Reklama

Skąd wiesz, że mówisz po polsku?

Skąd wiesz, że mówisz po polsku?

30.11.2020
Czyta się kilka minut
Nasze państwo, nasz naród i nasz język określa się jednym i tym samym słowem. To jednak w świecie raczej wyjątek niż reguła.
Po Marszu Autonomii zorganizowanym przez Ruch Autonomii Śląska, Katowice, 15 lipca 2017 r. BEATA ZAWRZEL / REPORTER
R

Rozmawiam z grupą świeżo poznanych sąsiadów w helsińskim akademiku – wszyscy przyjechaliśmy spoza Finlandii. Rozmowa schodzi na trudności z językiem fińskim. W którymś momencie ktoś pyta mnie: „Jaki jest twój rodzimy język?”. Moja odpowiedź jest prosta, jednowyrazowa i dla mnie samego oczywista. Kilkanaście lat później, prowadząc zajęcia o języku i nacjonalizmie, sam zadaję to pytanie świeżo poznanym studentom z Afganistanu, Jakucji, Ukrainy i Zimbabwe. Każda odpowiedź zajmuje parę minut. Namysłu i dodatkowych objaśnień czasem wymaga nazwa, czasem pojęcie rodzimości, a czasem samo słowo „język”. Nic nie jest proste.

Pytanie o język rodzimy przypomina częściej zadawane pytanie o kraj pochodzenia: zadajemy je z przeświadczeniem, że odpowiedź jest możliwa (choć niekoniecznie musi się zmieścić w jednym słowie), a sami, zapytani, odpowiadamy z przekonaniem, że ją znamy. Kilka założeń przyjmujemy na wstępie: że nasze dostrzegalnie różne sposoby mówienia noszą nazwę „języków”, że dla każdego z nas przynajmniej jeden język jest „rodzimy” i że każde z nas potrafi swój własny „język rodzimy” nazwać. Ale czy nie możemy się w tej sprawie mylić? Skąd właściwie człowiek wie, po jakiemu mówi?

Autorytet eksperta

Być może usłyszeliśmy o tym po raz pierwszy w domu, może w przedszkolu, ale jedno wydaje się niewątpliwe: wiemy, że mówimy po polsku – że w ogóle mówimy „po jakiemuś” – bo ktoś nam to powiedział. Dowiedzieliśmy się tego na wczesnym etapie życia i od tamtej pory tyle razy utwierdzaliśmy się w tej wiedzy, że jakakolwiek próba jej zakwestionowania wydałaby się absurdalna, wręcz arogancka. Ktoś inny miałby wiedzieć lepiej ode mnie, jak nazywa się mój język? Przyjęcie takiej sugestii byłoby tym trudniejsze, że szkolny przekaz podkreśla rolę języka ojczystego jako jednego z kluczowych wyznaczników narodowej tożsamości.

A jednak takie sugestie bywają formułowane, tyle że raczej nie pod naszym adresem. Kto czytał „Na tropach Smętka”, zapewne pamięta, jak Melchior Wańkowicz, ruszając latem 1935 r. do Prus Wschodnich, tłumaczył towarzyszącej mu córce tożsamościowe komplikacje Mazurów: „– A mówią po polsku? – Mówią po polsku. – To są Polacy… – Ja tak sądzę. Ale oni nawet o tym nie wiedzą. Oni niezupełnie zdają sobie sprawę, że ich mowa jest polska”.


Paweł Rutkowski, lingwista: Nawet dorosłe osoby głuche, znające język foniczny, zapisują się na kursy języka migowego. Bo szukają języka, w którym nie będą odczuwały ograniczeń.


 

Dziś potomkowie tamtych Mazurów w większości mieszkają w Niemczech, a obecni mieszkańcy regionu na ogół nie mają wątpliwości, że mówią po polsku, za to od jakichś dwudziestu lat tli się w Polsce spór o rodzimą mowę Ślązaków. Miejscowi działacze wzywają do uznania śląskiego za odrębny język regionalny, inni upierają się, że to odmiana języka polskiego. Przed wojną dziennikarz Wańkowicz mógł pisać tonem oczywistości, że Mazurzy mówią po polsku, dziś w sprawie Ślązaków media proszą o opinię ekspertów. „Cała ta dyskusja o śląskim języku w piśmie jest żenująca (...) – orzekł w 2011 r. Jan Miodek. – [M]yślący Ślązak miał zawsze oficjalną odmianę swojej mowy regionalnej i tą oficjalną odmianą była polszczyzna ogólna. (...) Oczekiwanie ode mnie, że ja powiem: »Tak, śląszczyzna nadaje się do kodyfikacji w piśmie«, jest takim samym zadaniem, jakie by postawiono matematykowi żądając udowodnienia, że czasem dwa razy dwa jest pięć”. Łagodniej, ale nie mniej stanowczo wypowiedział się Jerzy Bralczyk: „[R]aczej jest to grupa dialektów. Uznawanie ich za coś osobnego od polszczyzny jest w świetle dotychczasowych ustaleń nieuzasadnione, bo rozwój dialektu śląskiego jest równoległy do rozwoju innych polskich dialektów”. Za „coś osobnego” można za to uznać kaszubski: „[p]rocesy historyczne, fakty fleksyjne, fonetyczne, gramatyczne decydują, że jest to język regionalny”. W odpowiedzi na uwagę dziennikarki, że po śląsku mówi dwukrotnie więcej ludzi niż po kaszubsku, Bralczyk odparł: „Takie dane mogą być pomocne, jeśli chodzi o świadomość przynależności do jakiejś grupy. Natomiast nie ma to znaczenia, jeśli chodzi o fakty językowe, a one mają znaczenie dla uznania dialektu za język regionalny”.

