Jakub Puchalski: Skąd wziął się pomysł na Baltic Opera Festival?
Tomasz Konieczny: Opera Leśna powstała w 1909 r., a przed II wojną światową były w niej urządzane festiwale wagnerowskie. Po raz pierwszy wystąpiłem w niej na jej stulecie i od razu pomyślałem, że to wręcz doskonałe miejsce, by stworzyć tu na nowo festiwal operowy. To nie musiało być trudne: wziąć Koniecznego, Beczałę, kogoś jeszcze – i można działać.
Absolutnie nie myślałem jednak, żeby cokolwiek organizować samodzielnie. Dopiero pandemia, podczas której artyści freelancerzy zostali pozbawieni możliwości pracy, uświadomiła mi, że sami musimy zakasać rękawy i wziąć się za przygotowanie takiego projektu.
Kiedy w 2023 r. zrealizowaliśmy pierwszą odsłonę Baltic Opera Festival, okazało się, że intuicja była słuszna. To miejsce zachwyca nie tylko tradycją, ale również akustyką, atmosferą i niezwykłą autentycznością, w której sztuka prowadzi dialog z naturą.
To atrakcyjne zestawienie dla nadmorskiej publiczności?
Tak, Baltic Opera Festival przyciąga ludzi, którzy często wcześniej nie mieli kontaktu z gatunkiem operowym. Przychodzą do nas osoby prosto z plaży czy sopockiego deptaka. Mają kaprys, by wieczorem spotkać się z operą. Nasza publiczność jest zauważalnie młodsza niż na wielu renomowanych festiwalach operowych w Europie. To dla mnie bardzo ważne.
Miejsce faktycznie kojarzone jest z muzyką Ryszarda Wagnera, było nawet zwane Bayreuthem północy.
Nie miałem ambicji tworzenia festiwalu wagnerowskiego. Od początku podkreślałem, że to festiwal operowy. W pierwszym roku rzeczywiście zagraliśmy „Latającego Holendra”, który – jako opera marynistyczna – świetnie pasuje do polskiego wybrzeża. W tym roku gramy „Walkirię”, także autorstwa Wagnera. Natomiast w roku 2024 graliśmy „Turandot” Pucciniego, a w ubiegłym roku „Salome” Straussa.
W formule festiwalu interesuje mnie najwyższa jakość artystyczna. W tym Wagner, Strauss i – szerzej – muzyka niemiecka, bo są dziedzictwem kultury światowej. Zadziwiające, że „Pierścień Nibelunga” jest grany wszędzie na świecie – także w Czechach, Budapeszcie czy Sofii – a u nas nie. Mimo że polska publiczność ogromnie interesuje się tym repertuarem, jeździ na spektakle do Berlina, Wiednia, Nowego Jorku – nie może go natomiast posłuchać u siebie w kraju. Faktycznie chcemy przywracać te pozycje, największe arcydzieła teatru operowego, ale bynajmniej do nich się nie ograniczając.

„Walkiria” należy do najbardziej popularnych i najważniejszych dzieł XIX w., ale jej pojawienie się w Operze Leśnej ma powody szczególne. Obchodzimy 150-lecie premiery „Pierścienia Nibelunga”, jednego z najważniejszych dzieł w historii muzyki. „Walkiria” jest jego drugą częścią, bardzo romantyczną. Wotan w „Walkirii” to moja życiowa rola, od lat wykonuję ją na największych scenach świata, więc choć nie uważam, by dyrektor artystyczny musiał występować na swoim festiwalu, tutaj wydało mi się to naturalne. Mam też ogromną satysfakcję z obsady, którą udało się zgromadzić. René Pape, Małgorzata Walewska, Izabela Matuła i Stanislas de Barbeyrac, który zaśpiewa Zygmunta.
Całość poprowadzi Axel Kober, jeden z najważniejszych dyrygentów muzyki niemieckiej. Do tego inscenizacja, w której śpiewałem kilka lat temu w Kopenhadze. Spośród wszystkich, które znam, ta szczególnie nadaje się do wykonania w Operze Leśnej – zanurzonej w lesie, jak akcja „Walkirii”.
Co poza „Walkirią” przyniesie tegoroczna edycja?
„Polskie wesele” Józefa Beera, dzieło niemal nieobecne w polskiej świadomości, mimo że jego autor bywa nazywany „polskim Gershwinem”. Utwór powstał po niemiecku i w tamtej sferze pozostaje rozpoznawalny, natomiast po wojnie nigdy nie pojawił się na polskiej scenie.
