Smok, deficyt i inne bajeczki

Smok, deficyt i inne bajeczki

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
29.08.2019
Czyta się kilka minut
Możemy rozliczać polityków z tego, czy wygrali z biedą albo zmniejszyli nierówności. Albo możemy się ekscytować, czy zmniejszyli dług publiczny lub zwiększyli PKB. Ja wybieram tych pierwszych. A Państwo?
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
M

Mamy zamieszanie wokół budżetu bez deficytu. Wiele ono mówi o stanie naszej debaty ekonomicznej, która niby taka nowoczesna i zdroworozsądkowa. A jednak ciągle opiera się na zabobonach ze starych neoliberalnych bestiariuszy. Strach przed deficytem to właśnie jeden z takich baśniowych smoków, w które zdaje się wierzyć większość naszej klasy politycznej.

Oto premier Morawiecki (skądinąd tak chętnie się od neoliberalnych miazmatów odcinający) pochwalił się, że po latach nieudolności przeciwników wybawił nas wreszcie od strasznego smoka deficytu. W planie finansowym państwa na rok 2020 wydatki zrównają się z przychodami na poziomie równo 429,5 mld złotych. Co oznacza, że smok ubity. Pierwszy raz w historii III RP! Hura!

Wydatki i zarobki

Tymczasem to oczywiste, że ten wyciągany za uszy (jednorazowe dochody, bardzo optymistyczne założenia dotyczące wpływów podatkowych) „budżet bez deficytu” jest polityczno-marketingowym zagraniem. „I co wy na to?! – krzyczy PiS do anty-PiS-u – od czterech lat straszycie, że nam się budżet posypie! Bo 500 plus itd. A tu proszę! My zrobiliśmy coś, czego waszym rządom nie udało się zrobić nigdy! Mamy finanse publiczne w równowadze. Szach mat!”. „A wcale, że nie! Bo smok wciąż tam jest. Tylko schowaliście go za szafę!” – odkrzykuje na to opozycja i sympatyzująca z nią część opinii publicznej. Wielu zarzuca PiS-owi wręcz uprawianie kreatywnej księgowości. Inni dodają, że przecież budżet będzie można po wyborach znowelizować, że wpływy okazały się jednak mniejsze, niż zakładano, a wydatki urosły, choć miały maleć. 


POLECAMY: „Woś się jeży” – autorski cykl Rafała Wosia co czwartek na stronie „TP” >>>


Jeśli chcecie się Państwo w ten sposób bawić, to proszę bardzo. Ja nie zamierzam. Bo ten spór jest jałowy: nie da się w nim ani przegrać, ani wygrać. Po pierwsze dlatego, że budżet państwa w praktyce nie polega na zwożeniu pieniędzy do jakiegoś tajnego skarbca (wpływy), a potem ich rozwożeniu po całej Polsce (wydatki). Nie da się więc postawić kamery, która sprawdzi, czy faktycznie po stronie „ma” i „winien” było koniec końców dokładnie tyle samo. Po drugie, jak się państwo uprze, to budżet domknie choćby nie wiem co. Zwłaszcza w czasie dobrej koniunktury. Gorzej, gdy się państwo nadyma i równoważy finanse publiczne w okresie spowolnienia. Wtedy mamy zazwyczaj „końską kurację” gospodarki i niechybną społeczną katastrofę. Tak było nie raz i nie dwa: od weimarskich Niemiec po Wielką Brytanię sprzed brexitu. Przykłady można mnożyć.