Bralczyk akcentuje nieubłagany obiektywizm „faktów językowych”, Miodek mówi emocjonalnie, podkreślając swoje szczególne kompetencje rodowitego Ślązaka. Ostatecznie jednak siłę autorytetu jednego i drugiego określa pozycja profesora-językoznawcy. Obaj twierdzą to samo, ale przede wszystkim przemawiają z tego samego stanowiska: wezwani przez media do rozsądzenia sporu, przyjmują rolę ekspertów i „mówią, jak jest”. Choćby nawet mieli różne poglądy co do meritum, zgadzają się, że gruntowna znajomość „faktów językowych” umożliwia obiektywne rozstrzygnięcie. Językoznawstwo w ich wypowiedziach jawi się jako dziedzina wiedzy podobna do nauk przyrodniczych – a może i do matematyki, jeśli potraktować serio Miodkowe „dwa razy dwa”. W ramach tak definiowanej wiedzy o języku użytkownik naprawdę może „nie wiedzieć, po jakiemu mówi”, dopóki nie wyjaśni mu tego specjalista.

Ale czy istnienie bądź nieistnienie takiego lub innego języka jest kwestią stricte językoznawczą? Miodek i Bralczyk uznają śląszczyznę za wewnętrzną odmianę języka polskiego – część większej całości, której osobne istnienie nie wymaga komentarza, tak bardzo wydaje się oczywiste. Ale powszechne poczucie oczywistości, do którego odwołują się obaj profesorowie, nie opiera się przecież na powszechnej wiedzy o cechach szczególnych polszczyzny. Wańkowicz był przekonany, że Mazurów zdezinformowano, wmawiając im „język mazurski” – ale właściwie skąd sam wiedział, że jest dobrze poinformowany, i że jemu nikt nie wmówił jakiegoś nieistniejącego języka?

Podwójne pochodzenie

Aby nieco złagodzić towarzyszące tym pytaniom poczucie absurdu, weźmy sytuację mniej oswojoną, mniej obciążoną oczywistościami. Szykuję zajęcia dla studentów pierwszego roku filologii fińskiej i przyglądam się mapie zatytułowanej „Języki bałtyckofińskie i ich główne dialekty – stan z początku XX w.”. Mam przedstawić początkującym fennistom główne informacje o rodzinie ugrofińskiej, a języki bałtyckofińskie to ta gałąź owej rodziny, do której należą fiński, estoński i kilka języków blisko z nimi spokrewnionych.

Mapa obejmuje Finlandię i Estonię oraz przygraniczne tereny Rosji, Łotwy, Szwecji i Norwegii, gdzie języków bałtyckofińskich używają różne grupy mniejszościowe (a przynajmniej używały na początku minionego stulecia – przed I i II wojną światową, przed masową urbanizacją, przed przymusową kolektywizacją i wywózkami do Kazachstanu, przed radiem i telewizją). Poszczególne języki oznaczono różnymi kolorami, subtelniejsze odcienie oddają zróżnicowanie dialektalne. W legendzie figuruje dziesięć ponumerowanych języków, ich dialekty oznaczono literami – tak więc np. jedynka i odcienie koloru niebieskiego to „język fiński”, a odcień wpadający w szarość oznaczony jako 1b to jego „dialekty tawastyjskie” (lista dialektów fińskich kończy się na literze k). O estońskim i fińskim słyszeli wszyscy studenci, pozostałe języki będą wymagały paru słów objaśnienia, ale mapa wszystko klarownie porządkuje.


Czytaj także: Jaskiniowe malowidła i powtarzające się na nich znaki mogą być najstarszym wyrazem pragnienia przechowania ważnych treści. Ale dopiero pismo pozwoliło je w pełni zaspokoić.


