Może i sezony koncertowe ważnych instytucji w Polsce stają się coraz ciekawsze, ale to wciąż od festiwali oczekujemy największych wydarzeń. Stojąc pomiędzy ich dwiema seriami – wielkanocną i tą z granicy lata i jesieni – można spojrzeć, dokąd zmierzają i co proponują.
Skąd się wzięła konkurencja
Na początek Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena, nie tylko dlatego, że w tym roku odbył się po raz pierwszy bez swej twórczyni, Elżbiety Pendereckiej, ale też dlatego, że jest poniekąd matką polskich festiwali – a przynajmniej kilku z nich.
Powstał przed 30 laty i pozostaje właściwie jedynym działającym w szerokiej skali festiwalem „zwyczajnym”, „tradycyjnym”, czyli prezentującym arcydzieła muzyki w możliwie wybitnych wykonaniach. Jest obecny w kilkunastu miastach, nie tylko wysyłając importowanych gości w różne zakątki kraju, ale też mobilizując lokalne siły.
Ta koncepcja programowa legła u podstaw imprezy, gdy została ona powołana do istnienia przez Penderecką. W tamtym czasie, w połowie lat 90., wielkich festiwali w Polsce było nieporównywalnie mniej niż dziś. Przede wszystkim uwagę skupiała wrocławska Wratislavia Cantans, ograniczana jednak swoim oratoryjno-kantatowym profilem (choć akurat wchodziła w próbę jego otwarcia i przemianowania na „muzyka i sztuki piękne”).
Dodatkowo ograniczały ją wnętrza kościelne, w których – nie tylko dla klimatu, ale i z konieczności – odbywały się koncerty. Przeniesienie ich do znakomitej sali NFM było chyba największą „reformą” w dziejach Wratislavii.
Wielkim festiwalem była też poświęcona muzyce współczesnej Warszawska Jesień – którą ze względu na specjalistyczny charakter odłożymy dziś na bok. Kraków cieszył się najlepszymi latami Muzyki w Starym Krakowie – jednak to już była mniejsza skala, natomiast równie mocno jak Wratislavia nastawiona na muzykę dawną.
Pojawienie się w tym samym Krakowie Wielkanocnego Festiwalu Beethovenowskiego wprowadziło nagle cały zestaw nazwisk znanych z płyt i z radia, z kręgu symfonicznego, „standardowego” repertuaru. Pojawili się muzycy, których mogła zapraszać znająca ich osobiście Penderecka, dysponująca przy tym większymi budżetami.
Misteria Paschalia i Actus Humanus: potęgi muzyki dawnej
Po rozejściu się dróg festiwalu i Krakowa (wówczas impreza przeniosła swą bazę do Warszawy, choć Kraków na wielu polach pozostał istotny), na miejscu narodziły się Misteria Paschalia. To już jednak festiwal ściśle związany z Wielkanocą, także poprzez sam program, skupiony w całości na muzyce dawnej, w której aż przelewa się od utworów skomponowanych w związku z tymi świętami.

Obecnie jest on jedną z najlepszych marek krakowskiej kultury (przy okazji: właśnie ogłoszono, że na jego czele nadal stać będzie Vincent Dumestre), lecz choć zastąpił Festiwal Beethovenowski w kalendarzu, stworzył zupełnie odmienną propozycję repertuarową.
Po paru latach „pączkował” przy tym w festiwal Actus Humanus w Gdańsku – „unia personalna” obu tych imprez od dawna już nie istnieje i wiodą one całkowicie odrębne żywoty. Oba też są największymi festiwalami muzyki dawnej w Polsce, choć oba ich miasta, podobnie jak wiele innych ośrodków, mają też inne bardzo cenne imprezy, skupione na podobnej twórczości.
Katowice Kultura Natura: ambitny konkurent
Miejsce na nurt symfoniczny pozostało jednak wolne – i w ograniczonym stopniu wciąż zajmuje je Festiwal Beethovenowski. Wygląda na to, że może się to zmienić, ale jak dotąd jedyna „konkurencja” (względna), jaka wyłoniła się dla niego w Polsce, to zakończony 24 maja projekt Katowice Kultura Natura w NOSPR.