A gdyby tak wyjść poza ten spór, przyjmując do wiadomości, że polityka to nie bajka, w której ten, co zetnie smokowi łeb, otrzyma pół królestwa. A jeśli budżet wypracuje nadwyżkę, to jeszcze i rękę księżniczki. To przecież tak nie działa. W praktyce jest zazwyczaj dokładnie odwrotnie. Tzw. zdrowe finanse publiczne (czyli budżet zrównoważony albo z nadwyżką) najczęściej nie przynoszą zdrowia, tylko są symptomem wielu głębokich chorób trawiących społeczeństwo. Innymi słowy, martwić się należy, gdy smoka nie ma. A już najgorzej jest, gdy wszyscy wokół zaczynają się licytować, kto go pierwszy dopadnie i zdekapituje. Wtedy wiedzcie, że z gospodarką nie jest dobrze.

Gdy smok wróci

Aby zrozumieć w czym rzecz, trzeba najpierw odrzucić wizję państwa jako wielkiego gospodarstwa domowego, które (jak wiadomo) „nie może przecież wydawać więcej, niż zarabia”. Ta analogia jest nieprawdziwa od początku do końca. Już choćby z tego powodu, że człowiek nie decyduje o tym, ile zarabia. A państwo owszem: samo sobie ustala poziom swych dochodów poprzez odpowiednią konstrukcję systemu podatkowego. Na dodatek wydatki państwa (emerytury, pensje, inwestycje) realizowane są zazwyczaj w pieniądzu, na którego produkcję to państwo ma monopol. Co odróżnia gospodarki narodowe od ludzi, którzy najpierw muszą zarobić, a dopiero potem wydawać. 

Analogia obalona? Skoro tak, to przestańmy myśleć o deficycie i długu publicznym (czyli o zakumulowanym latami deficycie) jako o grzechu albo nieodpowiedzialności rządzących. A dostrzeżmy w nich to, czym są naprawdę. Czyli amortyzatory gospodarki i społecznego ładu. Dług ma być użyteczny, absorbując ekonomiczny szok, który w gospodarce zdarza się regularnie. Działa to tak: gdy nadchodzi recesja, zadłużenie rośnie. Właśnie po to, by ochronić ludzi przed nagłym spadkiem wydatków publicznych albo nagłym wzrostem opodatkowania. Co pomaga skrócić do maksimum czas i niewygodę recesji. 

Niektórzy wyprowadzają stąd wniosek, że aby było czym się ratować w czasie recesji, trzeba koniecznie produkować nadwyżki w czasie dobrej koniunktury. Niestety to też tak nie działa. W świecie, gdzie tzw. zdrowe finanse publiczne stają się fetyszem zdrowej gospodarki, klasa polityczna zaczyna je traktować jak cel sam w sobie. Każdy chce zaszachować (jak teraz premier Morawiecki) politycznego przeciwnika pokazując swoją ekonomiczną odpowiedzialność. Problem polega jednak na tym, że zmierzanie w kierunku nadwyżki budżetowej wiąże się z realną stratą sektora prywatnego, który za tę nadwyżkę płaci (zazwyczaj podatkami oraz chłodzeniem koniunktury). Miałoby to jeszcze sens, gdyby wyższe podatki były wydawane na realizację konkretnych celów politycznych. Np. na walkę z biedą albo konieczne dofinansowanie zaniedbanych wydatków publicznych. Ale one nie mogą być wydawane, bo przecież… wtedy się budżet nie zepnie. I smok wróci. Błędne koło.

Strażnicy królestwa

Oczywiście, że jeśli jakiś nierozważny rząd będzie szalał i wydawał pieniądze na lewo i prawo, to znajdzie się w kłopotach. Ale w sytuacji, gdy władze prowadzą normalną gospodarkę (i nie ma wojen oraz innych kataklizmów), to problemy budżetowe wyleczą się w większości same (w pewnym sensie PiS i Morawiecki są takiego stanu rzeczy beneficjentami). Bo wtedy zaczynają działać automatyczne ekonomiczne stabilizatory. Kiedy rosną dochody ludności, w ślad za tym maleją niektóre wydatki państwa. Na ubezpieczenia społeczne, na bezrobotnych. Takie przypadki były odnotowane w najnowszej historii. Np. w latach 50. i 60., czyli w okresie, który nazywamy dziś złotą erą gospodarki kapitalistycznej. Nie tylko nie było wówczas bezrobocia, ale Europa wręcz sprowadziła do pracy 10–20 mln ludzi. Co najciekawsze, w tym okresie dług publiczny spadał. Po kryzysie 2008 r. było zaś odwrotnie. Desperacka próba szybkiego zrównoważenia budżetów sprawiła, że długi się powiększały. Gdy zmniejszał się dochód narodowy, spadały również dochody ludności. A jak spadają dochody ludności, to rosną wydatki państwa, bo trzeba płacić, np. bezrobotnym. I koło znów się zamyka.

