenia cudowne, czasem piękne - ożywająca zamarznięta mewa, a czasem straszne - wielki wąż wypełzający z muszli klozetowej, który zresztą zostanie zjedzony wraz ze szczurem znalezionym w jego żołądku. Transparentna scenografia naśladująca futurystyczny design lat 70. sprawia, że zaczynamy patrzeć na spektakl jak na opowieść dziejącą się we wnętrzu szklanej bańki, w której melancholijnie pada sztuczny śnieg. Bo mimo całej drastyczności akcji, ostrego seksu uprawianego na scenie zawsze, kiedy napięcie głupawej akcji staje się nie do wytrzymania, przedstawienie niesie widzom ocalenie. Jakie? Łatwo odgadnąć - miłość.

W końcowej scenie zostaje już tylko transwestyta ze swoim żigolo, któremu przyznał się do oszustwa, że wcale nie jest bogaty, ale za to zakochany. Wtuleni w siebie, słyszą huk eksplozji samochodu, którym pozostali uczestnicy Sylwestra pojechali na policję zawiadomić o zabiciu dziecka. Ostatnie zdanie to: "Czasami Bóg przychodzi tak szybko". I nieważne, czy dotyczy ono świeżo odnalezionej miłości czy też wypadku za oknem, niewątpliwie należy traktować je zupełnie serio.

Pippo Delbono od dawna penetruje pogranicza teatru, budując swoje prace na doświadczeniu teatru offowego. Emblematem jego zespołu aktorskiego jest Bobo, zabrany ze szpitala psychiatrycznego mężczyzna o umysłowości dziecka, który swoją odmienną wrażliwością rozbraja stężałą wyobraźnię widzów. I to właśnie chyba za sprawą Bobo nigdy nie mogłem uwolnić się od poczucia, że jestem w tym teatrze nadużywany, że na coś się mnie naciąga.

Delbono w monodramie "Opowieść czerwcowa" inaczej eksploatuje intymność i prywatne opowieści, z którymi zderza widzów. Wciąga nas w swój coming out, dokonywany bez żadnej ostentacji, przeciwnie, w trybie miłosnej opowieści z tragicznym zakończeniem. Potem opowiada o chorobie AIDS i jej przezwyciężaniu. Czasem przypomina fragmenty swoich ról granych we własnych przedstawieniach. Jego opowieść ma siłę wyznania i siłę zwycięstwa. To kolejne spotkanie z "innym", które podnosi na duchu, daje wiarę także w teatr jako medium szczerego spotkania.

***

Niestety, rozczarowaniem okazały się spektakle dziedzińca Pałacu Papieży, będące tradycyjnie największą atrakcją. To tutaj 60 lat temu Jean Vilar postanowił grać korzystając z naturalnej scenografii. To miała być odtrutka na teatr mieszczański, z jego iluzyjnymi dekoracjami i całym zakłamaniem. Niestety, sam dziedziniec z jego monumentalną architekturą i otwartym nad głowami widzów niebem nie wystarcza, żeby stał się teatralny cud.

Smutno było na oczekiwanych przez wszystkich "Barbarzyńcach" Gorkiego w reżyserii Erica Lacascade'a. Spektakl nie miał żadnego wyraźnego powodu, dla którego go zagrano. I mimo że Lacascade jest jednym z głównych obrońców ludzi teatru pracujących jako wolni strzelcy (intermitants) i przed jego premierą odbyła się wielka demonstracja poparcia dla socjalnych żądań, przeciwko ministrowi kultury, to i tak spektakl nie utrzymał uwagi widzów, a nawet dość szybko wyhamował energię w aktorach.

W Awinionie oferta repertuarowa próbuje uwzględniać różne upodobania. Festiwal sprzedaje co roku 150 tysięcy biletów; to - poza artystycznym - poważne przedsięwzięcie komercyjne, choć głównym źródłem finansowania i tak pozostaje państwowa dotacja. Tegoroczna edycja nie była tak gorąca jak poprzednie, ale mówienie ściszonym głosem wydaje się charakterystyczne dla czasów, w których żyjemy. W których boimy się kusić licho, staramy się za to jak najwięcej sobie wyjaśnić, by jak najlepiej siebie zrozumieć. A tu teatr staje się tylko wehikułem, a nie celem takiego spotkania i rozmowy.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 32/2006