Olśnienia i rozczarowania festiwalu Wratislavia Cantans

Wratislavia Cantans wchodzi w siódmą dekadę swego istnienia. Zmiana nastąpiła z przytupem – to będzie pamiętana edycja wrocławskiego festiwalu.
Czyta się kilka minut
 John Eliot Gardiner podczas koncertu „Zapomniani bogowie” w czasie Wratislavia Cantans. Wrocław, 12 września 2025 r. // Fot. Sławek Przerwa // materiały prasowe
John Eliot Gardiner podczas koncertu „Zapomniani bogowie” w czasie Wratislavia Cantans. Wrocław, 12 września 2025 r. // Fot. Sławek Przerwa // materiały prasowe

Tegoroczny festiwal Wratislavia Cantans obfitował w bardzo zróżnicowane wydarzenia, od intrygujących po absolutnie wybitne. Pozostanie ze mną koncert Marthy Argerich, orkiestry z Monte Carlo i dyrygenta Charles’a Dutoit – nie tylko z powodu absolutnie doskonałej pianistki, lecz kapelmistrza. Dutoit pokazał, na czym polega wybitna dyrygentura – najpierw podnosząc bardzo dobrą, choć nie nadzwyczajną orkiestrę wyraźnie ponad jej zwykły poziom, a następnie pokazując nam muzykę Maurice’a Ravela z nieskończonym wyrafinowaniem, gracją każdego tanecznego gestu i subtelnym wyprowadzaniem głosów z nicości. 

Nie spodziewałem się usłyszeć na żywo najpiękniejszych znanych mi (a jest mnóstwo wybitnych wykonań) „Walców szlachetnych i sentymentalnych”, w których już pierwszy nie grzmiał swym dosadnym pierwszym tematem, lecz czarująco ukazywał go w charakterze ritornellu, skontrastowanego z elegancją tematu drugiego. Mistrzostwo, jakiego gdzie indziej dziś – i nie tylko dziś – nie znajdziemy.

Szekspir i Goethe: fascynujące wykonania

Inną kulminacją wrażeń był wieczór z Mendelssohnem, który John Eliot Gardiner zamienił w spotkanie z czystą magią muzycznego teatru. Muzyka do „Snu nocy letniej” Szekspira – jednego z przebojów Mendelssohna – wróciła w tym wykonaniu do swej pierwotnej funkcji, towarzysząc aktorom. 

Estrada Narodowego Forum Muzyki na chwilę zamieniła się więc w scenę, na której zwinny i figlarny Puk czaruje i śmiertelników, i królową wróżek, a Spodek z kolegami odgrywają tragedię niepożartej przez lwa Tyzbe. Samo wykonanie muzyki również było fascynujące: lekkie i precyzyjne niczym rysunek piórkiem, choć archaiczne w brzmieniu, gdy odzywały się instrumenty dęte blaszane (a wśród nich nawet basowa ofiklejda).

W następującej w drugiej części wieczoru „Nocy Walpurgii” (tu Mendelssohn korzysta z tekstu Goethego, gloryfikując pogańskie święto, w opozycji do chrześcijaństwa) dyrygent nakazał z kolei orkiestrze zagrać niezwykle dynamiczny, drapieżny wręcz początek na stojąco – być może by skuteczniej wydobyć z muzyków konieczną tu energię. Takie gesty, zarazem efektywne i efektowne, znajdziemy chyba tylko u Gardinera. 

Wratislavia Cantans i wyzwania przestrzeni

Dużo trudniej było w przypadku wielkiej Mszy h-moll Johanna Sebastiana Bacha. Nie z powodu utworu wprawdzie ani wykonawców, którymi byli renomowani Freiburger Barockorchester oraz chór Vox Luminis (całość pod kierunkiem Lionela Meunier) – choć początkowe wolne tempa „Kyrie” zupełnie mnie nie przekonały. Powodem była akustyka kościoła św. Krzyża. 

Przepiękna budowla zdawała się toczyć walkę z wykonawcami, którzy dopiero w drugiej części opanowali sytuację, budując wspaniałą, nieledwie mistyczną kulminację w „Dona nobis pacem”. Gdy polifoniczne głosy nawarstwiając się tworzyły brzmiącą, przejmującą konstrukcję – wreszcie uszło ze mnie pragnienie, by muzycy przenieśli się do sali NFM.

