Wzrośnie deficyt budżetowy. Przez inflację i powódź

Wychodząc do opinii publicznej z informacją o potrzebie głębszego zadłużenia państwa, rządząca koalicja usiłuje wysłać jednoczesny komunikat na skraje swoich elektoratów.
Czyta się kilka minut
Minister finansów Andrzej Domański na posiedzeniu Rady Ministrów, Warszawa, 22 października 2024 r. // Fot. Tomasz Jastrzębowski / REPORTER
Minister finansów Andrzej Domański na posiedzeniu Rady Ministrów, Warszawa, 22 października 2024 r. // Fot. Tomasz Jastrzębowski / REPORTER

Z końcem roku w resorcie finansów trwają zwykle prace nad ustawą budżetową na kolejny, ale tym razem księgowi i analitycy z ulicy Świętokrzyskiej musieli szybko wrócić do dokumentu przyjętego przez rząd niemal przed rokiem. 

– W nowelizacji budżetu na 2024 r. deficyt budżetowy zostanie podniesiony o 56 mld zł, do kwoty 240,3 mld zł – wyjaśnił na konferencji prasowej minister finansów Andrzej Domański.

Co się stało z deficytem? Inflacja urosła za mało

Niespodziewana nowelizacja niemal na finiszu roku budżetowego brzmi oczywiście sensacyjnie, dlatego ochoczo rzucili się na nią politycy PiS. „Odpowiemy tylko na pytania o deficyt” – odpowiadali jeden po drugim, gdy w Sejmie dziennikarze próbowali namawiać ich na komentarz do zarzutu „zdrady dyplomatycznej”, który przedstawiciele rządzącej koalicji wysunęli pod adresem Antoniego Macierewicza

W rzeczywistości sprawa nie jest ani sensacyjna, ani skomplikowana. W budżecie państwa polskiego pojawiła się dziura. Dochody, które w zeszłym roku szacowano na 682 mld zł, okazały się w rzeczywistości mniejsze. Głównie z powodu inflacji. Im wyższe ceny w sklepach, tym więcej wpada do budżetowej kasy z VAT. W ustawie budżetowej na rok 2024, w dużej mierze opracowanej jeszcze przez ekipę PiS, rząd oszacował wpływy z VAT w oparciu o prognozę inflacji na średniorocznym poziomie 6,6 proc. 

Początek roku przyniósł jednak szybkie hamowanie dynamiki cen, która już w maju spadła do zaledwie 2,5 proc. Kolejne miesiące przyniosły wprawdzie ponowny skok inflacji, ale w ujęciu średniorocznym jest ona dziś – jak przyznał sam minister Domański – blisko dwukrotnie niższa, niż założono pierwotnie w budżecie. Dla gospodarstw domowych to wprawdzie bardzo dobra wiadomość, ale resort finansów ma już powody do niepokoju, bo do budżetu wpłynęło przez to prawie 23 mld zł mniej z podatku VAT.

W kasie zabrakło też 6 mld zł, które miał do niej wpłacić Narodowy Bank Polski z zysku, którego ostatecznie nie wypracował (nad czym skonfliktowany z rządem prezes Adam Glapiński z pewnością nie ronił łez). O prawie 9 mld zł spadły również dochody ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2, wynikające z ich niższej ceny (tu warto podkreślić, że rządzący, którzy powinni te pieniądze w całości przeznaczać na finansowanie transformacji energetycznej, od lat ostentacyjnie trwonią je na inne cele) oraz wpływy z podatku CIT, które osłabienie koniunktury gospodarczej za granicą nadtopiło o kolejnych 11 mld zł.

Rząd nie obetnie wydatków. Priorytetem powodzianie

Słuchając wystąpień Donalda Tuska i ministra Domańskiego, trudno było jednak pozbyć się wrażenia, że chodzi w nich nie o sam deficyt, lecz o zapewnienie, że pomimo napiętej sytuacji budżetowej rząd nie myśli o cięciach w wydatkach publicznych. Plan nadal zakłada wydanie na rozmaite cele 866,4 mld zł. 

– Nie zmieniamy też prognoz wzrostu gospodarczego na 2025 r., dalej spodziewamy się wzrostu PKB o 3,1 proc. – podkreślił Domański. 

Priorytetem wydatkowym pozostaje pomoc powodzianom. Rząd w trybie pilnym zamierza przekazać samorządom 8,2 mld zł z tej części wpływów z podatku PIT, która trafia do budżetu centralnego. Dla niektórych to ostatnia szansa na zbilansowanie wydatków, które wystrzeliły po powodzi. Nie ma na razie mowy także o innych oszczędnościach.

Wychodząc do opinii publicznej z informacją o potrzebie głębszego zadłużenia państwa, rządząca koalicja usiłuje wysłać jednoczesny komunikat na skraje swoich elektoratów. Dla wyborców lewicy priorytetem pozostaje polityka społeczna i socjalna, która ma się stawać bardziej inkluzywna, czyli skoncentrowana na pomocy najsłabszym. Konserwatywny trzon wyborców Platformy na takie postulaty reaguje przerażeniem, bo wciąż przywiązany jest do neoliberalnej wizji budżetu, który powinien wydawać mniej, niż zarabia – nawet jeśli trudno wskazać powody, czemu konkretnie ma służyć taki fiskalny fitness. 

Komunikat o wzroście deficytu do poziomu nienotowanego dotychczas w dziejach współczesnej Polski będzie więc brzmieć albo jako gwarancja zapowiedzi, że państwo nawet w trudnym położeniu nie zamierza schodzić z kursu na socjał, albo jako swoisty donos na poprzedników, którzy nie trafili z założeniami budżetowymi – w zależności od tego, komu bliżej do któregoś z powyższych skrajów.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”