Przedstawimy wersję spolszczoną przez zmarłą niedawno Dorotę Krzywicką-Kaindel. Udało nam się zebrać bardzo dobrą obsadę, utwór poprowadzi Łukasz Borowicz, który poniekąd był odpowiedzialny za przywrócenie tego tytułu. Reżyseruje Paweł Miśkiewicz.
Można powiedzieć, że to jest operetka, ale tak nie jest. To utwór, który stoi między gatunkami. Mówi o tym, jak uczucie między ludźmi potrafi pokonywać granice, w tym wypadku granice zaborów. Wszystko w słodko-gorzkim anturażu.
Co ważne, w tym projekcie bierze udział również trio jazzowe Andrzeja Jagodzińskiego, który od lat znany jest z tego, że buduje pomosty między jazzem a muzyką klasyczną. Świetnie to tutaj funkcjonuje. Zależy mi na odkrywaniu takich pozycji. Festiwal powinien być miejscem artystycznego ryzyka.
Następnie mamy spektakl poświęcony pamięci Krzysztofa i Elżbiety Pendereckich: „Muzeum Człowieka – Penderecki in memoriam”. To reaktywacja powstałego 40 lat temu baletu, w choreografii Mariana Żaka. Penderecki był ogromnym orędownikiem tego spektaklu.
Dla najmłodszych przygotowujemy w Operze Leśnej polską wersję „Złota Renu”, którego premiera miała miejsce rok temu podczas Wertinger Festspiele w Niemczech.
Na zakończenie festiwalu pokazujemy również recital Anett Fritsch i Svena-Erica Bechtolfa w poezji Heinego. Ten koncert odbędzie się w szczególnej przestrzeni Europejskiego Centrum Solidarności, za co jestem bardzo wdzięczny. Częściowo sponsorowany jest przez profesora Tadeusza Krzeszowiaka z Wiednia.
W jaki sposób festiwal jest w stanie przedstawić tak różnorodny repertuar?
Festiwal jest platformą, na której krzyżują się różne instytucje. W tym roku przyjeżdża Opera Wrocławska, która produkuje „Polskie wesele”. „Walkiria” była produkowana w Kopenhadze. Z kolei „Muzeum człowieka” przygotowywane jest przez Sinfoniettę Cracovię przy współpracy tancerzy Opery Krakowskiej.
Zważywszy, że w ubiegłym roku ważną pozycją festiwalu była „Pasja wg św. Łukasza” Pendereckiego, spektakl pamięci Elżbiety i Krzysztofa Pendereckich sugeruje jakiś rodzaj ich patronatu duchowego nad festiwalem.
Po śmierci Elżbiety Pendereckiej wielu ludzi kultury poczuło, że kończy się pewna epoka. Była wybitnym menedżerem kultury i osobą, która pokazała, że w Polsce można realizować przedsięwzięcia na światowym poziomie.
W pewnym sensie czuję się zobowiązany do kontynuowania tej misji. Baltic Opera Festival jest dowodem na to, że ambitne, międzynarodowe projekty operowe mają w Polsce rację bytu.
Jednym z argumentów przemawiających za Operą Leśną jest jej akustyka. To rzeczywiście wyjątkowe miejsce?
Absolutnie wyjątkowe. W ubiegłym roku wykonaliśmy „Salome” Straussa praktycznie bez nagłośnienia. Od początku istnienia festiwalu orkiestra gra na żywo z kanału orkiestrowego, bez elektronicznego wzmacniania dźwięku.
Nawet jeżeli dla zbalansowania poziomów stosujemy jakieś delikatne dogłośnienie, widz uczestniczy w realnie brzmiącym wydarzeniu muzycznym. Miałem ciarki, kiedy podczas pierwszej edycji dyrygent Marek Janowski rozpoczął uwerturę do „Latającego Holendra”. Właśnie o takiej jakości marzyłem.
A marzenia na przyszłość?
Chcemy sięgać po repertuar rzadko obecny w Polsce, rozwijać współpracę międzynarodową. Problem pozostaje jeden: finansowanie. Nie da się budować festiwalu tej skali z perspektywą jednego roku. Potrzebujemy stabilnego, wieloletniego modelu wsparcia i bardziej przyjaznych rozwiązań systemowych dla prywatnych mecenasów kultury – tak, by przynajmniej nie byli karani za wspieranie wydarzeń artystycznych. Polska jest dziś dwudziestą gospodarką świata. Powinniśmy mieć ambicję, by kultura funkcjonowała na poziomie odpowiadającym tej pozycji.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