 

Mimo to zaczynam się wahać, bo niestety widywałem już inne opracowania i inne wersje klasyfikacji. Pamiętam np., że język ołoniecki bywa określany jako dialekt języka karelskiego; w niektórych klasyfikacjach odmianą karelskiego jest także język iżorski. Z kolei północne odmiany karelskiego mają znacznie więcej wspólnego z fińskim, bo też właściwie wschodnie dialekty fińskie po części wyrastają z karelskiego – ale tylko wschodnie, zachodnie mają genealogię bliższą estońskiemu. Z tego zaś wynikałoby, że sam fiński, największy i najbardziej znany język z całej grupy, nie jest genealogicznie spójny sam ze sobą. Podwójne pochodzenie nie przeszkadza jednak fińszczyźnie uchodzić za jeden język, a różnorodności fińskich dialektów – właśnie za dialektalną, czyli wewnętrzną wobec owej jedności. Pamiętam też własną wycieczkę sprzed lat na północne obrzeża Norwegii, oznaczone na mapie niebieskimi plamami („dialekty kweńskie”). Miejscowi bez trudu rozumieli moją wyuczoną fińszczyznę i odpowiadali w sposób zrozumiały. Ale czy rozmawialiśmy w tym samym języku? Według mapy owszem, ale według przyjętego dziś w regionie nazewnictwa moi rozmówcy posługiwali się odrębnym od fińskiego „językiem kweńskim”. Z kolei język przygranicznej mniejszości fińskiej w Szwecji (na mapie: „dialekty tornedalskie”) od jakiegoś czasu funkcjonuje jako osobny język meänkieli (dosłownie „naszamowa”), choć niespecjalnie się różni od mowy sąsiadów z fińskiej strony granicy, powszechnie uważanej za dialekt fińskiego.

Może zbyt bezkrytycznie traktujemy „język” jako spójną jednostkę klasyfikacyjną. Gdyby w podobny sposób zilustrować na mapie rozmieszczenie języków słowiańskich, znaczną część legendy zajmowałyby nazwy powszechnie znane, współbrzmiące z nazwami państw i narodów. Języki mniejszościowe w rodzaju łużyckich, kaszubskiego czy rusińskiego (sporną śląszczyznę na razie pomińmy) byłyby na takiej mapie drobnym odstępstwem od ogólnego schematu, w którym etniczność, a wraz z nią język, idzie w parze z politycznym samostanowieniem. Do takiego wzorca przywykliśmy, zwłaszcza że ze szczególną konsekwencją realizuje go powojenna Polska. Na mapie języków bałtyckofińskich w ten znajomy wzorzec wpisują się tylko fiński i estoński. Pozostałe osiem języków funkcjonuje na społecznym marginesie; praktycznie nieobecne w przestrzeni publicznej, używane głównie w sytuacjach kameralnych, domowych, raczej w mowie niż w piśmie i raczej przez starsze pokolenie. Niektóre z nich zajmują sporo miejsca na mapie, karelski nawet więcej niż estoński, ale niewiele z tego wynika: po estońsku mówi około miliona ludzi, po fińsku około pięciu milionów, natomiast wszystkie pozostałe języki razem wzięte z trudem doliczyłyby się siedemdziesięciu tysięcy użytkowników. Co wśród języków słowiańskich wydaje się normą – państwo, naród i język w jednym tożsamościowym pakiecie – tu jest przywilejem nielicznych.

Nazwa, norma i wyobrażenie

Szkopuł w tym, że, jak już widzieliśmy, języki bałtyckofińskie trudno policzyć, a trudność ta tylko do pewnego stopnia wynika z niejednoznaczności „faktów językowych”. To raczej okoliczności historyczne, układ granic i związane z nimi podziały religijne sprawiły, że pierwotną mozaikę lokalnych odmian mowy na części terytoriów określono wspólną nazwą, poddano standaryzacji, na innych zaś pozostawiono w pierwotnym niedookreśleniu. Tak uformowały się pojęcia „język fiński” i „język estoński”, które z czasem uczyniono punktami odniesienia dla dwóch ruchów narodowych. Regionalne zróżnicowanie fińszczyzny trwa do dziś, ale przeciwwagę dla niego stanowi istnienie ogólnokrajowej normy, regulowanej przez państwowe instytucje, reprodukowanej przez szkoły i media.