Koncert „The Mad Lover” wystąpił na festiwalu Wratislavia Cantans 6 września 2025 r. // Fot. Julien Benhaumou / materiały prasowe NFM Wrocław

Niestety, nie udało się to samo podczas wykonania bardzo efektownego, bogatego brzmieniowo „Oratorio Secondo” Johanna Daniela Pucklitza. Za nieznanym szerzej nazwiskiem kryje się XVIII-wieczny kompozytor z Gdańska, który dzięki Andrzejowi Szadejce i jego Goldberg Baroque Ensemble otrzymał drugą szansę na zaistnienie. Szczęśliwie, znacznie szerszą niż za życia, bo pojawił się na znakomicie nagranych i świetnie przyjętych płytach.

Stąd też trafił do programu Wratislavii – a następnie niestety do gotyckiej przestrzeni kościoła św. Krzyża. To się nie mogło udać – ruchliwa, zmienna, wręcz kapryśna muzyka Pucklitza, sama w sobie nadzwyczajna, wywołała w tym wnętrzu przede wszystkim niezwykły chaos brzmień, w którym chyba także muzykom trudno było się zorientować. Ten koncert zdecydowanie powinien odbyć się w innej przestrzeni. Pierwotnie, przed wiekami, także zresztą nie był to przecież kościół, lecz obszerna sień gdańskiej kamienicy.

Namiętność średniowiecza

Z kolei nie zaszkodziła prawykonaniu nowego dzieła Zygmunta Krauzego gotycka otchłań kościoła św. Marii Magdaleny. Mimo to nie muzyka stała się głównym wydarzeniem tego koncertu, a teksty, które kompozytor wybrał do swego utworu. Szokujące, drastyczne, choć zgodne z poruszającym – w oczywisty sposób – tytułem: „Children’s Requiem”, czyli pozaliturgiczne w tym przypadku odwołanie do formy żałobnej, poświęcone dziecięcym ofiarom wojen XXI wieku. 

Repetytywna muzyka, akcentowana wybuchami perkusji (Sinfonią Varsovią dyrygował Jacek Kaspszyk), nie wnosiła zresztą wiele do interpretacji szokujących niekiedy cytatów – budzi się więc pytanie, czy faktycznie opisy ekstremalnego okrucieństwa są nam konieczne, by uwrażliwić nas na kwestię tak oczywistą, jak okropieństwa wojny, które na każdy możliwy sposób niszczą dzieciństwo. Mam wrażenie, że w efekcie uwaga odbiorców zwróciła się w inną stronę – dyskusji nad celowością, a nawet stosownością przedsięwzięcia (w koncercie brał też udział chór dziecięcy).

O innym, udanym pod każdym względem koncercie w kościelnym wnętrzu, czyli średniowiecznej muzyce do poezji biblijnej „Pieśni nad pieśniami” w wykonaniu debiutującej na Wratislavii Agnieszki Budzińskiej-Bennett i jej zespołu Ensemble Peregrina, napisałem w papierowym wydaniu „Tygodnika”. Dodać trzeba, że rzadko, a raczej sporadycznie średniowieczne utwory brzmią równie ekspresyjnie i namiętnie. 

Bohaterami poszczególnych koncertów byli Beethoven, Mozart, Mendelssohn, Alessandro Scarlatti i Wagner – wychodzi jednak na to, że najwięcej uwagi festiwal ponownie (bywało tak już nie raz na przestrzeni 60 lat) poświęcił Johannowi Sebastianowi Bachowi. 

Orkiestra instrumentów dawnych

Nie sposób nie odnotować całego zbioru „Kunst der Fuge” wykonanego przez Wrocław Baroque Ensemble, pod batutą jego kierownika i nowego dyrektora festiwalu (a do niedawna dyrektora całego NFM) Andrzeja Kosendiaka. Dodać trzeba, że także w aranżacji dyrygenta, gdyż „Sztuka fugi” jest utworem w pewnym sensie teoretycznym – rozwikływaniem przez Bacha problemów kontrapunktycznych, których kompozytor nie opatrzył choćby sugestią obsady instrumentalnej. 

W tym przypadku dostaliśmy orkiestrę instrumentów dawnych, z sekcją dętą w postaci dwóch cynków, fagotu i puzonu. Wskazuję je szczególnie, gdyż fragmenty grane przez instrumenty dęte brzmiały dla mnie najbardziej przekonująco – jakby konieczność zaczerpnięcia oddechu zmuszała do trochę szybszego tempa niż w przypadku smyczków. Pomagało to zabrzmieć tym częściom w sposób bardziej zwarty i wyrazisty – podczas gdy pozostałe z reguły zatapiały się w skłonności do medytacji (podobne ożywienie budziły rzadkie momenty, w których Bachowskie kontrapunkty narastały do brzmienia orkiestrowego tutti).