Trudno dziś powiedzieć, w którym kierunku pójdzie polityka fiskalna rządu PiS w kolejnych latach. Jeżeli premier Morawiecki i jego otoczenie nadmiernie rozsmakują się w roli pogromcy smoków i strażników budżetowej równowagi, to w królestwie nie będzie się dobrze działo. A PiS-owską (niezłą jak dotąd) politykę zmniejszania nierówności i walki z biedą czeka szybki kres. Aby ją kontynuować, ugrupowanie rządzące musi jednak przestać bać się deficytu. Nawet jeśli opozycja będzie nim bez wytchnienia straszyła jak smokiem albo innym stworem z neoliberalnego bestiarium. 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

"Możemy rozliczać polityków z tego, czy wygrali z biedą albo zmniejszyli nierówności. Albo możemy się ekscytować, czy zmniejszyli dług publiczny lub zwiększyli PKB. Ja wybieram tych pierwszych". Dokładnie tak. To już dopowiedzmy, można się też ekscytować sprawami trybunału, sądów i zapisu konstytucyjnego. A jak uczy doświadczenie 3 dekad nie przekładało się to na odczucie sprawiedliwości...

"Polityka to nie bajka", w której wystarczy mieć rację, żeby zyskać legitymację. Gospodarstwo domowe tym się jeszcze różni od państwa, że moja w nim władza (dzielona z żoną) nie podlega kaprysom wyborców i nie jest nieustannie kwestionowana przez opozycję, która per fas et nefas próbuje mi tę władzę odebrać i przeforsować swoje koncepcje. Albo zwyczajnie dorwać się znów do koryta. Obietnica (mniejsza o to, czy realna, ważne że nie absurdalna) budżetu wolnego od deficytu ma uspokoić zaniepokojonych o nadmierny deficyt (mniejsza o to, czy słusznie), przekonać niezdecydowanych, wytrącić najbardziej niebezpieczną, bo ekonomiczną broń z ręki różnych ponadnarodowych komisji, które bardziej sprzyjają im niż nam etc. Oczywiście warto ponosić te niedogodności i nieracjonalności demokracji, bo per saldo wszyscy na tym lepiej wychodzą. Polityczne znaczenie kwestii deficytu można porównać z gorącą ostatnio kwestią wiz do USA. Gdyby wszyscy moi współobywatele myśleli tak jak ja, to nie miałaby ona żadnego znaczenia. O wizę amerykańską wystąpiłem dwa razy w życiu i za każdym razem dostałem ją na 10 lat po 30 sekundach rozmowy z konsulem, bez okazywania żadnych kwitów poza formularzem poświadczonym wyłącznie moim własnym podpisem. A formularza mojej żony, która podeszła do okienka zaraz po mnie, konsul nawet nie obejrzał. "Have a great trip", powiedział, "and shop till you drop" (Nowy Jork był naszym pierwszym celem). Możliwość uniknięcia tej procedury oraz opłaty za wizę jest mile widziana, ale na pewno nie zaważyłaby na moich wyborach politycznych. Dla wielu rodaków ma jednak ona na tyle duże realne czy ambicjonalne znaczenie, że stale się ten temat wałkuje. I to by było na tyle.