Zgodny z tą normą fiński yleiskieli, czyli „język powszechny”, nie figuruje na mapie, nie wpisuje się w porządek dialektów, nie przynależy do żadnego regionu. Powstał na papierze: jego najstarszą postać stworzyli pisarze reformacyjni na potrzeby kościelnego piśmiennictwa dla ludu, obecnej zaś dali początek dziewiętnastowieczni działacze narodowi. To skonstruowana przez ekspertów z różnych epok hybryda, która długo nie była dla nikogo językiem w pełni rodzimym. Jej istnienie opiera się na odgórnych ustaleniach i oficjalnym obowiązywaniu. Ale taka forma istnienia jest dziś pod wieloma względami skuteczniejsza i waży więcej niż oddolna egzystencja rodzimej mowy. Z punktu widzenia dialektologii fiński może w ogóle nie tworzyć spójnej całości – ale za sprawą oficjalnego obowiązywania na jasno określonym terytorium mieszkańcy Finlandii posiadają ugruntowane wyobrażenie wspólnego języka. Dzięki ugruntowanej normie regionalne odmiany mowy mają status „dialektów języka fińskiego”, ale sam „język fiński” nie sprowadza się do sumy „swoich” dialektów.


Czytaj także: Już przełożenie zdania z jednego języka na drugi bywa trudne, czasem wręcz niemożliwe. A jak przetłumaczyć na słowa malujące się na czyjejś twarzy emocje?


 

Dopiero gdy chodzi o języki mniejszościowe i społecznie zmarginalizowane, nazewnictwo staje się domeną językoznawców. Gdyby uczeni ze względów dialektologicznych postanowili podzielić język fiński – albo polski – na kilka mniejszych, nomenklatura oddaliłaby się od praktyki społecznej i wzbudziła protesty; w przypadku języka karelskiego nie ma takiego zagrożenia. Większość jego użytkowników i tak będzie między sobą mówić „po swojemu”, nie zastanawiając się, czy to karelski, czy raczej ołoniecki – a poza własnym gronem przechodzić na rosyjski. Własny język oczywiście ma dla nich znaczenie, ale inaczej niż u Finów czy Polaków, jego nazwa nie determinuje ich zbiorowej identyfikacji.

Zdarza się za to, że potrzeba tożsamościowa w połączeniu z koniunkturą polityczną staje się wystarczającą motywacją, by powołać do życia nowy język lub zlikwidować istniejący. Z wolna zapominamy o języku mołdawskim, w 2013 r. ponownie przemianowanym na rumuński; rozpad języka serbskochorwackiego na serbski, chorwacki, bośniacki i czarnogórski niektórym może wciąż wydawać się anomalią – ale istnienie języka norweskiego nie budzi chyba wątpliwości, choć początki miał równie odgórne. Konstytucja z 1814 r. nadała mu status urzędowy, choć w formie pisanej nie różnił się od duńskiego – uzyskał tylko nową nazwę na terenie Norwegii, która po kilku stuleciach właśnie odłączyła się od Danii. W ślad za zmianą nazwy poszła ewolucja normy językowej, do której wprowadzano coraz więcej elementów lokalnych; równocześnie opracowano konkurencyjną normę, zrywającą z duńskim i opartą w całości na norweskich dialektach. Spór między zwolennikami dwóch norm nigdy nie został jednoznacznie rozstrzygnięty i norweski do dziś istnieje w dwóch oficjalnych wersjach – bardziej i mniej podobnej do duńskiego – ale obie wygenerował ten sam politycznie motywowany akt nazewniczy. Dziś pojęcie „język norweski” dość powszechnie uchodzi za nazwę realnego zjawiska – gdyby jednak przyjąć perspektywę polskich językoznawców negujących istnienie „języka śląskiego”, można by uznać, że Norwegowie padli ofiarą nieporozumienia i od dwustu lat nie wiedzą, po jakiemu mówią. Bądź co bądź decyzję, by używany przez Norwegów język nazwać norweskim, podjęto nie odwołując się do „faktów językowych”.

Być może istotne nieporozumienie tkwi gdzie indziej: w przekonaniu, że „fakty językowe” obejmują tylko to, co można w języku badać w oderwaniu od używających go ludzi: „[p]rocesy historyczne, fakty fleksyjne, fonetyczne, gramatyczne”, jak powiada Bralczyk. Język pojedynczy – odrębny, a zarazem jeden z wielu – to nie tylko określony sposób mówienia, dający się rozpoznać i wyodrębnić na podstawie obserwowalnych cech. To także wytwór zbiorowej wyobraźni, różnie nazywany, w różnym stopniu zinstytucjonalizowany, na różne sposoby zideologizowany, rozmaicie funkcjonujący w kulturze. Aby móc się sensownie spierać o jego istnienie lub nieistnienie, trzeba w jakimś stopniu uznać językoznawstwo za naukę społeczną – i do kategorii „faktów językowych” włączyć świadomość użytkowników, ich przekonania i postawy, a także politykę językową państw, odgórne regulacje i nazewnicze dekrety. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]