Próg wieczności

Przy dominacji klasyków, wyraźnie swą obecność zaznaczyła muzyka współczesna. Obok prawykonania „Children’s Requiem” mieliśmy prawykonanie utworu Agaty Zubel, którego efektem były jednak o wiele ciekawsze obrazy niż dźwięki (ograniczone do mało intrygującego stukania i psikania farbami w sprayu, co zapowiadał też tytuł utworu, „Spray”), a przede wszystkim wykonanie „Quatre chants pour franchir le seuil” Gérarda Griseya. „Cztery pieśni na przekroczenie progu” oznaczają próg wieczności, gdyż tym tajemniczym dziełem francuski kompozytor, twórca najciekawszego może nurtu ostatnich dekad, spektralizmu, zdecydowanie przedwcześnie żegnał się ze światem.

Na koniec Wagner w swym również pożegnalnym utworze – wielkim „misterium scenicznym”, „Parsifalu”. Właściwie – w samym finałowym III akcie tego dzieła. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że wybór ten podyktowany był faktem, że króluje w nim na scenie przede wszystkim opiekun zakonu Graala, Gurnemanz – a w tej roli usłyszeliśmy wielkiego René Papego. Na estradzie NFM zabrzmiał jeszcze wspanialej niż na operowej scenie, zachwycając jak zawsze idealną, pozbawioną wysiłku, elegancką emisją, piękną, ciepłą barwą głosu – i w skupieniu budując niełatwą, bo pozbawioną dramatycznych momentów rolę. Zna ją jednak Pape na wylot, śpiewa ją od dawna, będąc Gurnemanzem numer 1 XXI wieku. 

Godnie towarzyszyli mu śpiewacy Nikolai Schukoff jako Parsifal i Tomasz Konieczny jako ekspresyjny Amfortas (szkoda, że postać Kundry znika z partytury po dwóch słowach, bo Isabelle Calls zdołała też zrobić dobre wrażenie). Całość po niedysponowanym Christophie Eschenbachu, który jako szef NFM Filharmonii Wrocławskiej miał poprowadzić tę orkiestrę w finale festiwalu, przejął Robertas Šervenikas, kierownik śpiewającego w tym koncercie chóru z Kowna. Ogromne zadanie początkowo zdawało się przytłaczać dyrygenta (z pewnością świetnie i uniwersalnie przygotowanego muzyka, nie tylko chórmistrza) – na szczęście wraz z rozwojem muzyka stopniowo traciła ten bezosobowy charakter, wręcz szokujący we wstępie.

Jak głośnym instrumentem jest harfa

Znakomitość festiwalu nie polega jednak tylko na wydarzeniach spektakularnych, także pod względem wielkości. Na Wratislavii Cantans nie brakowało koncertów mniejszych rozmiarów, bynajmniej jednak nie przypadkowych. Wśród nich nadzwyczajnym objawieniem okazał się występ duo skrzypiec (Théotime Langlois de Swarte) i teorby (lutnista Thomas Dunford) z bardzo atrakcyjnym repertuarem złożonym z angielskich wariacji na stałym basie – czyli różnych ground, chaconn i passacaglii. Urok polegał jednak przede wszystkim na wykonaniu – i w końcu, podczas bisów, przekonaliśmy się, że ta dwójka muzyków, a zwłaszcza lutnista, mogliby grać nieledwie cokolwiek, z równie fascynującym efektem. 

Niezwykły kontakt z publicznością był tylko skutkiem kontaktu muzyków między sobą – i kontaktu z muzyką, której znaczną część improwizowali. Jedynie zerkając w nuty, lutnista zatapiał się w wirtuozerii, nadającej każdej sekwencji dźwięków barwne kształty, efektowne, taneczne, liryczne. Tym razem idealnie dobrane wnętrze – kameralna sala w barokowej Kamienicy Pod Złotym Słońcem (dziś: Muzeum „Pana Tadeusza”) – pozwalało chwytać każdy najdrobniejszy niuans. Skądinąd – w tej samej sali mieliśmy okazję przekonać się także, jak niezwykle głośnym instrumentem jest harfa – nieledwie ogłuszającym, choć Magdalena Hoffmann panowała nad nią doskonale.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2025

W druku ukazał się pod tytułem: 60. edycja Wratislavia Cantans