Rzeczywiście - temat "równoważenia budżetu" jest fetyszyzowany. Niemniej jednak, prawdopodobnie pytanie jest tylko jedno - na co rząd wydaje pieniądze. Jeśli "napycha kieszenie bogatych" (USA) albo brnie w megalomanię, przesadza z rozdawaniem, upiera się przy nietrafionych inwestycjach i obiektywnie nie naprawia źle działających sektorów (Polska) , i by to sfinansować dociąża operatywnych i przedsiębiorczych, to dług zdecydowanie będzie nie służył...

pisząc, że "wybiera tych, co pokonali biedę" itepe red. Woś nie pierwszy raz udowadnia, że bliżej mu do Księżyca niż do Ziemi - - nie ma sensu mu przypominać, że warunkiem istnienia bogactwa jest istnienie biedy, a 'wszystkim po równo' już próbowano i to nieraz - tak samo raczej nie pojmie albo się nie przejmie tym, że k a ż d y budżet na deficycie to coraz większy d ł u g do spłacenia przez nas i nasze dzieci, a już kompletnym idiotyzmem albo manipulacją jest stwierdzenie, że państwo sobie samo produkuje pieniądze więc o co chodzi - może red. Woś nadawałby się na oficera politycznego szczebla kompanijnego w LWP, ale dziś brzmi jak zdarta płyta w skansenie PRL-u

"Czytam ostatnio wiele sprawozdań z przedwyborczych zebrań, na których występują różni kandydaci na posłów. Niektórzy z nich traktują swoich słuchaczy jak stado baranów. Obiecują im różne gruszki na wierzbie, byle tylko zdobyć głosy i mandat poselski. Jeśli chce się coś kupić, to trzeba wpierw zarobić. Można wprawdzie kupić i za kradzione, lecz kradzież nie jest regułą życia ludzkiego. Jeśli kandydat na posła obiecuje np. wyborcom, że po zdobyciu mandatu postara się o zniżenie podatków i jednocześnie o przydział środków inwestycyjnych, to powinien im powiedzieć, jakie pozycje dochodowe budżetu państwa chce podwyższyć, kto ma płacić za tych, którym obiecuje obniżenie lub zniesienie podatków. Aby jednym dać, trzeba drugim za­brać. Takich cudów, aby dawać, a nie brać nikt nie potrafi dokonać". Balcerowicz? Ciepło, ciepło, ale to jednak nie on. Za młody - miał wtedy ledwie 10 lat i może nawet nie myślał o przyszłej karierze w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu. To "Wł. Gomułka odpowiada na 55 pytań" (za Życiem Warszawy z 10 stycznia 1957). "Surowe - prawdziwe" - podsumowano przemówienie tow. Wiesława w komentarzu redakcyjnym na pierwszej stronie. Który z komunistycznych ekonomistów i dygnitarzy (z Gierkiem włącznie, mimo że ten w przeciwieństwie do Gomuły zadłużał kraj na potęgę) kiedykolwiek głosił, że walka z deficytem to przesąd, a państwo powinno traktować pieniądz jako narzędzie w swoich rękach, zamiast go fetyszyzować? Można się z red. Wosiem nie zgadzać, ale polemika nie polega na powtarzaniu niby z zaciętej płyty mantr o "bolszewizmie" i "skansenie PRL-u". A zresztą - czego niby należało się spodziewać...?

Nagroda Nobla z ekonomii niechybnie przypadnie w przyszłym roku redaktorowi Wosiowi, chyba że tępaki z komitetu noblowskiego nie poznają się na jego rewolucyjnej teorii.

tak naiwny stek bzdur w takim piśmie? Państwo to nie zabawa, nie da się zjeść ciastka i mieć go potem. Budżet to jedno, transfer socjalny - drugie.

Kandydatów do Nobla jest więcej! Wystarczy jedynie dać się przekonać i przekonać komitet noblowski że "warunkiem istnienia bogactwa jest istnienie biedy" i wchodzimy na salony...
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]