Co roku na Górny Śląsk przyjeżdża ważna europejska orkiestra, co roku pojawia się z recitalem ceniony pianista, z reguły spoza nurtu Konkursu Chopinowskiego, co w istotny sposób wzbogaca naszą świadomość pianistyczną.
I co tym bardziej istotne, że wielki festiwal odbywający się w Warszawie, Chopin i jego Europa (w sierpniu, ostatnio przeciągający się i na wrzesień), dla odmiany utrwala wpływ Konkursu Chopinowskiego, jednocześnie skacząc po repertuarze ruchem konika szachowego. To właśnie ten festiwal przyszykował jednak sporo niespodzianek.
Symfoniczna klasyka
Tymczasem Festiwalowi Beethovenowskiemu przypada rola szczególna. To tu jest miejsce na szerokie wprowadzanie artystów niezwiązanych z Chopinem, jak w tym roku wywołujący kontrowersje pianista Maxim Lando (osobiście uważam, że w tak popularnym utworze, jak Koncert fortepianowy Schumanna, możemy sobie pozwolić na eksperyment odczytania nawet od strony dolnych głosów i radykalnych, może wręcz przerysowanych kontrastów – słuchałem występu w Krakowie, który mógł brzmieć inaczej niż krytykowany koncert w Warszawie).
Pojawia się repertuar wielki i podstawowy, jak koncerty skrzypcowe Beethovena i Brahmsa, ale w wyjątkowych wykonaniach (odpowiednio Arabella Steinbacher, która na KKN z kolei zagrała znacznie bardziej wymagający Koncert Berga, i Vadim Gluzman). Nie brak kameralistyki, a nawet występów solowych. Jest miejsce na wszystko.
Szczególnym jednak wyróżnikiem okazują się zespoły symfoniczne, i to mimo niezbyt korzystnych warunków głównej sali festiwalu, Filharmonii Narodowej. Być może nie wywołuje dreszczu emocji możliwość wysłuchania kolejnych polskich orkiestr – znanych nam na co dzień – na festiwalu jednak zazwyczaj pokazują się one od najlepszej strony.
Świetne opinie zebrał więc i NOSPR pod batutą Kirilla Karabitsa, jednego z wybitniejszych dzisiaj dyrygentów (znanego np. z udanej serii nagrań muzyki symfonicznej Liszta dla Audite), długo też będę pamiętać raczej poważną, nie dowcipną, ale imponującą i świetnie zbudowaną IV Symfonię Mahlera z Filharmonią Narodową pod batutą Jacka Kaspszyka, pięknie spointowaną głosem Olgi Bezsmertnej.

Fantastycznie zaprezentowała się też pod kierunkiem Dawida Runtza, młodego polskiego dyrygenta, Orkiestra Symfoniczna z Liechtensteinu (z nadzwyczajną sekcją wiolonczel, co ma znaczenie). Od lat nie miałem okazji usłyszeć tak tanecznej i śpiewnej zarazem III Symfonii Brahmsa.
I ten kierunek wydaje się dla Festiwalu Beethovenowskiego szczególnie obiecujący: zespoły orkiestrowe, ciekawi soliści, doborowi dyrygenci. Aczkolwiek nie jest to łatwy trop: najbardziej kosztowny, wymagający wieloletniego planowania (co jest niemal niemożliwością w polskim systemie finansowania kultury), wreszcie... najwyraźniej podatny na konkurencję.
Chopin i jego Europa: nowy lider
Otóż Chopin i jego Europa w tym roku wprawdzie również bazuje na laureatach Konkursu Chopinowskiego – tym razem głównie ubiegłorocznego – eksploruje też romantyzm od strony instrumentów historycznych, ale jednocześnie z impetem wchodzi na pole symfoniczne.
Do Warszawy zjadą więc wybitne orkiestry, poczynając od wspaniałej Orchestre Symphonique de Montréal z jej błyskotliwym dyrygentem Rafaelem Payare, która zagra aż dwa koncerty – podobnie jak Pittsburgh Symphony Orchestra pod batutą Manfreda Honecka – współcześnie klasa sama dla siebie.
Już we wrześniu wystąpi też wielka, jedna z absolutnie najlepszych, orkiestra Concertgebouw z Amsterdamu (pod batutą Santtu-Matiasa Rouvali). Ten zestaw nieoczekiwanie przesuwa charakter Chopina i jego Europy w kierunku berlińskiego Musikfestu, będącego festiwalem orkiestr – z tą podstawową różnicą, że w Warszawie wciąż brak odpowiedniej dla nich sali.
To jednak nie wyczerpuje programu. Nie wolno przegapić recitalu Andrasa Schiffa, prawdziwego muzyka wśród współczesnych pianistów. Nie zabraknie i innych, w tym Michaiła Pletniowa i uwielbianych dzisiaj Alexandre’a Kantorowa i Vikingura Ólafssona (towarzyszy on w tournée amsterdamskiej orkiestrze). Trzeba przyznać, że z taką ofertą Chopin i jego Europa wyrasta na najważniejszy festiwal w Polsce.
Wratislavia Cantans: sprawdzone gwiazdy
Wratislavia Cantans dla odmiany zacznie się od opery (i to od „grand opery” – wspaniałego „Samsona i Dalili” Saint-Saënsa), potem zanurzając się przede wszystkim w świecie muzyki dawnej lub muzyki wokalnej, które pozostają głównymi nurtami festiwalu.
Wrocław odwiedzą sprawdzone i niezawodne gwiazdy, w tym wraz ze swoimi zespołami dwaj dawni dyrektorzy artystyczni festiwalu, Giovanni Antonini i Paul McCreesh (ten drugi wróci z flagowym programem „Koronacja wenecka 1595”, od którego rozpoczęła się jego światowa kariera w latach 90.).
Ottavio Dantone poprowadzi śpiewaków i swą orkiestrę Accademia Bizantina w operze „Dydona i Eneasz” Purcella, a zmianę repertuarową w największym formacie koncertów przeprowadzi tegoroczny szacowny i jedyny w swoim rodzaju jubilat, Jerzy Maksymiuk (m.in. z „La Mer” Debussy’ego i „Obrazami morza” Brittena), zakończy ją natomiast Daniele Gatti, dyrygując słynną Staatskapelle Dresden w VI Symfonii Gustava Mahlera (ponownie wielka symfonika!).
Wratislavia ma też jednak specjalną, interaktywną ofertę koncertową dla dzieci, na co również warto w tym roku zwrócić uwagę.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











